sobota, 31 października 2009

Bocznica

Grypa. Siedzę zamknięty w czterech ścianach z kotem, któremu powoli odbija szajba. Miota się, wyje i drapie drzwi za którymi od miesięcy kręci się tylu ludzi do ocierania, korci tyle zjawisk do obserwowania, na tyle rzeczy można zapolować... więc dlaczego nie wolno? Nie wolno, stary. Jesteś na bocznicy, tak jak ja. Dostałem maseczkę ochronną, którą mam zakładać na pysk przed wyjściem z pokoju. Żeby nie rozsiewać i nie zarażać. Rozumiem, oczywiście. Grypa u małego dziecka, to koszmar. Rozumiem. Rozumiejąc, zawiązuję maseczkę na kokardkę z tyłu głowy, pełnym zrozumienia wzrokiem patrzę przy tym w niewzruszoną ścianę, rozumiejąc biorę pod pachę termos i przemykam chyłkiem na dół - by z równym zrozumieniem zrobić sobie litr herbaty z miodem na kilka najbliższych, gorączkowo rozumnych godzin. Dostaję obiad przez półotwarte drzwi i raz dziennie odpowiadam na pytanie jak się czuję. Zmierzyłbym sobie temperaturę, ale nie mam czym - jedyny termometr został zaanektowany na potrzeby dziecka, używanie wzbronione. Rozumiem, ma się rozumieć. Dzisiaj w nocy założyłem maseczkę i na drzwiach do pokoju Mojej nakleiłem kartkę z napisem "wylizałem fszystkie łyrzeczki i tfojom szczotkem do zembuff". Żeby nie było, że się gniewam, albo - co gorsza - nie rozumiem. "Nie rozumiesz, prawda?" - pyta Ona przez zamknięte drzwi. "Nie, no oczywiście, że rozumiem; nie widujemy się, nie wchodzisz tu, nie dotykasz mnie, bo nie chcesz go zarazić, proste, jasne. Rozumiem". "Nie, nie rozumiesz" - dodaje Moja po chwili namysłu, trawiąc moje słowa i skrupulatnie odpakowując je z kokonu żalu i rozdrażnienia, którego nie zdołałem ukryć. Naprawdę rozumiem, przekonuję sam siebie. Rozumem rozumiem. Tylko nie uczuciami. To nie ta bocznica.

Zawsze burzyłem się przeciwko teorii, wedle której większość ciężaru, który dźwigamy w dorosłym życiu wynika z doświadczeń wyniesionych z dzieciństwa. Czyż rzeczywiście aż tak marny mam wybór? Czy faktycznie większość swoich dzisiejszych decyzji i działań mogę wytłumaczyć wczorajszym deficytem lub nadmiarem tego czy owego? Buntuję się i miotam, a tymczasem w tej mojej nieszczęsnej rupieciarni z najdziwniejszymi wynalazkami, którą tylko najbardziej wyrozumiali mogliby nazwać charakterem, jest przecież tyle różnych przykładów na potwierdzenie tej tezy, począwszy od spraw tak prozaicznych jak zakupy...

Z pewnością wiele osób mogłoby podać cały szereg powodów, dla których kupują w sklepie B, a nie dajmy na to, w A, ale czy jest na sali ktoś, kto jeździ na drugi koniec miasta do sklepu B tylko dlatego, że w żenującym sloganie reklamowym A ktoś użył słowa "rodzina"? Oczywiście, że użył, bo nie interesują go bocznice, a dla Prawidłowej Większości społeczeństwa jest to słowo-wytrych, na dźwięk którego roświergalają się ptaszki, rosną serca i otwierają portfele. Owa większość z dumą okupuje środek wszelkich wykresów i statystyk, z krzywą Gaussa na czele; ta sama większość zrobi wszystko, by w pocie czoła przekazać swój genotyp następnemu pokoleniu i prycha z niechęcią na samą myśl o tym, że zamiast poczynać własne, mogłaby adoptować inne, porzucone dziecko (no cóż... patrząc na siebie z dystansem, nawet bez maseczki, całkowicie ich rozumiem. Rozumem). Tymczasem na mojej bocznicy, jedyne pozytywne uczucia, jakie budzą się w odniesieniu do dzieci jako takich, zarezerwowane są właśnie dla tych z domów dziecka i tych, których glina już na początku życia została skopana w pokraczny sposób, utrudniając swobodny, dziarski marsz przez życie. Zdarzyło mi się kiedyś, że po zakupach w sklepie B, chłopak lat małonaście zaproponował pakowanie towaru, jak to często bywa. Zawsze wrzucam jakieś moniaki do ich puszek, czy to z dobrego serca, czy z egoistycznej chęci zaspokojenia potrzeby pomagania. Tym razem jednak wystarczyło spojrzenie w oczy. W tych oczach było coś, co zdewaluowało marne grosze wrzucone do puszki do wartości obelgi; coś, co sprawiło, że przez głowę przeskoczyło ulotne wrażenie, którego nigdy wcześniej nie doświadczałem; coś na kształt pomysłu zaopiekowania się nim. Jak... synem? Ku politowaniu Prawidłowej Większości, to samo słowo w odniesieniu do własnego dziecka nie przeszło i zapewne nie przejdzie mi przez gardło.

Ze szczytu swego wyniosłego wykresu spoglądasz na mnie Ty, Prawidłowy i Ty, Prawidłowa, i Prawidłowo Do Was Podobni. Krzywa Gaussa; bezpieczne schronienie dla wszystkich tych, którzy nie odstają, zwana - och, jakże słusznie - rozkładem normalnym. Patrzycie na mnie i innych, którzy żyją na swych bocznicach i są dla was, tych z dumnego środka, w najlepszym razie peryferyjnymi odmieńcami. W gorszym - bezużytecznymi pasożytami pasącymi się z dala od ich szarych, ale dobrze utrzymanych zagonów normalności. W imię tej pieprzonej krzywej, oczywiście założę swoją maseczkę, zanim pójdę się wysikać.