"...i że zaznał pan fałszywej ciąży z odpowiedzialnością karną". Że co? Ja? Nic takiego nie zaznałem! - Zaprzeczyłem odruchowo w myślach, niespodziewanie wyrwany z katatonii - chociaż Odpowiedzialność Karna, to ładne imię. Prawie jak Indolencja Strzelecka. Może to jej koleżanka? Na głos zapytałem zaś "Słucham?" Pytam, czy ma pan Śświadomość Cssiążącej odpowiedzialnośssci karnej za składanie fałszywych zeznań - (prawdopodobnie) ponowiła pytanie urzędniczka, tak umiejętnie pompując powietrze w pierwsze litery dwóch środkowych wyrazów, że napuchły ze świstem i stały się zauważalnie większe od pozostałych. A, tak. Rzeczywiście, ciąży. To znaczy tak, zdaję sobie z tego sprawę - potwierdziłem, wlepiając sobie w myślach wirtualny odpowiednik siarczystego policzka na przebudzenie. Po chwili, już całkiem świadomie, złożyłem stosowny podpis we wskazanym miejscu wniosku, po czym podziękowałem i pożegnałem się grzecznie. Kątem oka zauważyłem, że kobieta odprowadza mnie nieco zdziwionym wzrokiem. Nic dziwnego. Przypuszczam, że niewielu petentów w połowie rozmowy zapada w sen na jawie, a potem mamrocze coś o ciąży.
Wyszedłem z urzędowo szarego budynku, lecz znów wpadłem w pułapkę zamyślenia i choć początkowo miałem wrócić do domu autobusem, zacząłem metodycznie iść przed siebie, wpatrując się we wszechobecną ostatnio kostkę chodnikową w kolorze brudnego różu. Przypomniałem sobie, że kiedy byłem mały, starałem się robić różne rzeczy w ściśle określony sposób, albowiem święcie wierzyłem, że uchroni to od śmierci Babcię i Ciotunię; dwie starsze panie, które opiekowały się mną w dzieciństwie. Dbałem na przykład o to, by stawiać stopy dokładnie w obrysie płyt chodnikowych, nigdy zaś na szczelinach pomiędzy nimi, bo każde takie nieuważne stąpnięcie zabierało trochę ich cennego czasu. Ponadto, liczyłem wszystkie mijane kafle i stosowałem tajemne schematy kroków, zapewniające im zdrowie, którego do opieki nade mną musiały mieć zapewne całkiem sporo. Teraz, w czasach brudnoróżowej mozaiki, miałbym przegwizdane - pomyślałem, porównując rozmiar buta z wielkością pojedynczej kostki. Z drugiej strony, pewnie wymyśliłbym coś innego: dziecięca wyobraźnia jest taka elastyczna. Obie starsze panie odeszły już dawno temu. Może sprawił to ich wiek, który powoli dobiegał setki, a może to ja dorosłem i moje rytuały przestały mieć moc sprawczą, bo pewnie tylko dziecko umie we właściwy sposób trafiać i liczyć chodnikowe kafle.
Gdyby tak się nie stało, nie zeznawałbym dziś o ciążeniu i odpowiedzialności w urzędzie, do którego pojechałem po akt zgonu. Akt, który potrzebny jest do innego urzędu, żeby w trzecim urzędzie można było uzyskać stosowny papierek i przedłożyć go z powrotem w drugim, czy jakoś tak. Nie pamiętam. Wiem tylko, że wśród rozlicznych aktów, tkwiących w najbardziej ponurym segregatorze w szafce nie miałem akurat tego i paru innych rzeczy, po które jeżdżę teraz po całym mieście. Powinienem być z siebie dumny - gdy przyjadę do domu, Ona powie: "brawo, załatwiłeś dzisiaj aż dwa papierki i złożyłeś wniosek o trzeci!", tak jakby przydatność mężczyzny w związku dwojga ludzi mierzyło się liczbą zorganizowanych kwitów i zaświadczeń. Z drugiej strony, skoro nie może na mnie liczyć jako na ojca swojego dziecka, to może umiejętność załatwiania spraw stała się jedyną pragmatyczną miarą sensu mojego istnienia? Probierzem udźwignięcia Cssiążącej Odpowiedzialnośssci?
