niedziela, 27 grudnia 2009

Strzępki

Lodowato szorstki wiatr poleruje mi twarz na mokro, do połysku. Przedzieram się przez kolejne podmuchy, balansując szeleszczącymi, szczelnie wypełnionymi torbami. Zakupy na święta, koci żwirek i worek puszek z żarciem dla dziecka. Żarcie. Lubię zaglądać po nie do apteki. Śliczna, subtelna dziewczyna z czarnymi, ułożonymi na pazia włosami już od progu zasypuje mnie ciepłymi iskierkami w brązowych oczach, gdy siląc się na uśmiech podaję receptę i bezradnie stwierdzam, że "karma się skończyła". "I jeszcze ten delikatny płyn do kąpieli poproszę" - dodaję, by ogrzać się w kolejnym snopie iskierek. Wyciągam pieniądze z portfela i zastanawiam się, jak niewiele trzeba, by sprawiać wrażenie dobrego ojca. Garść banknotów, garść pozorów, roztaczająca się wokół mnie aura przemokniętego zmęczenia. Nie licząc pieniędzy, choć ona jest prawdziwa. Szczerosłota.

Brnę w ziąb, myśląc o tym, jakimi iskierkami zwęgliłaby mnie ciemnowłosa śliczność, gdyby wiedziała co naprawdę czuję, gdy nagle foliówka z dziecięcym żarciem pęka, okrągłe puszki wysypują się trzecia po drugiej, druga po pierwszej; toczą się i podskakują na chodnikowych kaflach jak wujek Boreasz i ciocia Grawitacja kazali. Niebieskie napisy pokrywają się brązową breją, błoto klei się do futerka białego misia narysowanego na opakowaniu. Mam ochotę poryczeć się na środku ulicy jak dziecko, stojąc w błotnistym śniegu, z rozerwaną reklamówką, której furkoczące strzępki wyglądają jak stary, zepsuty latawiec... Zaciskam zęby i gonię niesforne opakowania; gonię, choć z mojego punktu widzenia mogłyby skisnąć pod krzakiem lub wybuchnąć fontanną białego proszku w zderzeniu z jadącym z naprzeciwka samochodem. Kompletnie mnie nie interesują, podobnie jak nie interesuje mnie to, w jaki sposób sześć miliardów sześćset milionów szósty homo sapiens uczy się mówić "gu" i "no", tak jak miliardy innych przed nim i miliardy, które być może przyjdą po nim. "Jest tyle piękniejszych i ciekawszych rzeczy do robienia" - cierpliwie tłumaczę wieczornemu, cichemu osiedlu podziurawionemu plamami okien. "Dajcie mi żyć po swojemu. Zamieńcie dożywocie na comiesięczną karę grzywny". Mówienie na głos sprawia mi ulgę, więc folguję sobie i bredzę o dopieszczanym kąt po kącie mieszkaniu, w którym nie wiadomo kto zamieszka, o kotach, o rozmijaniu się i przemijaniu, o bocznicach, o winiaku lubuskim, który niosę w którejś z toreb i o sterczącej z worka na śmieci niczym wyrzut sumienia zepsutej klawiaturze, którą w przypływie rozjątrzonej alkoholem agresji pozbawiłem spacji po jednym z poprzednich winiaków.

"Posiedź z nim godzinę" - mówi Ona, gdy wreszcie docieram do domu - "ogarnę przez ten czas łazienkę na święta". Mając w perspektywie siedzenie choćby pięciu minut w *tamtym* pokoju, zapominam o zmęczeniu i niemal wyrywam się z propozycją wypucowania wszystkich kafelków, niechby i od spodu, lecz gryzę się w język, gdy zauważam, że sprzątanie łazienki będzie dla Niej - o ironio - czymś w rodzaju chwili odpoczynku. Biorę więc pod pachę pożyczonego laptopa, książkę i idę. Siadam obok łóżeczka, włączam sprzęt, ale patrzę nie na ekran, lecz obok; na nieskoordynowane drgawki wszystkich kończyn, poruszających się w chocholim tańcu, wreszcie przenoszę tępy wzrok na biedną grzechotkę w kształcie sympatycznego żółwika, którego denko (o ile żółwiki mają denka) rytmicznie uderza w drewniane pręty. Przez myśl przebiega mi skurcz obrzydzenia i idiotycznego współczucia do plastikowej grzechotki. Mijają długie, rozwleczone minuty, podczas których nie umiem napisać choćby jednego sensownego zdania. W pewnym momencie masakrowanie żółwika najwyraźniej przestaje być zabawne dla oprawcy i zabawka idzie w odstawkę. Chwilę później bezzębna, różowa dziura (która do tej pory była względnie niegroźnym źródłem skrzypliwych dźwięków) deformuje się i wygina, jej krawędzie rozciągają się i falują; mam wrażenie, że wystarczy sekunda, by dziura rozlała się na całą twarz i pochłonęła ją w czerwonym, świdrującym krzyku. Chciałbym wziąć wielki szpunt i zatkać ten przerażająco obcy otwór zanim zwariuję. Nie wiem, ile tak siedzę, nieporadnie próbując zrobić cokolwiek, byle tylko nastała cisza, gdy do pokoju wpada Ona i patrząc na mnie jak trener reprezentacji po samobójczej bramce jednym gestem zamyka powykrzywianą dziurę i wyczarowuje spokój. Opadam na fotel i mam dość; dość siebie, dość nieprzydatnych nikomu strzępków tego, co ze mnie zostało; strzępków zepsutego latawca. Mam dość swoich zdziczałych uczuć, które na trzeźwo każą współczuć jednemu kawałkowi plastiku, by potem, po jednym czy dwóch głębszych, bezmyślnie zniszczyć inny.

Gwałtownie, zbyt gwałtownie zbieram sprzęt, otwieram drzwi do "swojego" pokoju; szybko, zbyt szybko łapię bezbrzeżnie zdumionego kota, którego wzrok świadczy o pospiesznej analizie ostatnio spsoconych rzeczy i wtulam się w niego mocno; zbyt mocno. Wiem, że mój kredyt zaskoczenia skończy się z chwilą, gdy biedne zwierzę zorientuje się, że tym razem jednak nic nie zmajstrowało, więc w przypływie czułości całuję okropnie wilgotny, czarny nos pokryty malutkimi kropkami i puszczam wolno.

sobota, 31 października 2009

Bocznica

Grypa. Siedzę zamknięty w czterech ścianach z kotem, któremu powoli odbija szajba. Miota się, wyje i drapie drzwi za którymi od miesięcy kręci się tylu ludzi do ocierania, korci tyle zjawisk do obserwowania, na tyle rzeczy można zapolować... więc dlaczego nie wolno? Nie wolno, stary. Jesteś na bocznicy, tak jak ja. Dostałem maseczkę ochronną, którą mam zakładać na pysk przed wyjściem z pokoju. Żeby nie rozsiewać i nie zarażać. Rozumiem, oczywiście. Grypa u małego dziecka, to koszmar. Rozumiem. Rozumiejąc, zawiązuję maseczkę na kokardkę z tyłu głowy, pełnym zrozumienia wzrokiem patrzę przy tym w niewzruszoną ścianę, rozumiejąc biorę pod pachę termos i przemykam chyłkiem na dół - by z równym zrozumieniem zrobić sobie litr herbaty z miodem na kilka najbliższych, gorączkowo rozumnych godzin. Dostaję obiad przez półotwarte drzwi i raz dziennie odpowiadam na pytanie jak się czuję. Zmierzyłbym sobie temperaturę, ale nie mam czym - jedyny termometr został zaanektowany na potrzeby dziecka, używanie wzbronione. Rozumiem, ma się rozumieć. Dzisiaj w nocy założyłem maseczkę i na drzwiach do pokoju Mojej nakleiłem kartkę z napisem "wylizałem fszystkie łyrzeczki i tfojom szczotkem do zembuff". Żeby nie było, że się gniewam, albo - co gorsza - nie rozumiem. "Nie rozumiesz, prawda?" - pyta Ona przez zamknięte drzwi. "Nie, no oczywiście, że rozumiem; nie widujemy się, nie wchodzisz tu, nie dotykasz mnie, bo nie chcesz go zarazić, proste, jasne. Rozumiem". "Nie, nie rozumiesz" - dodaje Moja po chwili namysłu, trawiąc moje słowa i skrupulatnie odpakowując je z kokonu żalu i rozdrażnienia, którego nie zdołałem ukryć. Naprawdę rozumiem, przekonuję sam siebie. Rozumem rozumiem. Tylko nie uczuciami. To nie ta bocznica.

Zawsze burzyłem się przeciwko teorii, wedle której większość ciężaru, który dźwigamy w dorosłym życiu wynika z doświadczeń wyniesionych z dzieciństwa. Czyż rzeczywiście aż tak marny mam wybór? Czy faktycznie większość swoich dzisiejszych decyzji i działań mogę wytłumaczyć wczorajszym deficytem lub nadmiarem tego czy owego? Buntuję się i miotam, a tymczasem w tej mojej nieszczęsnej rupieciarni z najdziwniejszymi wynalazkami, którą tylko najbardziej wyrozumiali mogliby nazwać charakterem, jest przecież tyle różnych przykładów na potwierdzenie tej tezy, począwszy od spraw tak prozaicznych jak zakupy...

Z pewnością wiele osób mogłoby podać cały szereg powodów, dla których kupują w sklepie B, a nie dajmy na to, w A, ale czy jest na sali ktoś, kto jeździ na drugi koniec miasta do sklepu B tylko dlatego, że w żenującym sloganie reklamowym A ktoś użył słowa "rodzina"? Oczywiście, że użył, bo nie interesują go bocznice, a dla Prawidłowej Większości społeczeństwa jest to słowo-wytrych, na dźwięk którego roświergalają się ptaszki, rosną serca i otwierają portfele. Owa większość z dumą okupuje środek wszelkich wykresów i statystyk, z krzywą Gaussa na czele; ta sama większość zrobi wszystko, by w pocie czoła przekazać swój genotyp następnemu pokoleniu i prycha z niechęcią na samą myśl o tym, że zamiast poczynać własne, mogłaby adoptować inne, porzucone dziecko (no cóż... patrząc na siebie z dystansem, nawet bez maseczki, całkowicie ich rozumiem. Rozumem). Tymczasem na mojej bocznicy, jedyne pozytywne uczucia, jakie budzą się w odniesieniu do dzieci jako takich, zarezerwowane są właśnie dla tych z domów dziecka i tych, których glina już na początku życia została skopana w pokraczny sposób, utrudniając swobodny, dziarski marsz przez życie. Zdarzyło mi się kiedyś, że po zakupach w sklepie B, chłopak lat małonaście zaproponował pakowanie towaru, jak to często bywa. Zawsze wrzucam jakieś moniaki do ich puszek, czy to z dobrego serca, czy z egoistycznej chęci zaspokojenia potrzeby pomagania. Tym razem jednak wystarczyło spojrzenie w oczy. W tych oczach było coś, co zdewaluowało marne grosze wrzucone do puszki do wartości obelgi; coś, co sprawiło, że przez głowę przeskoczyło ulotne wrażenie, którego nigdy wcześniej nie doświadczałem; coś na kształt pomysłu zaopiekowania się nim. Jak... synem? Ku politowaniu Prawidłowej Większości, to samo słowo w odniesieniu do własnego dziecka nie przeszło i zapewne nie przejdzie mi przez gardło.

