Obudziłem się z tym rodzajem mdłego zimno-ciepła, które oblepia wnętrzności po niespokojnym śnie. Nadal śpiący ja zapytał obudzonego mnie: "Dlaczego mam tak odrętwiałe nogi, skoro strzelała w klatę?". "To znaczy, chodzi ci o miejsce, gdzie prawdziwi faceci mają klatę, tak?" - odpowiedziałem sobie w myślach na dowód wracającej przytomności. Rzut okiem przez prawe ramię rozwiązał zagadkę zdrętwiałych nóg: siedem kilo szarej sierści, to wcale nie tak mało, jeśli przemnożyć je przez godzinę i ułożyć na łydce. Obróciłem się, by strząsnąć ów niewygodny grzejnik, który spojrzał z rozczarowaniem: "tak krótko?" - i przy okazji wygoniłem spod koca zaduch trawionego alkoholu. Nie trzeba do mnie strzelać - skrzywiłem się z niesmakiem - sam hoduję w sobie małą śmierć; podlewam wódką, żeby żwawiej rosła i na ołatrzyku z obleśniejącego ciała kadzę jej fajczanym dymem. Jak tak dalej pójdzie, nie zdążę się nawet rozwieść, a co dopiero wrócić do siebie, gdziekolwiek by to nie było. Tylko czy jest po co... we śnie byłem z jakąś inną kobietą, w innym miejscu czasu i przestrzeni. Na wieść o jej ciąży desperacko sięgam po broń, ona też. Celujemy - ja w brzuch, ona w serce. I żadne z nas nie może trafić.
Co ja to miałem... ach tak. Zdrzemnąć się i iść do sklepu. Co prawda leje jak z cebra, ale może to i lepiej. Machinalnie wziąłem od Mojej kartkę z listą zakupów, dopisałem parę (czyt. dwa) drobiazgów (czyt. piwa) i zanim się spostrzegłem, wędrowałem moknącym chodnikiem, upstrzonym mniej lub bardziej zdewastowanymi kawałkami dżdżownic o różnym stopniu funkcjonalności. Pod nieobecność jeszcze nie całkiem przytomnej świadomości, zaabsorbowanej wytyczaniem skomplikowanych trajektorii stóp między nieszczęsnymi stworzeniami, jakaś część mózgu uwolniona z uwarunkowań społeczno-kulturowych zaczęła śpiewać naprędce układaną piosenkę. Najpierw po cichu, potem coraz głośniej, a po chwili nawet dalsza okolica wcale nie musiała zanadto nadstawiać uszu, by się dowiedzieć, że
małe dżdżownice wyłażą spod liści
i chcą przejść na drugą stronę,
lecz o dżdżowniczych tych pragnieniach
nie wiedzą kierowcy i motocykliści,
którzy zamieniają je w eksperymenty
z odrastaniem i regeneracją;
mielonka z przyziemnych marzeń,
hurt, detal, ulica włókniarzy...
ciekawe, czy taka połówka dżdżownicy
po całej sobie odziedziczyła
tamte pragnienia; czy nadal pamięta,
o czym marzyła
mielonka z przyziemnych marzeń,
hurt, detal, ulica włókniarzy...
lalala.
Zorientowałem się, że jestem w miejscu-nie-lalala dopiero w chwili gdy minął mnie jakiś mocno zdziwiony facet na rowerze. Jako bodziec nieco większy i szybszy od dżdżownicy, a nawet kilku, docucił półprzytomną świadomość i zamknął mi gębę. No właśnie, czy marzenia odrastają jeśli się je... no, może niekoniecznie rozjedzie samochodem, ale przetnie na pół? Każdej połówce? Czy na przykład jedna schnie i obumiera, a druga kwitnie? Problem przerósł moje zdolności analityczne, więc włożyłem słuchawki do uszu, żeby zagłuszyć natrętne myśli, a muzyka z "Władcy pierścieni" w jednej chwili rzuciła mnie z ponurego miasta gdzieś na zielone łąki Walii albo Nowej Zelandii. Co prawda tam też padało - umiejętność wyłączania upierdliwych bodźców zewnętrznych, to najwyraźniej kolejny stopień wtajemniczenia w sztuce zamyślania się (w każdym razie jeszcze go nie opanowałem) - ale było pięknie. Pagórzaście, zielono, miękko, lekko, tajemniczo. Wyobraziłem sobie, że po całym dniu wędrówki siadam z przyjaciółmi do stołu w jakiejś gospodzie. Ktoś wyciąga gitarę, ktoś fajkę. Pijemy piwo, opowiadamy przygody z całego dnia. Jesteśmy tak najzwyczajniej w świecie szczęśliwi.
Jeśli tak miałby wyglądać tamten świat; inny świat ("czemuż lepszego nie ma świata?"), chętnie zboczyłbym wprost pod nadjeżdżającą ciężarówkę. Ciężarówkę?! No tak. Przecież stoję przed skrzyżowaniem. Nie wiem, jak długo. Mam wrażenie, że od kilku lat.
czwartek, 11 listopada 2010
Subskrybuj:
Posty (Atom)