Uśmiechnąłem się do własnych myśli, przypomniawszy sobie dziecinną wiarę i zaufanie w skuteczność moich szamańskich zabiegów. Dziś w nic już święcie nie wierzę, choć przyznam, że jakiś czas temu zakumplowałem się z pewnym dobrym duchem, z którym od czasu do czasu gadam po nocach. Twierdzi, że jest moim stróżem i pozwala wypłakiwać się w rękaw. Jest nieziemsko cierpliwy, tylko czasami pyta mnie (wyżymając rękawy), dlaczego u licha, skoro z nim rozmawiam, za nic nie chcę przyjąć do wiadomości istnienia jego Szefa. Ależ ja wcale nie jestem pewien, czy w ciebie wierzę, mój drogi - zaperzyłem się którejś nocy. Oczywiście, że tak, odparł - inaczej wcale by mnie tutaj nie było. Od tamtej pory boję się, że zniknie, więc na dociekania dotyczące pana Sz. odpowiadam, że zawsze miałem problemy z szacunkiem dla wysokich instancji i zdecydowanie łatwiej przychodzi mi wiara w tych, którzy pracują u podstaw. W terenie.
Chętnie porozmawiałbym z nim dzisiejszej nocy, jeśli znajdzie chwilę. Tylko najpierw muszę postawić stopę tu, potem tam, a teraz... teraz, o tu. Cholera, nie udało się. Są takie małe.
sobota, 27 czerwca 2009
czwartek, 18 czerwca 2009
Obrazki
Ciężko poobijany podczas nierównej walki z bankami o przyznanie kredytu hipotecznego, tudzież wieloma innymi niezbyt mi w smak zdarzeniami, które miały miejsce w ostatnich miesiącach, postanowiłem odtworzyć skrawki człowieczeństwa poprzez fizyczne skundlenie i pojechałem na kilka dni w góry. Rodzime, te na samym końcu, co to się prawie do Słowacji osuwają. Przy okazji wziąłem też pod pachę najnowszego z wydanych po polsku "pratchettów" ze Świata Dysku, które od lat w trudniejszych chwilach podają mi rękę.
Drewniana, trochę rozklekotana chałupa gaździny z dala od skomercjalizowanego zgiełku Zakopanego, tabliczek "Ochrona Zak-Cop"* i zapewne cośkołostuzłotowych opłat za nocleg bez wyżywienia. Znajomi, z którymi umówiłem się na wspólne łażenie są tutaj już od dwóch dni. Tak - pełną piersią wdycham zapach lekko zapadłej wsi - tutaj wypo... nie, może nie wypocznę, zważywszy na to, że na uczłowieczanie poświęciłem całe trzy dni wyrwane z napiętego harmonogramu. Wlezę, gdzie się da - im wyżej, tym lepiej: stężenie taszczonych, niesionych, wiezionych i drących się dzieciaków na 100 metrów bieżących szlaku zapewne wyraźnie spada w miarę w przesuwania się ku górze. W każdym razie, oderwę się od rzeczywistości.

Rzeczywistość zaszeleściła do mnie w kuchni, stosikiem świeżutkich wydań Naszego Dziennika. No cóż. Czego się mogłem spodziewać - pomyślałem, siorbiąc gorącą kawę plujkę i jednocześnie starając się unikać karcącego wzroku patrona RM FM i nagłówków w rodzaju "Donald Cudotwórca". A niechno se pan te gazetki przesunie, wygodniej panu byndzie - zagaiła przyjaźnie gaździna. A poczytuje se, bo człowiek musi troche wiedzieć co siem we świcie dzieje, a tam rzeczy mondre piszom. Dobrze, że jeszcze po naszemu piszom, bo tego naszego to już panie kochany niedługo wiela nie byndzie. Szwaby i żydy przyłażom kaj po swoje i rozkradajom po kawałku. Po krótkiej, wewnętrznej szamotaninie zabrałem kawę i wyszedłem. Uczłowieczać się przyjechałem, nie nawracać.