Ze szczytu swego wyniosłego wykresu spoglądasz na mnie Ty, Prawidłowy i Ty, Prawidłowa, i Prawidłowo Do Was Podobni. Krzywa Gaussa; bezpieczne schronienie dla wszystkich tych, którzy nie odstają, zwana - och, jakże słusznie - rozkładem normalnym. Patrzycie na mnie i innych, którzy żyją na swych bocznicach i są dla was, tych z dumnego środka, w najlepszym razie peryferyjnymi odmieńcami. W gorszym - bezużytecznymi pasożytami pasącymi się z dala od ich szarych, ale dobrze utrzymanych zagonów normalności. W imię tej pieprzonej krzywej, oczywiście założę swoją maseczkę, zanim pójdę się wysikać.

czwartek, 27 sierpnia 2009

Arbuz

Patrzę z dezaprobatą na podłogę w pokoju, po której toczą się kłębki kociej sierści, przedmuchiwane z kąta w kąt przez przypadkowe zawirowania wpadającego przez okno wiatru. Przypominają mi kuliste krzaki, gonione wiatrem przez pustynię na krajobrazowych ujęciach rodem ze słynnych westernów, tylko że tamte są cennym elementem scenografii, a ja swoje powinienem raczej odkurzyć. Przez dłuższą chwilę mierzymy się wzrokiem z kotem, ale zmrużone od słońca, żółtozielone ślepia jasno dają do zrozumienia, gdzie mój kot aktualnie ma mnie oraz moją nadprogramową pracę. Macham ręką na odczepnego i sięgam po odkurzacz. Swoją drogą, biedne te koty... mam wrażenie, że bardzo często są przez niektórych traktowane jak test na opiekuńczość, sprawdzian zdatności do zrobienia dziecka. Jak most pomiędzy uporczywą bezdzietnością, a nadzieją na potencjalne zapłodnienie. Taki rozkoszny, jednoprzęsłowy most wygięty w łuk. Z tym było podobnie; mój wymarzony od wielu lat kot, kiedy wreszcie się zmaterializował, stał się punktem wokół którego krążyły dwuznaczne rozmowy. Niczym wokół przerębla, ostrożnie, półsłówkami, byle nie chlupnąć czegoś za bardzo wprost. Ba; nawet podczas ostatnich dyskusji między nami, które tylko nakręcały spiralę wzajemnych obwiniań i bezsilności, kot lądował na pierwszym planie. Bo przecież, choć uwielbiam ciszę i spokój, a on jest głośnym i absorbującym zwierzakiem - tak, tak, nasz kot jest MIŁY W TEN SPECYFICZNY SPOSÓB, ŻE WSZĘDZIE GO PEŁNO - to jednak tylko czasem rzucam kapciem, a zazwyczaj zajmuję się, opiekuję, bawię, zanoszę do weterynarza i nie zapominam przynieść z powrotem.

więc myślałam
wydawało mi się
miałam wrażenie
przypuszczałam


Że będziesz chociaż neutralny. Taki pomiędzy plusem, a minusem. Owszem, jestem neutralny. Jak rozładowana bateria. Patrzę na świat pustymi oczami, uśmiecham się i udaję neutralność na tyle, na ile wyskrobany do czysta arbuz może z pewnej odległości udawać bycie pełnym miąższu owocem. Obiecałem, że będę udawał choćby do przeprowadzki z domu Jej rodziców, którzy skrajnie rozszaleli się na punkcie wymarzonego wnuka. Im wkrótce przejdzie, lecz on zostanie. Już nie będą musieli pozdrawiać "włochatego wnusia". Już jest prawdziwy.

no zobacz jaki śliczny
popatrz jaki podobny
jaki spokojny
wszędzie musi być czyściutko
pachnąco
ciepluchno
mięciuchno

tylko chodź tak, żeby nie wnieść niczego
do celi


Dobrze nagłośnionej celi, pachnącej olejkami i pudrem - przynajmniej na razie. Celi, z której w dowolnym momencie dnia i nocy, snu i niesnu można zostać wyrwanym na obchód. W każdej chwili zgiąć kark. Dożywotnie. Doczyjegośkresużywotnie. Czasem dostaniesz przepustkę z więzienia na świat za dobre sprawowanie. Którejś nocy przebijały się przez atmosferę jakieś cholernie romantyczne kawałki skał o wyszukanej nazwie. Pojechałem wieczorem do przyjaciół, pod sobą mieliśmy materac i trawę, na sobie polary, w sobie trochę piwa, herbaty z cytryną, czy co kto tam chciał, nad sobą zaś wielki ekran panoramiczny. Wziuuu - jasna kreska rozcina granatowe tło - błysk, życzenie. I okrzyki: "Oooo! Leci, leci, tam leci!". Potem jeszcze jedna i następna. Nie miałem żadnych życzeń. Może, gdyby te kamyki dolatywały do poziomu gruntu, znalazłoby się jedno. Tylko, że... brakowało mi Jej tam; znowu brakowało. I tak przecież będzie przez całe miesiące i lata. Bo nie dostanie przepustki. Bo nie da się wyjść z domu wtedy, kiedy wyjść by się chciało. Owszem, można z nim, ale po co? Żeby nie być sobą ani ze sobą choćby przez minutę? By nie spuszczać z oka Pępka Świata, który będzie nieustannie absorbował uwagę wszystkiego dookoła? To ja dziękuję, poczekam, może w innym życiu się uda. Dziękuję też serdecznie za wszelkie wspólne, ach jakże radosne wyjazdy wakacyjne, będące antytezą spokoju i wypoczynku.

Kończę sprzątać i opadam na fotel niczym sflaczały, stuletni starzec. Przez chwilę obserwuję jak kot z wolna, na bardzo ostrożnych łapach wychodzi z ściśle tajnej kryjówki za kanapą, chroniącej go przed Straszliwym Odkurzaczem. Kiedyś mógł uciec do bezpiecznego, innego pokoju, lecz dziś ja i on jesteśmy skazani na siebie. Nasz most pomiędzy uporczywą bezdzietnością, a czyjąś spełnioną nadzieją i moim spełnionym piekłem. Kotom nie wolno teraz nigdzie chodzić, więc wspólnie wyjemy; ja po cichu, w sobie, on nie krępuje strun. Praca leci mi z rąk. Kiedyś często się śmiałem. Dziś wiem, że dla mnie już nic wartościowego się nie wydarzy. Nie ma po co istnieć; można czekać. Neutralnie, spokojnie, jak skorupa arbuza, która z czasem pomarszczy się i uschnie.

niedziela, 2 sierpnia 2009

Tchórz

Kiwam się na fotelu przed monitorami, rytmicznie, do przodu i do tyłu. Mam zamknięte oczy, a pod nimi feerię kąśliwych zdań zaczynających się od "powinienem był...". Skrzą się i migają, nie dając o sobie zapomnieć. Napisz, piotrusiu, sto przykazań "powinienem był..." na wczoraj - słyszę karcący głos pani nauczycielki. Nie otwierając oczu zaczynam nieporadnie stawiać pierwsze kulfony.

powinienem był zostać sam
powinienem był zrobić wazektomię
powinienem był nie ufać tym, którzy mówią "że się zmieni"
powinienem był...

"Piotrusiu"? To brzmi obco. Za cholerę nie kojarzę, żeby ktokolwiek w ciągu ostatnich paru dekad mówił do mnie "piotrusiu".

Przede mną rozwidlenie, z którego prowadzą tylko dwie drogi: "Tchórz" i "Jeszcze Gorszy Tchórz". Jeszcze Gorszy ma prościej, dlatego jest większym tchórzem. Wystarczy, że wybierze tę drogę, a potem... potem jest mu już wszystko jedno. Tych pierwszych, zwykłych tchórzy ci u nas dostatek. Wybierając ich ścieżkę, dołączyłbym do wielkiego grona cykorów, byłbym jednym z wielu, nieodróżnialnym od tych, którzy zostawili swoich partnerów

bo się znudziło
bo się znalazło
bo się zgubiło
bo się zmieniło

Do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, kiw kiw... Prawda, że to piękny wybór życiowy dla kogoś, kto zawsze próbował grać uczciwie? Nie podstawiał nogi, starał się nie wybić nikomu piłką szyby, a jeśli już tak się stało - dzielnie szedł przeprosić i oddać tyle, by starczyło na dwie, choć sam mieszkał wśród okien naprędce połatanych taśmą klejącą. Chciałbyś pewne, żeby ktoś pogłaskał cię za to, piotrusiu, po główce? Do kogo te pretensje? Dobrze, już dobrze, pani nauczycielko. Do siebie, oczywiście. Nikt inny nie jest winien tego, co się dzieje. Powinienem był być twardy, bezwzględnie rzezać maczetą drogę dla siebie wśród dżungli głosów innych ludzi. Paradoksalnie, mniej narobiłbym krzywd, niż teraz. Dzięki swej uległości stałem się większym egoistą, niż byłbym wówczas, gdybym asertywnie i kategorycznie przestrzegał swoich zasad.

powinienem był do tego nie dopuścić
powinienem był nie budować niczego we dwoje
powinienem był...

Nie spisałeś się piotrusiu. Dlaczego nie zdążyłeś odrobić pracy domowej na wczoraj? Masz tutaj repetytorium. Chociaż nie, może zgubisz. Za karę będziesz miał je wytatuowane pod powiekami; na wszelki wypadek. Tatuaże rozciągają się wraz ze swą nosicielką skórą; starzeją i więdną. Nie na tyle jednak, byś nie mógł ich odczytać za pewien czas. Za jakikolwiek czas. Do końca. Och, oczywiście możesz próbować je wytrawić, lecz zostawisz blizny. Wszystko po to, być dobrze zapamiętał tę lekcję, piotrusiu. Ruchliwe stworki wciskają mi się pod powieki, zaczynają pracowicie nakłuwać i pisać. Szczypie.

