sobota, 14 marca 2009

Świr

Wspólne przeżywanie różnych wydarzeń, a choćby i prozaiczne trwanie w jednej coranności i cowieczorności sprawia, że zwykły język obrasta skrótami i określeniami niedostępnymi dla ludzi spoza kręgu wtajemniczonych. To miłe... a czasami bywa zabawne, szczególnie jeśli pielęgnowane i udoskonalane z czasem słowo wyskoczy kiedyś nieproszone wśród osób, które siłą rzeczy nie mają pojęcia, o co chodzi. Bywa, że takie słowo przeleci łagodnym łukiem przez zgromadzone towarzystwo, odprowadzone bodaj jedną lub dwiema uniesionymi w zdziwieniu brwiami, bywa też, że śmignie niezauważone. Jedynie z rzadka ktoś dopyta się, cóż znaczy to dziwne coś, co przed chwilą usłyszał... lub tylko mu się wydawało - najwyraźniej nasz zmysł słuchu lubi udawać, że w spójnej tkance utartych wyrażeń i pojęć nie nastąpił żaden zaskakujący wybryk. Jeszcze rzadziej zdarza się, by przypadkowi słuchacze zamarli w niemym, acz kulturalnym osłupieniu - choć bywa i tak; szczególnie, gdy do głosu dochodzą określenia tak zadziwiające jak "kurwatura spluszenia".

Wypadałoby zacząć od tego, czym jest spluszenie, lecz akurat to jest na szczęście bardzo proste. Otóż, spluszenie to stan polegający na udostępnieniu oplusznej do miziania, który zdarza się nadzwyczaj rzadko. Oplusznej? Ach; opluszna. Długo by opowiadać... Najprościej rzecz biorąc, opluszna to zadziwiająco swobodnie wiszący kawał skóry pokryty gęstą, pluszową w dotyku sierścią, który znajduje się w miejscu, gdzie większość zwykłych zwierząt ma brzuch. Po takim wstępie, nietrudno domyślić się, o kogo chodzi. "Patrz, jak się ślicznie pluszy" - mówi Ona, obserwując kota, który przewraca się na grzbiet, przymilnie zachęcając nas do głaskania. "Rzeczywiście; klasyczne spluszenie" - odpowiadam. Spluszenie, jak każdy przyzwoity proces, może mieć swój silniejszy lub łagodniejszy przebieg. Ten subtelniejszy polega na zwykłym położeniu się na grzbiecie i wyciągnięciu łap do góry. Zdarza się jednak, że tylne łapy nie są wyciągane w zwykły sposób, lecz czule obejmują miziającą dłoń, przy czym ich końce (zwane łapciami) przybierają łukowato wygięty kształt. Krzywizna owego łuku, to właśnie owa tajemnicza kurwatura, symbolizująca najwyższe stadium spluszenia.

Uśmiecham się sam do siebie, zastanawiając się nad gęstą siateczką drobnych nitek, które łączą mnie z przyjaciółmi. Wiele z owych nitek, to właśnie takie słowa-klucze, które lubię pielęgnować; przypominać sobie, jak powstawały i jak zapuszczały korzenie w naszych codziennych, cotygodniowych czy coiluśmiesięcznych rozmowach. Chętnie chwytam się wspomnień, gdy czuję się tak jak teraz, czuję się zaś straszliwie zmęczony. To nie jest zwykłe zmęczenie; to raczej stęchła, wewnętrzna ociężałość, która wyciąga swoje lepkie macki daleko, do najodleglejszych zakątków tego skórzastego worka na flaki, który oglądam na co dzień w lustrze. To znużenie samym sobą i swoimi własnymi wizjami; wynaturzeniami mojej chorej wyobraźni. Chodź, oprowadzę Cię po kilku.

Wyobraź sobie, że powoli ogarnia Cię senność. Leżysz sobie, dając się unieść rozlewającemu się stopniowo po całym ciele otępieniu. Cudowne uczucie... gdyby nie fakt, że możesz leżeć tylko na lewym boku. Albo na plecach, choć to niewygodne. Na brzuchu nie wolno, bo wówczas odsłonięte zostałyby więzadła kolanowe, które ktoś może przeciąć ostrym nożem, gdy będziesz spać. Krew sikałaby dookoła, a Twoje podudzia majtałyby się w tę i nazad, buj, buj, chybot, chybot, jak u Pinokia, którego ktoś nieopatrznie rozhuśtał na sznurkach. Nie możesz też na prawym boku, bo lewa krawędź Twojej miednicy jest bardzo ostra; tak ostra, że wydaje Ci się, że może przeciąć od wewnątrz naciskającą na nią skórę bioder; rozcięcie gładko pójdzie dalej, w obydwie strony, niczym świeżo przesmarowany stearyną zamek błyskawiczny i rozewrzesz się jak koperta, a cała Twoja zawartość wyślizgnie się na łóżko. Fuj. No dobrze; odechciało Ci się spać. Wcale Ci się nie dziwię - mnie też się odechciewa. Wstajesz, podchodzisz do komputera, otwierasz stronę ulubionego sklepu i myślisz sobie, że warto byłoby sobie coś kupić - w końcu pracujesz siedem dni w tygodniu, nie znasz weekendów ani urlopów. Chyba Ci wolno? Nie; mylisz się. Nie zasługujesz. Niezależnie od tego jak bardzo wydaje Ci się, że na coś możesz sobie pozwolić, z pewnością nie jesteś tego wart. Ale nie przejmuj się, jutro będziesz mógł dalej odpracowywać swoją inność. Z całą pewnością zasługujesz jutro na pracę. Nieważne, jak nazywa się jutro. Nie płacz; lepiej idź już spać... tylko pamiętaj, by położyć się na lewym boku.