Krasnoludy głębinowe nie wychodzą ze swych sztolni i korytarzy rytych dziesiątki metrów pod ziemią. Uważają tych, którzy pracują i żyją na powierzchni za odszczepieńców, niegodnych nosić krasnoludziego miana i traktują ich jak zły sen. Nie chcą pamiętać, że skądś biorą się dostarczane im głęboko na dół środki do życia. Z drugiej strony ziemskiej skorupy, zwykłym krasnoludom zasadniczo dobrze dzieje się na powierzchni, ale gdzieś tam, w środku czują respekt do pogardzających nimi, skrajnych ortodoksów. I malutkie ukłucie, że to jednak uświęcona wiekami Tradycja. Że racja może jest po ich stronie. Że może jednak tylko tamte są Prawdziwymi Krasnoludami.

Tyś wczoraj z nami nie był - mówią poinformowani o moich zgryzotach znajomi, którzy byli na miejscu dwa dni przede mną. Przyszła druga gaździna i wspólnie radziły, co zrobić z kryptogejem psubratem, który do Krakowa do tych swoich jeździ, a że już w lata się wpędził trochę, to go tam ("pani kochana" wstaw sobie sam, zamiast przecinków) nikt bez kasy chciał nie będzie. No, to i majątek małżeński z wolna na swoich chłopców wyprzedaje.
Pan se weźmie kawki zrobi, woda goronco! Z gazety patrzy na mnie żabi wzrok Ziobry. Zrobię, zrobię, odpowiadam. A, na Ziobra pan patrzysz, no; patrz pan ile głosowało ludzi, poznali się na chłopaku. Młody, dobry, tylko by oni go tam nie zepsuli panie kochany. Może on nie pozwoli, coby ta unia wszystko rozkradła, panie kochany. Czekaj pan, toć nieposłodzone! - Gaździna podaje mi papierową kilówkę z cukrem, z nadrukowaną flagą UE i krótką notką o darach. Tym razem przyrzekam sobie w duchu zrezygnować z kuchennej kawoturystyki i pamiętać o zabraniu torebki z plujką na górę, przecież mam tam czajnik.

U Pratchetta dwie wrogo nastawione nacje zbliżają się do obchodów rocznicy pradawnej bitwy, w której ponoć krasnoludy spuściły wtłuki trollom, albo trolle krasnoludom, zależy gdzie ucho przystawić. Im bliżej rocznicy, tym bardziej atmosfera gęstnieje, nawet wśród zwykłych krasnoludów i trolli, zabieganych swym codziennym życiem. Gęstnieje tym bardziej, że o jej odpowiednią zawiesistość zabiegają demagogowie z obydwu ras, głoszący jedyną słuszność swej wersji zdarzeń. Wystarczy iskra, żeby polała się krew.
Idziemy do pobliskiego sklepu, należącego do sławetnej sieci Lewiatan. Gdzieś trzeba kupić mineralną i czekoladę na szlak. Obok kasy piętrzy się stosik gazetek, których okładki usiane są poprzekreślanymi swastykami i gotycką czcionką. Slogan pod tytułem sugeruje przydatność zawartości do spożycia tylko przez "myślących podhalańczyków". Czytam pobieżnie kilka pierwszych tytułów i upewniwszy się, że z całą pewnością nie należę do wzmiankowanego szczepu, płacę i idę w góry. Jak najwyżej.

* Nazwa jest przednia; po kilku meandrach fonetyczno-znaczeniowych zacząłem się zastanawiać, czy firma nie powinna mieć w logo łopaty. Ewentualnie, może powstanie konkurencyjny Zak-Cop-Pior? A może modny Zak-Cop-Power?**
** Właścicieli, pracowników i inne zainteresowane osoby, które mogą uznać, że przez swój niewyparzony jak łopata język naruszyłem sam trzonek dobra firmy, serdecznie przepraszam.
Drewniana, trochę rozklekotana chałupa gaździny z dala od skomercjalizowanego zgiełku Zakopanego, tabliczek "Ochrona Zak-Cop"* i zapewne cośkołostuzłotowych opłat za nocleg bez wyżywienia. Znajomi, z którymi umówiłem się na wspólne łażenie są tutaj już od dwóch dni. Tak - pełną piersią wdycham zapach lekko zapadłej wsi - tutaj wypo... nie, może nie wypocznę, zważywszy na to, że na uczłowieczanie poświęciłem całe trzy dni wyrwane z napiętego harmonogramu. Wlezę, gdzie się da - im wyżej, tym lepiej: stężenie taszczonych, niesionych, wiezionych i drących się dzieciaków na 100 metrów bieżących szlaku zapewne wyraźnie spada w miarę w przesuwania się ku górze. W każdym razie, oderwę się od rzeczywistości.