Czasem wyobrażam sobie, że stoję naprzeciwko pergaminowej ściany rozpiętej na drewnianym stelażu; takiej jak w tradycyjnych japońskich domach. Jest dość ciemno, lecz zza ściany dobiega łagodne, mlecznożółte światło. Kiedy wysuwam dłoń, by dotknąć pergaminowej przegrody, ktoś inny zbliża do niej rękę po drugiej stronie; widzę ją jako nieostry, rozmyty kontur, który wychodzi naprzeciw moim palcom. Gdy cofam dłoń, on też ją cofa. Myślę wówczas, że ten drugi ktoś to także ja, równoległy... współistniejący - taki, który gdzieś po drodze dokonał innych wyborów. Może nawet słuchał się swoich wewnętrznych "powinienem". Jeśli zupełnie zwariuję, a być może stanie się to zanim jeszcze wybiorę którąś ze swych tchórzowskich dróg, zapewne znajdę sposób, by odwiedzić samego siebie po drugiej stronie papierowej ściany i zapytać, jak mi poszło w tym innym życiu. I czy było warto. Poproszę go, żeby pokazał, jaki tatuaż nosi pod powiekami. Kto wie, może będę wolał własny?

Kiw, kiw. Kiw, kiw. Mam iść do psychiatry. Podobno są jakieś proszki, dzięki którym można odnieść zwycięstwo nad samym sobą. Pokochać Wielkiego Brata.

sobota, 11 lipca 2009

Rozmowa

Wzbiera we mnie furia. "Zobaczysz, jak będziesz miał swoje, obudzi się w tobie instynkt". Wypowiedzenie takiej bzdury nic nie kosztuje. A może powinno? Może powinieneś albo powinnaś niańczyć to "moje", na widok którego żaden z właściwych instynktów się nie obudzi, do końca życia za karę? Nie? Dlaczego? Kto dał ci prawo do wygłaszania durnych teorii za bezcen? Skąd wiesz, co czuję? Jak mam ci wytłumaczyć, że na samą myśl o skreśleniu reszty czasu chce mi się rzygać i wyć jednocześnie? Jak wyjaśnić, że moim największym marzeniem już wkrótce stanie się "chcę, żebyśmy znowu zostali we dwoje"? By za dwadzieścia lat, jeśli przez przypadek będę jeszcze wówczas oglądał ten świat, ze sflaczałym mózgiem i brzuchem móc wreszcie wyjechać samemu na urlop i zająć się własnym życiem? Które ze swoich planów dam jeszcze wówczas radę zrealizować? "Nie bądź takim egoistą". Egoizm?! Chyba kpisz. Jeśli moją postawę nazywasz egoizmem, to jakie pojęcie zaczerpniesz z krynicy swej mądrości na sprowadzenie na świat kolejnego sfrustrowanego człowieka, który nie będzie miał ojca, albo wychowa się w atmosferze niechęci i nienawiści, w zależności od tego, czy ów ojciec wcześniej palnie sobie w łeb, zwariuje, czy będzie próbował walczyć z samym sobą? No, jakie? Humanitarnym aktem poświęcenia w imię przedłużania pieprzonego gatunku? Mam ochotę tobą potrząsnąć, życzliwy człowieku, za te ponadczasowe prawdy, które rzucasz mi w twarz. "Skąd wiesz, co będzie, przecież jeszcze nie miałeś dzieci". Ach, rozumiem. Jesteś jednym z tych, którzy koniecznie muszą wsadzić palce do kontaktu, żeby przekonać się, że kopie. Jednym z tych, którzy tłumaczą lesbijce, żeby się nie wygłupiała, bo jak znajdzie sobie odpowiedniego faceta i pozna smak prawdziwego mężczyzny, to się w niej obudzą "jedynie słuszne" uczucia, tak? Brawo. Gratuluję. Odejdź, proszę. Zostaw mnie z moją odmiennością w cholernym spokoju i idź wypisywać bezcenne recepty komu innemu.


Jestem na was wściekły, nieprawdopodobnie wręcz wkurwiony, drodzy specjaliści od cudzego szczęścia. Wściekły na waszą bezkarność. Wystajesz z tłumu trochę z lewej, a może trochę z prawej strony? Nie martw się, specjaliści przyjdą, przytną, poradzą ci, co robić. Coraz częściej łapię się na tym, że jedynym sensownym wyjściem z tej sytuacji byłoby darowanie sobie reszty życia. Tylko, że nawet jeśli... to cóż z tego? Czy choć jedna lub jeden pomyśli wtedy "on chyba rzeczywiście nie chciał mieć dzieci"? Ależ skąd. Prędzej uwierzę w "szkoda, że dzieciak zostanie sam, miałby takiego fajnego ojca".

sobota, 27 czerwca 2009

Kafle

"...i że zaznał pan fałszywej ciąży z odpowiedzialnością karną". Że co? Ja? Nic takiego nie zaznałem! - Zaprzeczyłem odruchowo w myślach, niespodziewanie wyrwany z katatonii - chociaż Odpowiedzialność Karna, to ładne imię. Prawie jak Indolencja Strzelecka. Może to jej koleżanka? Na głos zapytałem zaś "Słucham?" Pytam, czy ma pan Śświadomość Cssiążącej odpowiedzialnośssci karnej za składanie fałszywych zeznań - (prawdopodobnie) ponowiła pytanie urzędniczka, tak umiejętnie pompując powietrze w pierwsze litery dwóch środkowych wyrazów, że napuchły ze świstem i stały się zauważalnie większe od pozostałych. A, tak. Rzeczywiście, ciąży. To znaczy tak, zdaję sobie z tego sprawę - potwierdziłem, wlepiając sobie w myślach wirtualny odpowiednik siarczystego policzka na przebudzenie. Po chwili, już całkiem świadomie, złożyłem stosowny podpis we wskazanym miejscu wniosku, po czym podziękowałem i pożegnałem się grzecznie. Kątem oka zauważyłem, że kobieta odprowadza mnie nieco zdziwionym wzrokiem. Nic dziwnego. Przypuszczam, że niewielu petentów w połowie rozmowy zapada w sen na jawie, a potem mamrocze coś o ciąży.

Wyszedłem z urzędowo szarego budynku, lecz znów wpadłem w pułapkę zamyślenia i choć początkowo miałem wrócić do domu autobusem, zacząłem metodycznie iść przed siebie, wpatrując się we wszechobecną ostatnio kostkę chodnikową w kolorze brudnego różu. Przypomniałem sobie, że kiedy byłem mały, starałem się robić różne rzeczy w ściśle określony sposób, albowiem święcie wierzyłem, że uchroni to od śmierci Babcię i Ciotunię; dwie starsze panie, które opiekowały się mną w dzieciństwie. Dbałem na przykład o to, by stawiać stopy dokładnie w obrysie płyt chodnikowych, nigdy zaś na szczelinach pomiędzy nimi, bo każde takie nieuważne stąpnięcie zabierało trochę ich cennego czasu. Ponadto, liczyłem wszystkie mijane kafle i stosowałem tajemne schematy kroków, zapewniające im zdrowie, którego do opieki nade mną musiały mieć zapewne całkiem sporo. Teraz, w czasach brudnoróżowej mozaiki, miałbym przegwizdane - pomyślałem, porównując rozmiar buta z wielkością pojedynczej kostki. Z drugiej strony, pewnie wymyśliłbym coś innego: dziecięca wyobraźnia jest taka elastyczna. Obie starsze panie odeszły już dawno temu. Może sprawił to ich wiek, który powoli dobiegał setki, a może to ja dorosłem i moje rytuały przestały mieć moc sprawczą, bo pewnie tylko dziecko umie we właściwy sposób trafiać i liczyć chodnikowe kafle.

Gdyby tak się nie stało, nie zeznawałbym dziś o ciążeniu i odpowiedzialności w urzędzie, do którego pojechałem po akt zgonu. Akt, który potrzebny jest do innego urzędu, żeby w trzecim urzędzie można było uzyskać stosowny papierek i przedłożyć go z powrotem w drugim, czy jakoś tak. Nie pamiętam. Wiem tylko, że wśród rozlicznych aktów, tkwiących w najbardziej ponurym segregatorze w szafce nie miałem akurat tego i paru innych rzeczy, po które jeżdżę teraz po całym mieście. Powinienem być z siebie dumny - gdy przyjadę do domu, Ona powie: "brawo, załatwiłeś dzisiaj aż dwa papierki i złożyłeś wniosek o trzeci!", tak jakby przydatność mężczyzny w związku dwojga ludzi mierzyło się liczbą zorganizowanych kwitów i zaświadczeń. Z drugiej strony, skoro nie może na mnie liczyć jako na ojca swojego dziecka, to może umiejętność załatwiania spraw stała się jedyną pragmatyczną miarą sensu mojego istnienia? Probierzem udźwignięcia Cssiążącej Odpowiedzialnośssci?

Uśmiechnąłem się do własnych myśli, przypomniawszy sobie dziecinną wiarę i zaufanie w skuteczność moich szamańskich zabiegów. Dziś w nic już święcie nie wierzę, choć przyznam, że jakiś czas temu zakumplowałem się z pewnym dobrym duchem, z którym od czasu do czasu gadam po nocach. Twierdzi, że jest moim stróżem i pozwala wypłakiwać się w rękaw. Jest nieziemsko cierpliwy, tylko czasami pyta mnie (wyżymając rękawy), dlaczego u licha, skoro z nim rozmawiam, za nic nie chcę przyjąć do wiadomości istnienia jego Szefa. Ależ ja wcale nie jestem pewien, czy w ciebie wierzę, mój drogi - zaperzyłem się którejś nocy. Oczywiście, że tak, odparł - inaczej wcale by mnie tutaj nie było. Od tamtej pory boję się, że zniknie, więc na dociekania dotyczące pana Sz. odpowiadam, że zawsze miałem problemy z szacunkiem dla wysokich instancji i zdecydowanie łatwiej przychodzi mi wiara w tych, którzy pracują u podstaw. W terenie.

Chętnie porozmawiałbym z nim dzisiejszej nocy, jeśli znajdzie chwilę. Tylko najpierw muszę postawić stopę tu, potem tam, a teraz... teraz, o tu. Cholera, nie udało się. Są takie małe.

czwartek, 18 czerwca 2009

Obrazki

Ciężko poobijany podczas nierównej walki z bankami o przyznanie kredytu hipotecznego, tudzież wieloma innymi niezbyt mi w smak zdarzeniami, które miały miejsce w ostatnich miesiącach, postanowiłem odtworzyć skrawki człowieczeństwa poprzez fizyczne skundlenie i pojechałem na kilka dni w góry. Rodzime, te na samym końcu, co to się prawie do Słowacji osuwają. Przy okazji wziąłem też pod pachę najnowszego z wydanych po polsku "pratchettów" ze Świata Dysku, które od lat w trudniejszych chwilach podają mi rękę.

