czwartek, 11 listopada 2010

Piosenka

Obudziłem się z tym rodzajem mdłego zimno-ciepła, które oblepia wnętrzności po niespokojnym śnie. Nadal śpiący ja zapytał obudzonego mnie: "Dlaczego mam tak odrętwiałe nogi, skoro strzelała w klatę?". "To znaczy, chodzi ci o miejsce, gdzie prawdziwi faceci mają klatę, tak?" - odpowiedziałem sobie w myślach na dowód wracającej przytomności. Rzut okiem przez prawe ramię rozwiązał zagadkę zdrętwiałych nóg: siedem kilo szarej sierści, to wcale nie tak mało, jeśli przemnożyć je przez godzinę i ułożyć na łydce. Obróciłem się, by strząsnąć ów niewygodny grzejnik, który spojrzał z rozczarowaniem: "tak krótko?" - i przy okazji wygoniłem spod koca zaduch trawionego alkoholu. Nie trzeba do mnie strzelać - skrzywiłem się z niesmakiem - sam hoduję w sobie małą śmierć; podlewam wódką, żeby żwawiej rosła i na ołatrzyku z obleśniejącego ciała kadzę jej fajczanym dymem. Jak tak dalej pójdzie, nie zdążę się nawet rozwieść, a co dopiero wrócić do siebie, gdziekolwiek by to nie było. Tylko czy jest po co... we śnie byłem z jakąś inną kobietą, w innym miejscu czasu i przestrzeni. Na wieść o jej ciąży desperacko sięgam po broń, ona też. Celujemy - ja w brzuch, ona w serce. I żadne z nas nie może trafić.

Co ja to miałem... ach tak. Zdrzemnąć się i iść do sklepu. Co prawda leje jak z cebra, ale może to i lepiej. Machinalnie wziąłem od Mojej kartkę z listą zakupów, dopisałem parę (czyt. dwa) drobiazgów (czyt. piwa) i zanim się spostrzegłem, wędrowałem moknącym chodnikiem, upstrzonym mniej lub bardziej zdewastowanymi kawałkami dżdżownic o różnym stopniu funkcjonalności. Pod nieobecność jeszcze nie całkiem przytomnej świadomości, zaabsorbowanej wytyczaniem skomplikowanych trajektorii stóp między nieszczęsnymi stworzeniami, jakaś część mózgu uwolniona z uwarunkowań społeczno-kulturowych zaczęła śpiewać naprędce układaną piosenkę. Najpierw po cichu, potem coraz głośniej, a po chwili nawet dalsza okolica wcale nie musiała zanadto nadstawiać uszu, by się dowiedzieć, że

małe dżdżownice wyłażą spod liści
i chcą przejść na drugą stronę,
lecz o dżdżowniczych tych pragnieniach
nie wiedzą kierowcy i motocykliści,
którzy zamieniają je w eksperymenty
z odrastaniem i regeneracją;

mielonka z przyziemnych marzeń,
hurt, detal, ulica włókniarzy...

ciekawe, czy taka połówka dżdżownicy
po całej sobie odziedziczyła
tamte pragnienia; czy nadal pamięta,
o czym marzyła

mielonka z przyziemnych marzeń,
hurt, detal, ulica włókniarzy...

lalala.


Zorientowałem się, że jestem w miejscu-nie-lalala dopiero w chwili gdy minął mnie jakiś mocno zdziwiony facet na rowerze. Jako bodziec nieco większy i szybszy od dżdżownicy, a nawet kilku, docucił półprzytomną świadomość i zamknął mi gębę. No właśnie, czy marzenia odrastają jeśli się je... no, może niekoniecznie rozjedzie samochodem, ale przetnie na pół? Każdej połówce? Czy na przykład jedna schnie i obumiera, a druga kwitnie? Problem przerósł moje zdolności analityczne, więc włożyłem słuchawki do uszu, żeby zagłuszyć natrętne myśli, a muzyka z "Władcy pierścieni" w jednej chwili rzuciła mnie z ponurego miasta gdzieś na zielone łąki Walii albo Nowej Zelandii. Co prawda tam też padało - umiejętność wyłączania upierdliwych bodźców zewnętrznych, to najwyraźniej kolejny stopień wtajemniczenia w sztuce zamyślania się (w każdym razie jeszcze go nie opanowałem) - ale było pięknie. Pagórzaście, zielono, miękko, lekko, tajemniczo. Wyobraziłem sobie, że po całym dniu wędrówki siadam z przyjaciółmi do stołu w jakiejś gospodzie. Ktoś wyciąga gitarę, ktoś fajkę. Pijemy piwo, opowiadamy przygody z całego dnia. Jesteśmy tak najzwyczajniej w świecie szczęśliwi.

Jeśli tak miałby wyglądać tamten świat; inny świat ("czemuż lepszego nie ma świata?"), chętnie zboczyłbym wprost pod nadjeżdżającą ciężarówkę. Ciężarówkę?! No tak. Przecież stoję przed skrzyżowaniem. Nie wiem, jak długo. Mam wrażenie, że od kilku lat.