Rzeczywistość zaszeleściła do mnie w kuchni, stosikiem świeżutkich wydań Naszego Dziennika. No cóż. Czego się mogłem spodziewać - pomyślałem, siorbiąc gorącą kawę plujkę i jednocześnie starając się unikać karcącego wzroku patrona RM FM i nagłówków w rodzaju "Donald Cudotwórca". A niechno se pan te gazetki przesunie, wygodniej panu byndzie - zagaiła przyjaźnie gaździna. A poczytuje se, bo człowiek musi troche wiedzieć co siem we świcie dzieje, a tam rzeczy mondre piszom. Dobrze, że jeszcze po naszemu piszom, bo tego naszego to już panie kochany niedługo wiela nie byndzie. Szwaby i żydy przyłażom kaj po swoje i rozkradajom po kawałku. Po krótkiej, wewnętrznej szamotaninie zabrałem kawę i wyszedłem. Uczłowieczać się przyjechałem, nie nawracać.
Krasnoludy głębinowe nie wychodzą ze swych sztolni i korytarzy rytych dziesiątki metrów pod ziemią. Uważają tych, którzy pracują i żyją na powierzchni za odszczepieńców, niegodnych nosić krasnoludziego miana i traktują ich jak zły sen. Nie chcą pamiętać, że skądś biorą się dostarczane im głęboko na dół środki do życia. Z drugiej strony ziemskiej skorupy, zwykłym krasnoludom zasadniczo dobrze dzieje się na powierzchni, ale gdzieś tam, w środku czują respekt do pogardzających nimi, skrajnych ortodoksów. I malutkie ukłucie, że to jednak uświęcona wiekami Tradycja. Że racja może jest po ich stronie. Że może jednak tylko tamte są Prawdziwymi Krasnoludami.

Tyś wczoraj z nami nie był - mówią poinformowani o moich zgryzotach znajomi, którzy byli na miejscu dwa dni przede mną. Przyszła druga gaździna i wspólnie radziły, co zrobić z kryptogejem psubratem, który do Krakowa do tych swoich jeździ, a że już w lata się wpędził trochę, to go tam ("pani kochana" wstaw sobie sam, zamiast przecinków) nikt bez kasy chciał nie będzie. No, to i majątek małżeński z wolna na swoich chłopców wyprzedaje.
Pan se weźmie kawki zrobi, woda goronco! Z gazety patrzy na mnie żabi wzrok Ziobry. Zrobię, zrobię, odpowiadam. A, na Ziobra pan patrzysz, no; patrz pan ile głosowało ludzi, poznali się na chłopaku. Młody, dobry, tylko by oni go tam nie zepsuli panie kochany. Może on nie pozwoli, coby ta unia wszystko rozkradła, panie kochany. Czekaj pan, toć nieposłodzone! - Gaździna podaje mi papierową kilówkę z cukrem, z nadrukowaną flagą UE i krótką notką o darach. Tym razem przyrzekam sobie w duchu zrezygnować z kuchennej kawoturystyki i pamiętać o zabraniu torebki z plujką na górę, przecież mam tam czajnik.

U Pratchetta dwie wrogo nastawione nacje zbliżają się do obchodów rocznicy pradawnej bitwy, w której ponoć krasnoludy spuściły wtłuki trollom, albo trolle krasnoludom, zależy gdzie ucho przystawić. Im bliżej rocznicy, tym bardziej atmosfera gęstnieje, nawet wśród zwykłych krasnoludów i trolli, zabieganych swym codziennym życiem. Gęstnieje tym bardziej, że o jej odpowiednią zawiesistość zabiegają demagogowie z obydwu ras, głoszący jedyną słuszność swej wersji zdarzeń. Wystarczy iskra, żeby polała się krew.