Drewniana, trochę rozklekotana chałupa gaździny z dala od skomercjalizowanego zgiełku Zakopanego, tabliczek "Ochrona Zak-Cop"* i zapewne cośkołostuzłotowych opłat za nocleg bez wyżywienia. Znajomi, z którymi umówiłem się na wspólne łażenie są tutaj już od dwóch dni. Tak - pełną piersią wdycham zapach lekko zapadłej wsi - tutaj wypo... nie, może nie wypocznę, zważywszy na to, że na uczłowieczanie poświęciłem całe trzy dni wyrwane z napiętego harmonogramu. Wlezę, gdzie się da - im wyżej, tym lepiej: stężenie taszczonych, niesionych, wiezionych i drących się dzieciaków na 100 metrów bieżących szlaku zapewne wyraźnie spada w miarę w przesuwania się ku górze. W każdym razie, oderwę się od rzeczywistości.


Rzeczywistość zaszeleściła do mnie w kuchni, stosikiem świeżutkich wydań Naszego Dziennika. No cóż. Czego się mogłem spodziewać - pomyślałem, siorbiąc gorącą kawę plujkę i jednocześnie starając się unikać karcącego wzroku patrona RM FM i nagłówków w rodzaju "Donald Cudotwórca". A niechno se pan te gazetki przesunie, wygodniej panu byndzie - zagaiła przyjaźnie gaździna. A poczytuje se, bo człowiek musi troche wiedzieć co siem we świcie dzieje, a tam rzeczy mondre piszom. Dobrze, że jeszcze po naszemu piszom, bo tego naszego to już panie kochany niedługo wiela nie byndzie. Szwaby i żydy przyłażom kaj po swoje i rozkradajom po kawałku. Po krótkiej, wewnętrznej szamotaninie zabrałem kawę i wyszedłem. Uczłowieczać się przyjechałem, nie nawracać.

Krasnoludy głębinowe nie wychodzą ze swych sztolni i korytarzy rytych dziesiątki metrów pod ziemią. Uważają tych, którzy pracują i żyją na powierzchni za odszczepieńców, niegodnych nosić krasnoludziego miana i traktują ich jak zły sen. Nie chcą pamiętać, że skądś biorą się dostarczane im głęboko na dół środki do życia. Z drugiej strony ziemskiej skorupy, zwykłym krasnoludom zasadniczo dobrze dzieje się na powierzchni, ale gdzieś tam, w środku czują respekt do pogardzających nimi, skrajnych ortodoksów. I malutkie ukłucie, że to jednak uświęcona wiekami Tradycja. Że racja może jest po ich stronie. Że może jednak tylko tamte są Prawdziwymi Krasnoludami.


Tyś wczoraj z nami nie był - mówią poinformowani o moich zgryzotach znajomi, którzy byli na miejscu dwa dni przede mną. Przyszła druga gaździna i wspólnie radziły, co zrobić z kryptogejem psubratem, który do Krakowa do tych swoich jeździ, a że już w lata się wpędził trochę, to go tam ("pani kochana" wstaw sobie sam, zamiast przecinków) nikt bez kasy chciał nie będzie. No, to i majątek małżeński z wolna na swoich chłopców wyprzedaje.

Pan se weźmie kawki zrobi, woda goronco! Z gazety patrzy na mnie żabi wzrok Ziobry. Zrobię, zrobię, odpowiadam. A, na Ziobra pan patrzysz, no; patrz pan ile głosowało ludzi, poznali się na chłopaku. Młody, dobry, tylko by oni go tam nie zepsuli panie kochany. Może on nie pozwoli, coby ta unia wszystko rozkradła, panie kochany. Czekaj pan, toć nieposłodzone! - Gaździna podaje mi papierową kilówkę z cukrem, z nadrukowaną flagą UE i krótką notką o darach. Tym razem przyrzekam sobie w duchu zrezygnować z kuchennej kawoturystyki i pamiętać o zabraniu torebki z plujką na górę, przecież mam tam czajnik.


U Pratchetta dwie wrogo nastawione nacje zbliżają się do obchodów rocznicy pradawnej bitwy, w której ponoć krasnoludy spuściły wtłuki trollom, albo trolle krasnoludom, zależy gdzie ucho przystawić. Im bliżej rocznicy, tym bardziej atmosfera gęstnieje, nawet wśród zwykłych krasnoludów i trolli, zabieganych swym codziennym życiem. Gęstnieje tym bardziej, że o jej odpowiednią zawiesistość zabiegają demagogowie z obydwu ras, głoszący jedyną słuszność swej wersji zdarzeń. Wystarczy iskra, żeby polała się krew.

Idziemy do pobliskiego sklepu, należącego do sławetnej sieci Lewiatan. Gdzieś trzeba kupić mineralną i czekoladę na szlak. Obok kasy piętrzy się stosik gazetek, których okładki usiane są poprzekreślanymi swastykami i gotycką czcionką. Slogan pod tytułem sugeruje przydatność zawartości do spożycia tylko przez "myślących podhalańczyków". Czytam pobieżnie kilka pierwszych tytułów i upewniwszy się, że z całą pewnością nie należę do wzmiankowanego szczepu, płacę i idę w góry. Jak najwyżej.



* Nazwa jest przednia; po kilku meandrach fonetyczno-znaczeniowych zacząłem się zastanawiać, czy firma nie powinna mieć w logo łopaty. Ewentualnie, może powstanie konkurencyjny Zak-Cop-Pior? A może modny Zak-Cop-Power?**

** Właścicieli, pracowników i inne zainteresowane osoby, które mogą uznać, że przez swój niewyparzony jak łopata język naruszyłem sam trzonek dobra firmy, serdecznie przepraszam.

środa, 3 czerwca 2009

Ślimak

Po krótkim, acz dość intensywnym deszczu sprzed kilku godzin, w całym parku pachnie wieczorną trawą i wilgocią. W niektórych miejscach da się zwęszyć także inne rzeczy - ba, nie trzeba się nawet bardzo starać - ale receptory rzeczywistości chwilowo zaserwowały mi tryb romantyczny i ignorują rażący gdzieniegdzie deficyt urokliwości miejsca. Staram się wybierać możliwie nieocienione ścieżki, na chodniki wylęgły bowiem małe i duże ślimaki, a ja nie zapomnę wieczoru, kiedy to wracając od znajomych ciemną ulicą nieostrożnie zmieniłem jednego takiego w płaską mieszaninę miękkiego ciała i zmiażdżonej skorupki. Przez przypadek. Słowo. Nienawidzę tego chrupnięcia do dzisiaj. Najwyraźniej równie łatwo jest niechący zabrać jak i dać życie jakiejś bogu ducha winnej istocie. Sam nie wiem, której bardziej mi żal.

Zmrok zapada w ekspresowym tempie i nieszczęsne receptory, które w pobliżu co gęstszych kęp roślinności muszą naprawdę zdrowo się napocić, by spośród wielu... hm... bodźców (tak, to będzie dobre słowo), wyłowić wyłącznie zapach deszczu, otrzymują niespodziewane wsparcie w postaci zapalających się latarni. "Ale ładnie" - myślę sobie, przerzuciwszy się z doznań węchowych na wzrokowe. W innych okolicznościach zapewne usiadłbym na ławce i popatrzył na kaczki w stawie, przecinające ciemniejącą taflę wody idealnie prostymi trajektoriami i odbijające się niekiedy od brzegu niczym bile od bandy w snookerze. W okoliczności wdzierają się jednak - sądząc po gwałtowności dysputy - co najmniej dwa lekko zapite porykiwania, które z wolna nadciągają z przeciwnej alejki. Co więcej, porykiwania ciągną za sobą jednego z tych przyjaźnie wychowanych piesków, których obroża wygląda jak obręcz nabita czopkami przeciw hemoroidom dla C-3PO. Po namyśle stwierdzam, że po wykreśleniu ciszy i kaczek spłoszonych przez oczopkowanego czworonoga, tudzież dodaniu wzmiankowanych odgłosów, kojące wartości krajobrazu doznają poważnego uszczerbku i - nie bez żalu - ruszam w dalszą drogę.

Dla typowych o takiej porze klientów, do których sam się w tej chwili zaliczam, z całego spożywczego liczy się tylko jedno stoisko. Musztardy, jabłka i sałatki mogą spokojnie skreślić jeden dzień ze swej przydatności do spożycia; nikt do nich już dzisiaj nie zajrzy. Po zmroku uwaga wszystkich nabywców skupiona jest zazwyczaj na połyskujących butelkach i aluminiowych puszkach zgromadzonych w jedynym oświetlonym kącie, a także na porównywaniu przybrudzonych kartek z cenami, z wartością stosiku drobnych monet, skrywanych w poczerniałych, trzęsących się dłoniach. Z tym większym zdziwieniem obserwuję stojącą przede mną, kompletnie nieprzystającą do sytuacji parę z dwójką dzieci. Bezwiednie pakuję całą czwórkę do drewnianej szufladki z nieoheblowanego drewna z napisem "eko": dwie drobne dziewczynki z buziami w ciup mają na głowach chustki, mamusia szczupła beżowo-lniano-gładka plus trzy piegi, tatuś szczapa w sztruksowo-flanelową kratę. Pomimo dość późnej pory są tacy wyprasowani, czyści i wyspani. Rozsiewają wokół siebie zapach mydła w miejscu, które w najlepszym przypadku pachnie stęchłym mopem. Przez chwilę zastanawiam się, o co poproszą panią na monopolowym - kiełki? Rzeżuchę? Otręby? - zresztą, nieważne. Na ich tle, nawet jeśli zdecyduję się na wino z najwyższej miejscowej półki, wycenionej na circa 30 zeta, i tak będę czuł się jak menel. Moje radośnie szufladkujące, wewnętrzne głosy, rozochocone wyrazistością obserwowanych obiektów, szepczą mi do ucha, że dziewczynki były z pewnością zaplanowane i oczekiwane z radością, a flanelowa szczapa w kratę z pełnym opiekuńczości wyrazem twarzy niewątpliwie uczestniczyła w ich przyjściu na świat. Jeszcze chwila i pochlastałbym owe głosy wiszącymi przy kasie maszynkami do golenia, lecz na szczęście kolejka dotarła do moich eko. Beżowa ekomama nie zawiodła mnie, prosząc o wodę mineralną i... wypłatę pieniędzy z karty kredytowej. Moja lewa brew mimowolnie powędrowała w górę (CashBack?! Tutaj?! Może o kiełki albo otręby byłoby jednak łatwiej?), lecz zanim zdążyłem na dobre się zdziwić, otrzymała i jedno i drugie. Rozejrzałem się niepewnie dookoła - to przecież ten sam peerelowski spożywczak, co zwykle... czy nie? A może... może takim pachnącym mydłem eko po prostu wszystko udaje się bez względu na okoliczności.

