sobota, 11 kwietnia 2009

Mury

Zadziwiające, co człowiek może znaleźć w kieszeni starej kurtki. Własnej kurtki, dodam dla wyjaśnienia. Sparciały kasztan, którego skórka nabrała twardości orzecha, a tak lekki, że z soczystego niegdyś wnętrza pozostał dziś zapewne tylko jałowy, sypki pył. Kilka nieskasowanych biletów z całkiem innego miasta - zupełnie nie pamiętam kiedy je kupiłem i dlaczego nigdy nie pojechałem tam, dokąd najwyraźniej miałem zamiar się udać. Dwugroszówka. Pewnie jedna z tych, które podnosi się z chodnika i obchuchuje (ach, cóż za piękne słowo) na szczęście, a potem, w odruchu zapomnienia wydaje w pierwszym lepszym spożywczym, gdy do szczęścia brakuje właśnie groszowej końcówki. Pomięty kwitek z działu kadr, z jednej z moich niedawnych prac. Niedawnych? No właśnie; kiedy to było? Będzie już chyba ze dwa lata od wypowiedzenia. Tak; to był bodaj październik... Ileż się wówczas zastanawiałem - dam radę, czy sobie nie dam, robiąc krok, na wieść którego wielu znajomych rysowało kółko na czole. Dwa lata. Szmat czasu. A jednak się udało - myślę sobie, rozprostowując pognieciony zwitek. Nagle w oko wpada mi data - październik, owszem. Ale ponad trzy lata temu. Trzy? Jak to! Gdzie zgubiłem ten jeden rok? Zaczynam panicznie przeczesywać wspomnienia, ale oporne dni, tygodnie i miesiące zlewają się w bezkształtną, ciastowatą grudę, z rzadka tylko przetkniętą pojedynczymi wolnymi dniami i może tygodniem czy dwoma urlopu. Staram się umiejscowić w czasie drobne rodzynki wydarzeń, które utkwiły mi w pamięci, próbuję rozmienić je na trzy lata życia, lecz bezskutecznie...

Zrezygnowany wzdycham i zaczynam szamotać się po mieszkaniu. Wygląda na to, że mój czas sączy się kilkoma równoległymi strumieniami, które płyną z różną szybkością i odmierzają upływ zdarzeń w innym tempie. Jest strumień pracy, a w zasadzie rozmaitych prac i zajęć, których się imałem. Jest strumień drobnych i trochę większych uczuć. Jest strumień znajomych i ludzi, z którymi kiedyś, gdzieś przecięły mi się szlaki. Mniejsze i większe fale w każdym strumieniu wydają się następować po sobie z niezmąconą logiką, lecz gdy tylko próbuję przepleść dwa strumienie; umiejscowić jakieś wydarzenie w czasie, skojarzyć je z osobami i miejscami, wpadam w pułapki, plączę się we własnych kartotekach i zrezygnowany wycofuję.

Najdziwniejsze jest jednak to, że Ona jest gdzieś w niemal wszystkich tych strumieniach; jest w nich od tak dawna, że gdyby nie to, że dzięki głębokiej biurokratyzacji szkolnictwa z absolutną pewnością mogę stwierdzić, ile mieliśmy lat, gdy świadomie spotkaliśmy się po raz pierwszy, bardzo trudno byłoby mi wyłowić z szumu miesięcy i dni zetlały początek tej dziwnej, miejscami poprzerywanej i poskręcanej wstążki, której skraj ściele się pod stopami. Ona... a teraz także jakiś bliżej nieokreślony on. On, z powodu którego właśnie zamierzam podpisać trzydziestoletni cyrograf. Nerwowo wrzucam kurtkę z powrotem do szafy i zaczynam przyglądać się ścianom, które chronią mnie przed światem od... właściwie od zawsze. Przychodzi mi do głowy, że owo "zawsze", to też trzydzieści lat z okładem. Grube, solidne mury. Wiele razy traktowane farbą klejową kupowaną na wagę z pogniecionej, aluminiowej beczki i gumowym wałkiem z wręcz kultowymi onegdaj kwiatowymi wzorkami. Zapewne nigdy nie spodziewały się, że doczekają gładzi i tynków strukturalnych, poprzetykanych wstawkami z wielce trendowego dziś gipsokartonu. Co czeka je za kolejne trzy dekady? Jakie kolejne mody będą musiały cierpliwie znosić? I kto będzie o nie dbał? Mam ochotę przytulić się do tych ścian, wodzić po nich palcami, aby zapamiętać ich strukturę, dotyk, zapach. Zapamiętać tak, bym mógł z całą pewnością umieścić je w poprzek wszystkich strumieni mojej zawodnej pamięci; by stanowiły niewzruszoną gródź dla chaosu, który dzieje się w mojej głowie. By stały się tamą pomiędzy tamtymi trzydziestoma latami, a tymi, które być może są przede mną.

Zauważam, że myślę o nich w czasie przeszłym, a przecież w zasadzie nic nie zostało jeszcze przesądzone. A może jednak? Siadam na podłodze i pobieżnie przeglądam warianty egzekucji. Wybór jest zaiste iluzoryczny i sprowadza się do wskazania pomiędzy ratami równymi, a malejącymi, walutą taką albo siaką i paroma innymi rzeczami, których nazwy są dla mnie niczym brzęczenie much. Podam to wszystko z beznamiętnym wyrazem twarzy katu w nieskazitelnym garniturze, który oceni, czy stać mnie na taki piękny koniec, uśmiechnie się - i być może przypieczętuje resztę moich dni. Przyjemnie chłodna terakota sprawia, że zapominam o wyroku i zaczynam zastanawiać się nad nowym miejscem. Wiem, że będę starał się odtworzyć w nim to, czego udało mi się dokonać tutaj i zrealizować plany, których nigdy nie doprowadziłem do końca. Tylko... czy kilka dodatkowych metrów i własne drzwi wystarczą, by odgrodzić się od tego, co mnie czeka?