Idziemy do pobliskiego sklepu, należącego do sławetnej sieci Lewiatan. Gdzieś trzeba kupić mineralną i czekoladę na szlak. Obok kasy piętrzy się stosik gazetek, których okładki usiane są poprzekreślanymi swastykami i gotycką czcionką. Slogan pod tytułem sugeruje przydatność zawartości do spożycia tylko przez "myślących podhalańczyków". Czytam pobieżnie kilka pierwszych tytułów i upewniwszy się, że z całą pewnością nie należę do wzmiankowanego szczepu, płacę i idę w góry. Jak najwyżej.

* Nazwa jest przednia; po kilku meandrach fonetyczno-znaczeniowych zacząłem się zastanawiać, czy firma nie powinna mieć w logo łopaty. Ewentualnie, może powstanie konkurencyjny Zak-Cop-Pior? A może modny Zak-Cop-Power?**
** Właścicieli, pracowników i inne zainteresowane osoby, które mogą uznać, że przez swój niewyparzony jak łopata język naruszyłem sam trzonek dobra firmy, serdecznie przepraszam.
środa, 3 czerwca 2009
Ślimak
Po krótkim, acz dość intensywnym deszczu sprzed kilku godzin, w całym parku pachnie wieczorną trawą i wilgocią. W niektórych miejscach da się zwęszyć także inne rzeczy - ba, nie trzeba się nawet bardzo starać - ale receptory rzeczywistości chwilowo zaserwowały mi tryb romantyczny i ignorują rażący gdzieniegdzie deficyt urokliwości miejsca. Staram się wybierać możliwie nieocienione ścieżki, na chodniki wylęgły bowiem małe i duże ślimaki, a ja nie zapomnę wieczoru, kiedy to wracając od znajomych ciemną ulicą nieostrożnie zmieniłem jednego takiego w płaską mieszaninę miękkiego ciała i zmiażdżonej skorupki. Przez przypadek. Słowo. Nienawidzę tego chrupnięcia do dzisiaj. Najwyraźniej równie łatwo jest niechący zabrać jak i dać życie jakiejś bogu ducha winnej istocie. Sam nie wiem, której bardziej mi żal.
Zmrok zapada w ekspresowym tempie i nieszczęsne receptory, które w pobliżu co gęstszych kęp roślinności muszą naprawdę zdrowo się napocić, by spośród wielu... hm... bodźców (tak, to będzie dobre słowo), wyłowić wyłącznie zapach deszczu, otrzymują niespodziewane wsparcie w postaci zapalających się latarni. "Ale ładnie" - myślę sobie, przerzuciwszy się z doznań węchowych na wzrokowe. W innych okolicznościach zapewne usiadłbym na ławce i popatrzył na kaczki w stawie, przecinające ciemniejącą taflę wody idealnie prostymi trajektoriami i odbijające się niekiedy od brzegu niczym bile od bandy w snookerze. W okoliczności wdzierają się jednak - sądząc po gwałtowności dysputy - co najmniej dwa lekko zapite porykiwania, które z wolna nadciągają z przeciwnej alejki. Co więcej, porykiwania ciągną za sobą jednego z tych przyjaźnie wychowanych piesków, których obroża wygląda jak obręcz nabita czopkami przeciw hemoroidom dla C-3PO. Po namyśle stwierdzam, że po wykreśleniu ciszy i kaczek spłoszonych przez oczopkowanego czworonoga, tudzież dodaniu wzmiankowanych odgłosów, kojące wartości krajobrazu doznają poważnego uszczerbku i - nie bez żalu - ruszam w dalszą drogę.