Wychodząc do sklepu o tej godzinie, nigdy wcześniej nie zadałbym sobie trudu owinięcia butelki wina w cokolwiek - kogo mogłaby ona zaskoczyć w tej okolicy? - ale jakaś resztka mojej sponiewieranej przyzwoitości, zapewne mając na uwadze ludzi, których jeszcze przed chwilą tutaj widziałem (widziałem, prawda?) nakazuje mi zapakować ją w tutkę. Papierową - chociaż tyle z bycia eko. Wracam okrężną drogą, przygladając sie z daleka odbijającym się stawie latarniom. Niemal w ostatniej chwili dostrzegam dużego ślimaka, który postanowił przemierzyć chodnik w poprzek, kierując sie wprost na jezdnię. Ostrożnie schylam się, biorę ślimaka za skorupkę, przyglądam się chwilę jak odruchowo kuli czułki i wciska się do bezpiecznego (?) wnętrza muszli, a potem odkładam niedoszłego samobójcę daleko na trawnik. Chociaż tyle z bycia eko. Chociaż tyle.

sobota, 11 kwietnia 2009

Mury

Zadziwiające, co człowiek może znaleźć w kieszeni starej kurtki. Własnej kurtki, dodam dla wyjaśnienia. Sparciały kasztan, którego skórka nabrała twardości orzecha, a tak lekki, że z soczystego niegdyś wnętrza pozostał dziś zapewne tylko jałowy, sypki pył. Kilka nieskasowanych biletów z całkiem innego miasta - zupełnie nie pamiętam kiedy je kupiłem i dlaczego nigdy nie pojechałem tam, dokąd najwyraźniej miałem zamiar się udać. Dwugroszówka. Pewnie jedna z tych, które podnosi się z chodnika i obchuchuje (ach, cóż za piękne słowo) na szczęście, a potem, w odruchu zapomnienia wydaje w pierwszym lepszym spożywczym, gdy do szczęścia brakuje właśnie groszowej końcówki. Pomięty kwitek z działu kadr, z jednej z moich niedawnych prac. Niedawnych? No właśnie; kiedy to było? Będzie już chyba ze dwa lata od wypowiedzenia. Tak; to był bodaj październik... Ileż się wówczas zastanawiałem - dam radę, czy sobie nie dam, robiąc krok, na wieść którego wielu znajomych rysowało kółko na czole. Dwa lata. Szmat czasu. A jednak się udało - myślę sobie, rozprostowując pognieciony zwitek. Nagle w oko wpada mi data - październik, owszem. Ale ponad trzy lata temu. Trzy? Jak to! Gdzie zgubiłem ten jeden rok? Zaczynam panicznie przeczesywać wspomnienia, ale oporne dni, tygodnie i miesiące zlewają się w bezkształtną, ciastowatą grudę, z rzadka tylko przetkniętą pojedynczymi wolnymi dniami i może tygodniem czy dwoma urlopu. Staram się umiejscowić w czasie drobne rodzynki wydarzeń, które utkwiły mi w pamięci, próbuję rozmienić je na trzy lata życia, lecz bezskutecznie...

Zrezygnowany wzdycham i zaczynam szamotać się po mieszkaniu. Wygląda na to, że mój czas sączy się kilkoma równoległymi strumieniami, które płyną z różną szybkością i odmierzają upływ zdarzeń w innym tempie. Jest strumień pracy, a w zasadzie rozmaitych prac i zajęć, których się imałem. Jest strumień drobnych i trochę większych uczuć. Jest strumień znajomych i ludzi, z którymi kiedyś, gdzieś przecięły mi się szlaki. Mniejsze i większe fale w każdym strumieniu wydają się następować po sobie z niezmąconą logiką, lecz gdy tylko próbuję przepleść dwa strumienie; umiejscowić jakieś wydarzenie w czasie, skojarzyć je z osobami i miejscami, wpadam w pułapki, plączę się we własnych kartotekach i zrezygnowany wycofuję.

Najdziwniejsze jest jednak to, że Ona jest gdzieś w niemal wszystkich tych strumieniach; jest w nich od tak dawna, że gdyby nie to, że dzięki głębokiej biurokratyzacji szkolnictwa z absolutną pewnością mogę stwierdzić, ile mieliśmy lat, gdy świadomie spotkaliśmy się po raz pierwszy, bardzo trudno byłoby mi wyłowić z szumu miesięcy i dni zetlały początek tej dziwnej, miejscami poprzerywanej i poskręcanej wstążki, której skraj ściele się pod stopami. Ona... a teraz także jakiś bliżej nieokreślony on. On, z powodu którego właśnie zamierzam podpisać trzydziestoletni cyrograf. Nerwowo wrzucam kurtkę z powrotem do szafy i zaczynam przyglądać się ścianom, które chronią mnie przed światem od... właściwie od zawsze. Przychodzi mi do głowy, że owo "zawsze", to też trzydzieści lat z okładem. Grube, solidne mury. Wiele razy traktowane farbą klejową kupowaną na wagę z pogniecionej, aluminiowej beczki i gumowym wałkiem z wręcz kultowymi onegdaj kwiatowymi wzorkami. Zapewne nigdy nie spodziewały się, że doczekają gładzi i tynków strukturalnych, poprzetykanych wstawkami z wielce trendowego dziś gipsokartonu. Co czeka je za kolejne trzy dekady? Jakie kolejne mody będą musiały cierpliwie znosić? I kto będzie o nie dbał? Mam ochotę przytulić się do tych ścian, wodzić po nich palcami, aby zapamiętać ich strukturę, dotyk, zapach. Zapamiętać tak, bym mógł z całą pewnością umieścić je w poprzek wszystkich strumieni mojej zawodnej pamięci; by stanowiły niewzruszoną gródź dla chaosu, który dzieje się w mojej głowie. By stały się tamą pomiędzy tamtymi trzydziestoma latami, a tymi, które być może są przede mną.

Zauważam, że myślę o nich w czasie przeszłym, a przecież w zasadzie nic nie zostało jeszcze przesądzone. A może jednak? Siadam na podłodze i pobieżnie przeglądam warianty egzekucji. Wybór jest zaiste iluzoryczny i sprowadza się do wskazania pomiędzy ratami równymi, a malejącymi, walutą taką albo siaką i paroma innymi rzeczami, których nazwy są dla mnie niczym brzęczenie much. Podam to wszystko z beznamiętnym wyrazem twarzy katu w nieskazitelnym garniturze, który oceni, czy stać mnie na taki piękny koniec, uśmiechnie się - i być może przypieczętuje resztę moich dni. Przyjemnie chłodna terakota sprawia, że zapominam o wyroku i zaczynam zastanawiać się nad nowym miejscem. Wiem, że będę starał się odtworzyć w nim to, czego udało mi się dokonać tutaj i zrealizować plany, których nigdy nie doprowadziłem do końca. Tylko... czy kilka dodatkowych metrów i własne drzwi wystarczą, by odgrodzić się od tego, co mnie czeka?

sobota, 14 marca 2009

Świr

Wspólne przeżywanie różnych wydarzeń, a choćby i prozaiczne trwanie w jednej coranności i cowieczorności sprawia, że zwykły język obrasta skrótami i określeniami niedostępnymi dla ludzi spoza kręgu wtajemniczonych. To miłe... a czasami bywa zabawne, szczególnie jeśli pielęgnowane i udoskonalane z czasem słowo wyskoczy kiedyś nieproszone wśród osób, które siłą rzeczy nie mają pojęcia, o co chodzi. Bywa, że takie słowo przeleci łagodnym łukiem przez zgromadzone towarzystwo, odprowadzone bodaj jedną lub dwiema uniesionymi w zdziwieniu brwiami, bywa też, że śmignie niezauważone. Jedynie z rzadka ktoś dopyta się, cóż znaczy to dziwne coś, co przed chwilą usłyszał... lub tylko mu się wydawało - najwyraźniej nasz zmysł słuchu lubi udawać, że w spójnej tkance utartych wyrażeń i pojęć nie nastąpił żaden zaskakujący wybryk. Jeszcze rzadziej zdarza się, by przypadkowi słuchacze zamarli w niemym, acz kulturalnym osłupieniu - choć bywa i tak; szczególnie, gdy do głosu dochodzą określenia tak zadziwiające jak "kurwatura spluszenia".

Wypadałoby zacząć od tego, czym jest spluszenie, lecz akurat to jest na szczęście bardzo proste. Otóż, spluszenie to stan polegający na udostępnieniu oplusznej do miziania, który zdarza się nadzwyczaj rzadko. Oplusznej? Ach; opluszna. Długo by opowiadać... Najprościej rzecz biorąc, opluszna to zadziwiająco swobodnie wiszący kawał skóry pokryty gęstą, pluszową w dotyku sierścią, który znajduje się w miejscu, gdzie większość zwykłych zwierząt ma brzuch. Po takim wstępie, nietrudno domyślić się, o kogo chodzi. "Patrz, jak się ślicznie pluszy" - mówi Ona, obserwując kota, który przewraca się na grzbiet, przymilnie zachęcając nas do głaskania. "Rzeczywiście; klasyczne spluszenie" - odpowiadam. Spluszenie, jak każdy przyzwoity proces, może mieć swój silniejszy lub łagodniejszy przebieg. Ten subtelniejszy polega na zwykłym położeniu się na grzbiecie i wyciągnięciu łap do góry. Zdarza się jednak, że tylne łapy nie są wyciągane w zwykły sposób, lecz czule obejmują miziającą dłoń, przy czym ich końce (zwane łapciami) przybierają łukowato wygięty kształt. Krzywizna owego łuku, to właśnie owa tajemnicza kurwatura, symbolizująca najwyższe stadium spluszenia.