Dla typowych o takiej porze klientów, do których sam się w tej chwili zaliczam, z całego spożywczego liczy się tylko jedno stoisko. Musztardy, jabłka i sałatki mogą spokojnie skreślić jeden dzień ze swej przydatności do spożycia; nikt do nich już dzisiaj nie zajrzy. Po zmroku uwaga wszystkich nabywców skupiona jest zazwyczaj na połyskujących butelkach i aluminiowych puszkach zgromadzonych w jedynym oświetlonym kącie, a także na porównywaniu przybrudzonych kartek z cenami, z wartością stosiku drobnych monet, skrywanych w poczerniałych, trzęsących się dłoniach. Z tym większym zdziwieniem obserwuję stojącą przede mną, kompletnie nieprzystającą do sytuacji parę z dwójką dzieci. Bezwiednie pakuję całą czwórkę do drewnianej szufladki z nieoheblowanego drewna z napisem "eko": dwie drobne dziewczynki z buziami w ciup mają na głowach chustki, mamusia szczupła beżowo-lniano-gładka plus trzy piegi, tatuś szczapa w sztruksowo-flanelową kratę. Pomimo dość późnej pory są tacy wyprasowani, czyści i wyspani. Rozsiewają wokół siebie zapach mydła w miejscu, które w najlepszym przypadku pachnie stęchłym mopem. Przez chwilę zastanawiam się, o co poproszą panią na monopolowym - kiełki? Rzeżuchę? Otręby? - zresztą, nieważne. Na ich tle, nawet jeśli zdecyduję się na wino z najwyższej miejscowej półki, wycenionej na circa 30 zeta, i tak będę czuł się jak menel. Moje radośnie szufladkujące, wewnętrzne głosy, rozochocone wyrazistością obserwowanych obiektów, szepczą mi do ucha, że dziewczynki były z pewnością zaplanowane i oczekiwane z radością, a flanelowa szczapa w kratę z pełnym opiekuńczości wyrazem twarzy niewątpliwie uczestniczyła w ich przyjściu na świat. Jeszcze chwila i pochlastałbym owe głosy wiszącymi przy kasie maszynkami do golenia, lecz na szczęście kolejka dotarła do moich eko. Beżowa ekomama nie zawiodła mnie, prosząc o wodę mineralną i... wypłatę pieniędzy z karty kredytowej. Moja lewa brew mimowolnie powędrowała w górę (CashBack?! Tutaj?! Może o kiełki albo otręby byłoby jednak łatwiej?), lecz zanim zdążyłem na dobre się zdziwić, otrzymała i jedno i drugie. Rozejrzałem się niepewnie dookoła - to przecież ten sam peerelowski spożywczak, co zwykle... czy nie? A może... może takim pachnącym mydłem eko po prostu wszystko udaje się bez względu na okoliczności.
Wychodząc do sklepu o tej godzinie, nigdy wcześniej nie zadałbym sobie trudu owinięcia butelki wina w cokolwiek - kogo mogłaby ona zaskoczyć w tej okolicy? - ale jakaś resztka mojej sponiewieranej przyzwoitości, zapewne mając na uwadze ludzi, których jeszcze przed chwilą tutaj widziałem (widziałem, prawda?) nakazuje mi zapakować ją w tutkę. Papierową - chociaż tyle z bycia eko. Wracam okrężną drogą, przygladając sie z daleka odbijającym się stawie latarniom. Niemal w ostatniej chwili dostrzegam dużego ślimaka, który postanowił przemierzyć chodnik w poprzek, kierując sie wprost na jezdnię. Ostrożnie schylam się, biorę ślimaka za skorupkę, przyglądam się chwilę jak odruchowo kuli czułki i wciska się do bezpiecznego (?) wnętrza muszli, a potem odkładam niedoszłego samobójcę daleko na trawnik. Chociaż tyle z bycia eko. Chociaż tyle.
Zmrok zapada w ekspresowym tempie i nieszczęsne receptory, które w pobliżu co gęstszych kęp roślinności muszą naprawdę zdrowo się napocić, by spośród wielu... hm... bodźców (tak, to będzie dobre słowo), wyłowić wyłącznie zapach deszczu, otrzymują niespodziewane wsparcie w postaci zapalających się latarni. "Ale ładnie" - myślę sobie, przerzuciwszy się z doznań węchowych na wzrokowe. W innych okolicznościach zapewne usiadłbym na ławce i popatrzył na kaczki w stawie, przecinające ciemniejącą taflę wody idealnie prostymi trajektoriami i odbijające się niekiedy od brzegu niczym bile od bandy w snookerze. W okoliczności wdzierają się jednak - sądząc po gwałtowności dysputy - co najmniej dwa lekko zapite porykiwania, które z wolna nadciągają z przeciwnej alejki. Co więcej, porykiwania ciągną za sobą jednego z tych przyjaźnie wychowanych piesków, których obroża wygląda jak obręcz nabita czopkami przeciw hemoroidom dla C-3PO. Po namyśle stwierdzam, że po wykreśleniu ciszy i kaczek spłoszonych przez oczopkowanego czworonoga, tudzież dodaniu wzmiankowanych odgłosów, kojące wartości krajobrazu doznają poważnego uszczerbku i - nie bez żalu - ruszam w dalszą drogę.
Dla typowych o takiej porze klientów, do których sam się w tej chwili zaliczam, z całego spożywczego liczy się tylko jedno stoisko. Musztardy, jabłka i sałatki mogą spokojnie skreślić jeden dzień ze swej przydatności do spożycia; nikt do nich już dzisiaj nie zajrzy. Po zmroku uwaga wszystkich nabywców skupiona jest zazwyczaj na połyskujących butelkach i aluminiowych puszkach zgromadzonych w jedynym oświetlonym kącie, a także na porównywaniu przybrudzonych kartek z cenami, z wartością stosiku drobnych monet, skrywanych w poczerniałych, trzęsących się dłoniach. Z tym większym zdziwieniem obserwuję stojącą przede mną, kompletnie nieprzystającą do sytuacji parę z dwójką dzieci. Bezwiednie pakuję całą czwórkę do drewnianej szufladki z nieoheblowanego drewna z napisem "eko": dwie drobne dziewczynki z buziami w ciup mają na głowach chustki, mamusia szczupła beżowo-lniano-gładka plus trzy piegi, tatuś szczapa w sztruksowo-flanelową kratę. Pomimo dość późnej pory są tacy wyprasowani, czyści i wyspani. Rozsiewają wokół siebie zapach mydła w miejscu, które w najlepszym przypadku pachnie stęchłym mopem. Przez chwilę zastanawiam się, o co poproszą panią na monopolowym - kiełki? Rzeżuchę? Otręby? - zresztą, nieważne. Na ich tle, nawet jeśli zdecyduję się na wino z najwyższej miejscowej półki, wycenionej na circa 30 zeta, i tak będę czuł się jak menel. Moje radośnie szufladkujące, wewnętrzne głosy, rozochocone wyrazistością obserwowanych obiektów, szepczą mi do ucha, że dziewczynki były z pewnością zaplanowane i oczekiwane z radością, a flanelowa szczapa w kratę z pełnym opiekuńczości wyrazem twarzy niewątpliwie uczestniczyła w ich przyjściu na świat. Jeszcze chwila i pochlastałbym owe głosy wiszącymi przy kasie maszynkami do golenia, lecz na szczęście kolejka dotarła do moich eko. Beżowa ekomama nie zawiodła mnie, prosząc o wodę mineralną i... wypłatę pieniędzy z karty kredytowej. Moja lewa brew mimowolnie powędrowała w górę (CashBack?! Tutaj?! Może o kiełki albo otręby byłoby jednak łatwiej?), lecz zanim zdążyłem na dobre się zdziwić, otrzymała i jedno i drugie. Rozejrzałem się niepewnie dookoła - to przecież ten sam peerelowski spożywczak, co zwykle... czy nie? A może... może takim pachnącym mydłem eko po prostu wszystko udaje się bez względu na okoliczności.
Wychodząc do sklepu o tej godzinie, nigdy wcześniej nie zadałbym sobie trudu owinięcia butelki wina w cokolwiek - kogo mogłaby ona zaskoczyć w tej okolicy? - ale jakaś resztka mojej sponiewieranej przyzwoitości, zapewne mając na uwadze ludzi, których jeszcze przed chwilą tutaj widziałem (widziałem, prawda?) nakazuje mi zapakować ją w tutkę. Papierową - chociaż tyle z bycia eko. Wracam okrężną drogą, przygladając sie z daleka odbijającym się stawie latarniom. Niemal w ostatniej chwili dostrzegam dużego ślimaka, który postanowił przemierzyć chodnik w poprzek, kierując sie wprost na jezdnię. Ostrożnie schylam się, biorę ślimaka za skorupkę, przyglądam się chwilę jak odruchowo kuli czułki i wciska się do bezpiecznego (?) wnętrza muszli, a potem odkładam niedoszłego samobójcę daleko na trawnik. Chociaż tyle z bycia eko. Chociaż tyle.
Subskrybuj:
Posty (Atom)