Uśmiecham się sam do siebie, zastanawiając się nad gęstą siateczką drobnych nitek, które łączą mnie z przyjaciółmi. Wiele z owych nitek, to właśnie takie słowa-klucze, które lubię pielęgnować; przypominać sobie, jak powstawały i jak zapuszczały korzenie w naszych codziennych, cotygodniowych czy coiluśmiesięcznych rozmowach. Chętnie chwytam się wspomnień, gdy czuję się tak jak teraz, czuję się zaś straszliwie zmęczony. To nie jest zwykłe zmęczenie; to raczej stęchła, wewnętrzna ociężałość, która wyciąga swoje lepkie macki daleko, do najodleglejszych zakątków tego skórzastego worka na flaki, który oglądam na co dzień w lustrze. To znużenie samym sobą i swoimi własnymi wizjami; wynaturzeniami mojej chorej wyobraźni. Chodź, oprowadzę Cię po kilku.

Wyobraź sobie, że powoli ogarnia Cię senność. Leżysz sobie, dając się unieść rozlewającemu się stopniowo po całym ciele otępieniu. Cudowne uczucie... gdyby nie fakt, że możesz leżeć tylko na lewym boku. Albo na plecach, choć to niewygodne. Na brzuchu nie wolno, bo wówczas odsłonięte zostałyby więzadła kolanowe, które ktoś może przeciąć ostrym nożem, gdy będziesz spać. Krew sikałaby dookoła, a Twoje podudzia majtałyby się w tę i nazad, buj, buj, chybot, chybot, jak u Pinokia, którego ktoś nieopatrznie rozhuśtał na sznurkach. Nie możesz też na prawym boku, bo lewa krawędź Twojej miednicy jest bardzo ostra; tak ostra, że wydaje Ci się, że może przeciąć od wewnątrz naciskającą na nią skórę bioder; rozcięcie gładko pójdzie dalej, w obydwie strony, niczym świeżo przesmarowany stearyną zamek błyskawiczny i rozewrzesz się jak koperta, a cała Twoja zawartość wyślizgnie się na łóżko. Fuj. No dobrze; odechciało Ci się spać. Wcale Ci się nie dziwię - mnie też się odechciewa. Wstajesz, podchodzisz do komputera, otwierasz stronę ulubionego sklepu i myślisz sobie, że warto byłoby sobie coś kupić - w końcu pracujesz siedem dni w tygodniu, nie znasz weekendów ani urlopów. Chyba Ci wolno? Nie; mylisz się. Nie zasługujesz. Niezależnie od tego jak bardzo wydaje Ci się, że na coś możesz sobie pozwolić, z pewnością nie jesteś tego wart. Ale nie przejmuj się, jutro będziesz mógł dalej odpracowywać swoją inność. Z całą pewnością zasługujesz jutro na pracę. Nieważne, jak nazywa się jutro. Nie płacz; lepiej idź już spać... tylko pamiętaj, by położyć się na lewym boku.

czwartek, 26 lutego 2009

Awaria

Patrzę na swoje dłonie i zastanawiam się, dlaczego drżą mi palce. Ostatnio dygotały tak, gdy przytaszczyłem ze sklepu wielgachną torbę z zakupami w jednej ręce i dziesięciolitrowy wór kociego żwirku w drugiej. Skoro tak, to może drżą od dźwigania codzienności? Ech... byłby to zaiste piękny kicz - prawie jak u Coelho! - lecz po namyśle rozsądek każe mi przyznać, że są raczej zmęczone conocnym piciem do monitora. Spoglądam z przekąsem na stojącą przede mną szklaneczkę łyskacza. To twoja wina - mówię - podobnie jak te głupie sny, przez które nie mogę zmrużyć oka. Sny, które zostawiają na cały dzień pod powiekami swe nieostre kontury, bezkształtne niczym kolorowe plamy światła pełgające po siatkówce nieostrożnie wystawionej na słońce. Komu normalnemu śni się zamknięcie w piwnicznej celi przez parę truposzczaków, które "żyją" przez cały dzień i wracają do mnie - pana ich istnienia i zarazem niewolnika - na noc, bym wstrzyknął im jakąś tajemną substancję pozwalającą zakonserwować fizyczną powłokę? Komu śni się, że naciera ich zimną skórę rozmaitymi impregnatami, umożliwiającymi istnienie w normalnym świecie; że maskuje ich rany, że kładzie makijaż naśladujący życie? Czemuż para składa się z przecudnej urody kobiety i mężczyzny o budowie Adonisa, którzy nocą moszczą swe sine, nagie ciała na kamiennym stole w piwnicy, pod bujającą się na drucie żarówką, poddając się moim szamańskim zabiegom? Parę słów na ten temat zapewne mógłby powiedzieć mi mister Freud, ale zgubiłem gdzieś tabliczkę ouija.

Twoja wina - mruczę w kierunku złocistej zawartości szklanki, lecz mimo wszystko biorę głęboki łyk i zamykam oczy z nadzieją, że moja pracowita imaginacja tym razem nie zdążyła jeszcze przygotować swej bogatej oferty horrorów na najbliższy seans. Sielankę, subtelnie zaakcentowaną dobiegającymi ze słuchawek dźwiękami nowej płyty Osjana przerywa dziwny, nieokreślony zapach. Pociągam głębszy niuch i nagle zdaję sobie sprawę, że bliżej niezidentyfikowany aromat ma bardzo wiele wspólnego ze zgnilizną, wilgocią i... tak, grzybem. Spoglądam przerażony na opróżnione szkło i podejmuję heroiczną próbę uszczypnięcia się w policzek. Jeśli to mi się śni, to znaczy, że majaki z umarlakami w roli głównej wzbogaciły się o całkiem realistyczne efekty specjalne, a jeśli nie... czyżbym niepostrzeżenie dotarł do etapu delirium tremens? Uszami wyobraźni już słyszę siebie mówiącego "...mam na imię Piotr, piję odkąd dowiedziałem się, że moja żona jest w ciąży, alkohol mój wróg, na następne spotkanie przyprowadzę przyjaciela...".

Szczyp. Cholera. Szczyp się mocniej, baranie... Auć! Nie, niemożliwe... dalej śmierdzi. Kilka kolejnych minut spędzam z nosem wystawionym dziarsko przed siebie, węsząc z półprzymkniętymi oczami. W innej sytuacji z pewnością parsknąłbym dzikim rechotem, widząc niepomiernie zadziwione spojrzenie kota, lecz tym razem zupełnie nie było mi do śmiechu. Tak, to chyba stąd; sponad szafki. Jedna po drugiej, sterty książek ułożone na szafce lądują na biurku, odsłaniając fantazyjnie zalany sufit i ściany. Środek nocy, whisky, żywe trupy i zwidy, rany julek, dach nam przecieka!

Wąska, lecz zadziwiająco uparta strużka wody pędzi na złamanie kropli w dół, po pięknie, świeżo pomalowanej ścianie. Jeszcze chwila i wpadnie wprost do uśmiechniętego ryjka kontaktu. Skwierk. Światło na chwilę przygasa, znaczy się, już po kropli. Zupełnie jak na oddziale więziennym z krzesłem elektrycznym na stanie inwentarza. Chwilę później, po dobrze przygotowanej przez poprzedniczkę trasie, pędzi kolejna kropla napędzana bezduszną grawitacją. Skwierrrrk. Stoję na drabinie i przyglądam się napęczniałym od stęchlizny pęcherzom i odłażącym płatom farby. Z bliska wyglądają znacznie gorzej niż z poziomu podłogi. Czekam, aż Ona z lekarską wprawą zwinie tampon z kilku kawałków papierowego ręcznika i poda mi, bym mógł przykleić go "gęsią skórką" do ściany, w poprzek autostrady zwariowanych kropel, które najwyraźniej pragną wyparować biorąc ze sobą do grobu sporą część instalacji elektrycznej. W sumie, mogło być gorzej. Skończyliśmy remontować mieszkanie już ponad rok temu; każdemu by się znudziło. A ten kolor, który tak się nam podobał ubiegłej zimy? Bardzo passé, do wymiany. Skwierrrrk. Ech; lepiej będzie, jeśli wyłączę prąd.

Specjalista dekarz, starannie unikając mojego wzroku pokręcił ze smutkiem głową i stwierdził, że dach jest tip top, a zalanie niechybnie spowodowane zostało awarią instalacji grzewczej. Przybyły dwie godziny później specjalista od instalacji grzewczych z nieskrywaną radością uznał, że instalacja jest prima sort, a nasze znakomicie nawilżone mieszkanie to z pewnością wina rynien albo nieszczelności w papowym pokryciu. Wcale im się nie dziwię, zważywszy na to, co zapewne dzieje się na górze po wczorajszych roztopach i nocnym przymrozku. Ja sam, wezwany do takiej interwencji wymyśliłbym tysiąc powodów, byle tylko nie wyjść na dach, którego skrzypiące poszycie dobiega już sześćdziesiątki i z pewnością nie jest wysypane piaseczkiem z San Diego tudzież zaprawione Prawdziwą Wieliczańską Solą, kupioną - jak wszystko dzisiaj - od Chińczyków. Założę się, że nawet całkiem ostrożny specjalista z dowolnej dziedziny może na takim dachu zrobić potrójnego tulupa i poprawić 25 metrów niżej klasycznym flip-flakiem, ze szczególnym uwzględnieniem drugiej części tego słowa. No cóż; mimo wszystko będę twardy i nieustępliwy - pomyślałem, po raz kolejny wybierając numer zarządcy budynku.

Ach... Cóż za fantastyczny korowód ludzi przewinął się przez nasze mieszkanie w ciągu ostatnich dni! Dekarze, malarze, ubezpieczyciele, zarządcy i właściciele! Sąsiedzi, elektrycy, hydraulicy i ty, cudownie wszędobylska wodo, dziękuję wam! Dziękuję! Tych kilka dni wypełnionych całkiem zwyczajnym stresem i problemami, do rozwiązywania których przywykłem przez lata pozwoliło mi na chwilę zapomnieć. Ściany powoli przysychają, instalacja przestała straszyć. Wszystko wraca do normy. Tylko jakiej?

niedziela, 15 lutego 2009

Tunel

Idę bardzo ciemnym, blaszanym korytarzem, którego końca nie sposób się domyślić - wzrok grzęźnie w bliżej nieokreślonej odległości, lecz mimo wszystko zadziwiająco daleko, zważywszy na brak jakichkolwiek źródeł światła. Jest chłodno, choć nie czuję na twarzy najlżejszego powiewu. Korytarz ma kwadratowy przekrój i wydaje się biec prosto przed siebie. Sklepienie wdusza mnie w klaustrofobiczny trans; jest zbyt niskie, bym mógł iść na wyprostowanych nogach, więc garbię się i wciskam głowę w ramiona. Krok po kroku połykam kolejny metr pustki, zaś ten, który właśnie przebyłem wypluwam bez żalu i smaku. Odnoszę wrażenie, że to nie ja przemierzam przestrzeń, lecz to ona zasklepia się za mną z cichym mlaśnięciem, maskowanym przez metaliczny dźwięk moich własnych kroków odciskanych na gołej blasze. Wolę się nie odwracać, choć dłonie i tak są zimne i lepkie ze strachu. Przez długi czas nic się nie zmienia. Zupełnie nic. Monotonia sprowadza moje myśli na manowce rozważań, które tylko krótkie spięcie dzieli od szaleństwa. "A może w rzeczywistości stoję w miejscu, albo chodzę bez końca na niewidocznej, stalowej taśmie, która - niczym automatyczna bieżnia - cofa się w rytm moich kroków?". Nagle, narastający lęk obrywa prawym sierpowym od nadziei, która dostrzega nieznaczną zmianę jasności gdzieś, w nieprzeniknionej oddali. Przyspieszam kroku. Jasność powoli nabiera kształtów; już wiem, że dochodzi z lewej strony tunelu. Nie sposób biec, lecz przebieram przykurczonymi nogami coraz szybciej, dyszę, potykam się o własne stopy; mam wrażenie, że blaszane ściany rezonują w rytm serca, które próbuje sprostać wyzwaniu. Blask widziany z oddali okazuje się być pękiem rozświetlonych szczelin w bocznej ścianie tunelu. Zaglądam przez nie z nieufnością, dziwnie kontrastującą z podekscytowaniem, którym karmiłem się jeszcze przed chwilą. Zza szczelin, będących w istocie aluminiowymi żaluzjami, wita mnie zadymione wnętrze pubu, wypełnionego ludźmi, gwarem i całym spektrum zapachów piwa na różnych etapach przyswajania i trawienia. Wsuwam palce przez żaluzje, rozchylam je i z rosnącym zdziwieniem zauważam, że całość stanowi osłonę wielkiego wywietrznika w lokalu, do którego trafiłem. Napieram całym ciałem, lecz osłona ustępuje bez większych oporów, a ja, próbując utrzymać równowagę, wpadam do wnętrza.

Witają mnie ludzie, którzy zachowują się tak, jak gdyby znali mnie od lat. Na stoliku przede mną ląduje piwo, potem kolejne... odprężam się, doświadczając cudów niepamięci i poznawania jednocześnie. Ach, jak wspaniale jest rozmawiać. Jaki tunel? Jaki wywietrznik? Czuję się zbyt dobrze, by o tym myśleć. Czar pryska, gdy jeden po drugim, znajomi (?) żegnają się i znikają. Mam wrażenie, że i na mnie przyjdzie wkrótce pora, lecz nie wiem, dokąd mam iść. Na wszelki wypadek przepraszam tych, którzy nadal siedzą przy stoliku i pod pretekstem odwiedzenia toalety szukam wyjścia. Nie znajduję żadnych tabliczek, drzwi, wskazówek... niczego. Moje pytanie "którędy do wyjścia?", przypadkowo minięta para kwituje bezbrzeżnym, milczącym zdziwieniem, a szeroki w barach wykidajło z pogardliwym, ozdobionym złotym zębem uśmiechem rubasznie stwierdza, że skoro jakoś wszedłem, to zapewne znajdę drogę. Lokal pustoszeje (którędy oni wychodzą?!), barmani patrzą na mnie ze zniecierpliwieniem. Na miękkich nogach zaglądam do korytarza tuż obok głównej sali, skąd zobaczyłem ją po raz pierwszy. Otwarty wywietrznik kołysze się zachęcająco. Wdrapuję się do tunelu i delikatnie zamykam go za sobą (jak najciszej; jeśli ktoś to zauważy, pomyśli, że zwariowałem!). Kręci mi się w głowie z nadmiaru wrażeń i spożytych trunków; wreszcie zwijam się w kłębek na blaszanej podłodze i zasypiam.

Gdy budzę się jakiś czas później, jest ciemno, a żaluzje wywietrznika są szczelnie zamknięte. Po kilku nieporadnych próbach ich rozchylenia, zaczynam iść przed siebie, zrezygnowany. Bezwiednie liczę krokosekundy, lękominuty, myślogodziny, lecz wkrótce gubię się i nie mam pojęcia, ile ich minęło w chwili, gdy dostrzegłem kolejną szczelinę w mroku. Znów szybszy oddech, znów potknięcia, znów łomot przedsionków i komór. Kaleczę palce, niecierpliwie rozchylając listki żaluzji, lecz zamiast oparów tytoniu i alkoholi, tym razem w nos uderza mnie mroźne powietrze i zapach zimy. Wywietrznik wypluwa mnie na świat wprost z gładkiej, szarej ściany jakiejś kamienicy. Na tle rozgwieżdżonego nieba rysują się sylwetki niewysokich bloków, w których pozbawiony wyobraźni architekt wyciął dziesiątki identycznych, żółtych prostokątów na światło. Słyszę przejeżdżające w oddali samochody, lecz dookoła mnie panuje cisza. Bezlistne drzewo ze spokojem przyjmuje parującą strugę moczu ofiarowaną przez dużego psa, który z wyraźną ulgą i radością odbiega potem do machającej smyczą kobiety. Ławki, daszki spowitych aureolami światła latarni i kikuty pieczołowicie przyciętych krzewów pokrywa cienka warstewka świeżego śniegu. Park nie jest zbyt duży; wystarczy kilka chwil, bym dotarł do wysokiego ogrodzenia ze stalowych prętów. Idę wzdłuż niego dookoła, lecz niejasno zdaję sobie sprawę, że nie znajdę wyjścia i nie dowiem się, gdzie podziała się pani z dużym psem, która zniknęła, gdy obserwowałem świat za ogrodzeniem. Gdy mróz daje mi solidnie w kość, potulnie wracam i wdrapuję się do czarnego otworu.

Wiem już, że strefy mroku są znacznie dłuższe, niż odcinki mizernie oświetlone poświatą wpadającą przez szczeliny w wywietrznikach. Zauważyłem też, że owe iskierki nadziei przypadają dość nieregularnie. Niekiedy mam wrażenie, że następują jedna po drugiej, innym razem z kolei muszę wędrować do granic obłędu, by dotrzeć do którejś z nich.

Ta wydaje się być taka sama, jak wszystkie poprzednie.

Wprawnym ruchem odchylam żaluzję i zaglądam do wnętrza. W niemal pustym na pierwszy rzut oka pokoju panuje półmrok, rozproszony przytłumionymi, mlecznymi świetlówkami. Staram się zeskoczyć jak najciszej i zwabiony dobiegającym mnie zapachem gotowanego obiadu, wybieram się na zwiady. Mam wrażenie, że znam skądś to miejsce. Mijam niewielki korytarzyk i zaglądam do ciepłej, jasnej kuchni. Gdy zdaję sobie sprawę, że pomieszczenie jest zbyt małe, bym mógł pojawić się w nim niezauważony, jest już zbyt późno. "Gdzie byłeś, strasznie długo tak" - mówi Ona i wybucha płaczem - "zobacz, jak wyrósł". Poprzez mgiełkę paniki dostrzegam istotę siedzącą przy małym, kuchennym stoliku. Wielka, łysa, nieproporcjonalnie napęczniała głowa noworodka osadzona na korpusie, który z powodzeniem mógłby należeć do kilkunastoletniego chłopaka. Głowa szczerzy do mnie bezzębne usta, śliniąc się obficie na dżinsowe spodnie z nisko opuszczonym krokiem i leżący na podłodze tornister z wystającymi książkami. Przerażenie wyrzuca mnie z kuchni, wybiegam z powrotem przez wąski korytarz, do pokoju, do bezpiecznej otchłani wywietrznika.

Lecz po wywietrzniku nie ma ani śladu.

poniedziałek, 2 lutego 2009

Manekin

Lepienie koszmarków z modeliny jest bardzo odprężające. Kot siedzi w futrzastej, kapciowatej muszli stojącej na biurku i patrzy się uważnie na kolejne kawałki masy plastycznej ustawiane na stole. Noc. Cisza. W takich chwilach nie chcę nic ponadto.


Nic ponadto.

środa, 28 stycznia 2009

Poczekalnia

Recepcjonistka patrzy na mnie wszystkowdupnym wzrokiem kogoś, kogo posadzili w tej robocie na siłę i całym swoim zachowaniem zaznacza, że nie użyje ani jednej sylaby więcej, niż to konieczne do wpisania mnie w odpowiednią rubrykę. Odpowiadam na pytania, z podziwem wsłuchując się w ciskane w moim kierunku słowa, których brzmienia nie powstydziłby się najbardziej gderliwy wojskowy. Czuję się trochę jak na komisji poborowej, albo na procesie Józefa K.

Po dopełnieniu formalności, zaglądam do poczekalni. Wszystkie dwa miejsca są już zajęte, siadam więc na terakotowych schodkach w pobliżu gabinetu i obserwuję niezwykle interesujący pejzaż petentów oczekujących do pani doktor. Ładna, młoda dziewczyna, z główką przekrzywioną chyba już na stałe w kierunku komórki, nieustannie rozmawia, gestykulując przy tym lewą dłonią. Miękkie, aksamitne gesty działają na moją wyobraźnię. Od czasu do czasu dziewczyna wychodzi z poczekalni na zewnątrz i wraca, wpuszczając do środka intrygującą woń wielce popularnego wieczorami skwerku, mieszczącego się naprzeciw wejścia do przychodni. Solaryjnie zasmażana pani około czterdziestki, z której zapamiętuję tylko długie, czarne kozaki przyozdobione mnóstwem migotliwych szkiełek. Staruszka, która nawet po dwukrotnym podaniu wszystkich informacji w sosie a'la drylowany kapral sprawia wrażenie kompletnie zagubionej... najwyraźniej żołnierskie przeszkolenie recepcjonistki trafiło na opór starzejącej się materii. Recepcjonistka strzela krótkim, ostrym zdaniem, staruszka kiwa głową, jak gdyby się przed nim uchylała, po czym dalej szemrze coś do siebie i czeka, trudno powiedzieć na co. Zbzikowana kobieta w wieku, którego nie odgadłoby chyba całe konsylium wróżek i antropologów, krążąca pomiędzy poczekalnią, a recepcją. Rzuca w eter rozmaite pytania, zdeformowane jakąś wadą wymowy i nie czekając na odpowiedź zaczyna mamrotać o swojej matce. Na wszelki wypadek wpuszczam ją przed sobą, choć to moja kolej. Patrzę na wszystkich tych ludzi i zaczynam się zastanawiać, co ja tu do jasnej anielki robię. Nagle staję się wyjątkowo spokojny. Kołatanie za mostkiem znika jak ręką odjął, puls wraca do normy. Po tym, co czułem dwa, trzy dni temu pozostaje tylko wspomnienie. Jak to, do cholery?! Przez cały weekend nie byłem w stanie funkcjonować, serce waliło jak oszalałe, miałem wrażenie, że za chwilę trafi mnie szlag, zawał, wylew... a we wtorek, w poczekalni u lekarza nagle wszystko przechodzi?

Zrezygnowany idę na EKG. Ciśnienie (zazwyczaj zawsze podwyższone!) w normie. Ma pan niezłą nerwicę, ale nie ma powodu do obaw. Chce pan prochy? Proszę. I spokoju życzę. Do widzenia. Wychodzę. W drzwiach mijam rozgadaną dziewczynę z telefonem, patrzę przez chwilę na jej delikatne palce i dopracowane paznokcie, gdy nagle w mojej głowie pojawia się nieproszona myśl - "ciekawe, kiedy będzie w ciąży?" Kamyczek skacze przez chwilę po stromym zboczu, odbija się, potrąca większy i już po chwili zasypuje mnie całą lawiną skojarzeń. "A może już realizuje swój biologiczny plan? Może już pali się jej czerwona lampka z napisem 'WYTYCZNA: PŁODZIĆ!'? Może już myśli o tym, jak będzie podtykać koleżankom i kolegom pod nos komórkę ze zdjęciami ubabranego zupką niemowlaka? Och, ach, jakże rozkosznego? Zresztą, nawet jeśli, to założę się, że jej dostawca plemników nie będzie chciał z tego powodu skakać przez okno". Czuję znajomą, gęstą kulę w gardle. Tętno zaczyna szaleć. Przyspieszam kroku i staram się myśleć o czymś innym, ale nie mijam nawet jednej przecznicy, gdy kątem oka dostrzegam jakąś kobietę z nadętym ciążą brzuchem. Patrzę na ten obrzydliwie napęczniały bęc jak zahipnotyzowany, robi mi się niedobrze, lewa ręka drętwieje i marznie na wskroś, w klatce piersiowej znów szamocze się oszalały chochlik, który jeszcze przed chwilą tak miarowo i grzecznie rysował wykres, niczym posłuszne dziecko, które dostało do ręki ołówek. Bezradnie zatrzymuję się pośrodku chodnika, mam ochotę biec z powrotem do przychodni, rozebrać się i wrzasnąć "TERAZ! Teraz mnie badajcie, teraz jestem pieprznięty jak całe stado pawianów!".

Popłakałbym się, gdybym potrafił.

poniedziałek, 19 stycznia 2009

Komplet

Otwieram oczy, patrzę na zegarek. Psiakość, dziewiąta. Późno. Ostrożnie badam, czy wszystko jest na miejscu. Ręce, nogi, głowa... Teoretycznie komplet. Właściwie, dlaczego miałoby nie być kompletu? Problem polega na tym, że to już któryś z rzędu dzień, kiedy ów komplet prawie zupełnie nic nie odczuwa. Którejś nocy wyniosły się lęki i obawy; przypuszczam, że żadne nawet nie trzasnęło drzwiami, a ostatnie grzecznie zgasiło światło - inaczej pewnie coś bym zauważył. Właściwie, powinienem się cieszyć, ale cenna umiejętność cieszenia się poszła w cholerę wraz z nimi. Odwracam się do Niej; nie śpi, krząta się. Układam usta w staranny uśmiech na dzień dobry, wstaję i zaczynam przemieszczać się po kuchni w celu przyrządzenia kawy. Właśnie tak: staranny, przemieszczać i przyrządzenia. Nigdy wcześniej nie powiedziałbym tak o sobie, robiącym kawę, ale nie jestem pewien, czy to nadal jestem ja, więc wolę nie ryzykować. Czynności są wyuczone, toteż idzie niezgorzej; problemy zaczynają się w chwili, w której muszę dołożyć do tego jakieś samodzielnie wypowiedziane zdanie. "Dziwnie wyglądasz, chcesz mi coś powiedzieć?" - słyszę. Ręka z pochylonym czajnikiem zawisa ponad kubkiem, biała mgiełka leci mi prosto w nos. Parzy, jak to para. Czym jednak jest para wobec nagłej konieczności znalezienia właściwych słów... przecież padło pytanie. Zaczynam analizować sytuację; przez chwilę mam półprzytomną świadomość wybierania jednej z dostępnych odpowiedzi. Warianty mające cokolwiek wspólnego z prawdą zostają beznamiętnie anulowane, słyszę siebie mówiącego "Nie, wszystko w porządku, po prostu jeszcze się nie obudziłem". To dobra odpowiedź; wydaje się być nią uspokojona, nie indaguje dalej. Na wszelki wypadek mózg czeka krótką chwilę na ewentualny dalszy ciąg rozmowy, po czym przystępuje do kontynuowania przerwanych czynności: odsuwa mój (?) nos od strumienia pary i przechyla czajnik, którego dzióbek zastygł nad brązowymi granulkami.

Co się do licha dzieje? Gdzie są moje emocje? Przecież powinienem skakać z radości - po prawie dziesięciu latach próbowania i odkładania na później zdałem egzamin na prawo jazdy. Niegdyś jeden z moich najważniejszych wyznaczników bycia porządnym facetem. Normalnie, za takie coś przyznałbym sobie przynajmniej dziesięć punktów w mojej prywatnej skali męskości, co dałoby mi zawrotny wynik w wysokości dziesięciu punktów. Chociaż zaraz, za płodzenie dzieci ogół też chyba przyznaje jakieś punkty, prawda? No, to mam więcej. Och, czuję się taki zajemęski.

Mijają mnie kolejne godziny, podczas których obserwuję zmieniającą się treść, wyświetlaną na ekranie monitora. Przybywa liter, kartki potulnie obracają się na lewy bok, słupki rosną. Wreszcie, na którejś ze stron pojawia się zakładka na dziś - to znak, że można wyjść do sklepu. Zmysł wzroku beznamiętnie rejestruje skwaszone twarze ekspedientek, które sprawiedliwie obdzielają kolejnych klientów solidną dawką pretensji za to, że nie mogą siedzieć cały dzień na zapleczu i wspólnie grucholić w sobie tylko znanej wersji języka polskiego, składającej się z trzystu słów z okładem. Przez myśl przebiega krótki skurcz zazdrości "ależ one mają fajnie".

Nie jestem pewien, gdzie podziała się reszta dnia. Zapadam się w senność... lecz wtem, bez ostrzeżenia, przez krótką chwilę odczuwam przejmujący lęk. Przerażenie wgniata serce w imadło i dokręca śrubę, robi mi się gorąco i zimno na przemian. Wygrywa ogień, lecz zanim zdążę zareagować, znika. Tętno spada z wysokości na łeb, na szyję; nawet się nie spociłem. Cholera. Wróciły po coś? Może są tak samo roztrzepane jak ja i zapomniały kluczy? Nie znajduję odpowiedzi na to pytanie. Stygnę. (On stygnie?).

Komplet obraca się do ściany, podkurcza nogi i owija kołdrą, w oczekiwaniu na transport w kierunku nowego dnia.

niedziela, 4 stycznia 2009

Duży

Gdy tylko próbuję usiąść do pisania, by dać ujście emocjom, tracę umiejętność używania zwykłych, prostych słów. Niczym wścibscy paparazzi, obsiadają mnie ze wszystkich stron pompatyczne, kiczowate zdania; sączą się na klawiaturę, siadają na ramionach i szepczą do uszu. Nie mogę się od nich opędzić, muszę je przechytrzyć; powiedzieć im, że wcale nie miałem zamiaru pisać. Staram się zająć ręce i myśli czymś innym na tyle długo, by wreszcie odeszły znudzone i poukrywały się po kątach, czyhając na kolejną okazję do nalotu.

O, proszę - jedno nadal tutaj siedzi. "Koniec marzeń". Spadaj, zanim walnę cię w równoważnik...

Bywają chwile, gdy czuję się niemal kompletnie pusty w środku - jak wydmuszka. Albo lepiej - niczym manekin z zamkniętym w jego wnętrzu, małym, trochę złośliwym stworkiem. Stworek staje na palcach i wygląda na świat przez oczy ze sztucznego tworzywa, starając się rozumieć rzeczy, które go otaczają. Czasami idzie w kąt i wówczas ogarnia mnie nieprzeparta chęć, by się ukryć. Uciec.

Daleko.

Mogę tam być, jeśli zamyślę się w pewien szczególny sposób. O, tak.

Jest dość zimno, ale ciepła, futrzana kurtka chroni mnie przed mrozem. Ziemia pokryta jest mięsistą, śniegową pierzyną, na której nie widać niczyich śladów. Zostawiam je więc pierwszy, idąc niespiesznie przed siebie. Buty zapadają się w głąb z suchym chrzęstem. Uśmiecham się do swoich myśli: ten pozornie zwykły dźwięk dociera do zakurzonego, dawno nieodwiedzanego miejsca we wspomnieniach i sprawia, że czuję się bezpiecznie. Z każdym krokiem ogarnia mnie spokój. Na tle panującej ciszy chrzęst miażdżonego śniegu wydaje się bardzo wyrazisty; przenika eter utkany z chłodu i zapachu szyszek równie pewnie jak podeszwy moich butów przebijają cienką, lodową politurę, pokrywającą grubą warstwę białego puchu. Wdrapuję się na niewielki pagórek, zza którego widać las i przesłodzone miasteczko. Coś mówi mi, że gdzieś tam jest mój nowy dom. Zazwyczaj jestem sam, a niekiedy z kimś, z kim nie muszę podtrzymywać rozmowy. Jest dobrze, nawet jeśli nie odzywamy się do siebie ani słowem.

Po krótszej lub dłuższej chwili, marzenie odchodzi, zwalniając miejsce odebrane lepkiemu przerażeniu. Znowu czuję się jak mutant. Odmieniec. Trochę się boję, że któregoś dnia przerażenie przyjdzie zbyt szybko i zatruje marzenie swoim jadem; że zacznę bać się tego, co stanie się po wejściu na pagórek. Na szczęście, na razie nadal mam dokąd uciec. Próbuję rozmienić swoje obawy na dwoje i desperacko szukam kogoś, z kim mógłbym się nimi podzielić. Rozmawiam z przyjaciółmi, starając się oddać w słowach to, czego nie da się opisać. Wielu z nich nie ma dzieci, lecz ich nastawienie można opisać jako względnie neutralne. Po prostu życie ułożyło się im w ten czy inny sposób, jak to zazwyczaj z życiem bywa. "Nie wygłupiaj się, jesteś już dużym chłopcem", mówią.

Jestem?