Obudziłem się z tym rodzajem mdłego zimno-ciepła, które oblepia wnętrzności po niespokojnym śnie. Nadal śpiący ja zapytał obudzonego mnie: "Dlaczego mam tak odrętwiałe nogi, skoro strzelała w klatę?". "To znaczy, chodzi ci o miejsce, gdzie prawdziwi faceci mają klatę, tak?" - odpowiedziałem sobie w myślach na dowód wracającej przytomności. Rzut okiem przez prawe ramię rozwiązał zagadkę zdrętwiałych nóg: siedem kilo szarej sierści, to wcale nie tak mało, jeśli przemnożyć je przez godzinę i ułożyć na łydce. Obróciłem się, by strząsnąć ów niewygodny grzejnik, który spojrzał z rozczarowaniem: "tak krótko?" - i przy okazji wygoniłem spod koca zaduch trawionego alkoholu. Nie trzeba do mnie strzelać - skrzywiłem się z niesmakiem - sam hoduję w sobie małą śmierć; podlewam wódką, żeby żwawiej rosła i na ołatrzyku z obleśniejącego ciała kadzę jej fajczanym dymem. Jak tak dalej pójdzie, nie zdążę się nawet rozwieść, a co dopiero wrócić do siebie, gdziekolwiek by to nie było. Tylko czy jest po co... we śnie byłem z jakąś inną kobietą, w innym miejscu czasu i przestrzeni. Na wieść o jej ciąży desperacko sięgam po broń, ona też. Celujemy - ja w brzuch, ona w serce. I żadne z nas nie może trafić.
Co ja to miałem... ach tak. Zdrzemnąć się i iść do sklepu. Co prawda leje jak z cebra, ale może to i lepiej. Machinalnie wziąłem od Mojej kartkę z listą zakupów, dopisałem parę (czyt. dwa) drobiazgów (czyt. piwa) i zanim się spostrzegłem, wędrowałem moknącym chodnikiem, upstrzonym mniej lub bardziej zdewastowanymi kawałkami dżdżownic o różnym stopniu funkcjonalności. Pod nieobecność jeszcze nie całkiem przytomnej świadomości, zaabsorbowanej wytyczaniem skomplikowanych trajektorii stóp między nieszczęsnymi stworzeniami, jakaś część mózgu uwolniona z uwarunkowań społeczno-kulturowych zaczęła śpiewać naprędce układaną piosenkę. Najpierw po cichu, potem coraz głośniej, a po chwili nawet dalsza okolica wcale nie musiała zanadto nadstawiać uszu, by się dowiedzieć, że
małe dżdżownice wyłażą spod liści
i chcą przejść na drugą stronę,
lecz o dżdżowniczych tych pragnieniach
nie wiedzą kierowcy i motocykliści,
którzy zamieniają je w eksperymenty
z odrastaniem i regeneracją;
mielonka z przyziemnych marzeń,
hurt, detal, ulica włókniarzy...
ciekawe, czy taka połówka dżdżownicy
po całej sobie odziedziczyła
tamte pragnienia; czy nadal pamięta,
o czym marzyła
mielonka z przyziemnych marzeń,
hurt, detal, ulica włókniarzy...
lalala.
Zorientowałem się, że jestem w miejscu-nie-lalala dopiero w chwili gdy minął mnie jakiś mocno zdziwiony facet na rowerze. Jako bodziec nieco większy i szybszy od dżdżownicy, a nawet kilku, docucił półprzytomną świadomość i zamknął mi gębę. No właśnie, czy marzenia odrastają jeśli się je... no, może niekoniecznie rozjedzie samochodem, ale przetnie na pół? Każdej połówce? Czy na przykład jedna schnie i obumiera, a druga kwitnie? Problem przerósł moje zdolności analityczne, więc włożyłem słuchawki do uszu, żeby zagłuszyć natrętne myśli, a muzyka z "Władcy pierścieni" w jednej chwili rzuciła mnie z ponurego miasta gdzieś na zielone łąki Walii albo Nowej Zelandii. Co prawda tam też padało - umiejętność wyłączania upierdliwych bodźców zewnętrznych, to najwyraźniej kolejny stopień wtajemniczenia w sztuce zamyślania się (w każdym razie jeszcze go nie opanowałem) - ale było pięknie. Pagórzaście, zielono, miękko, lekko, tajemniczo. Wyobraziłem sobie, że po całym dniu wędrówki siadam z przyjaciółmi do stołu w jakiejś gospodzie. Ktoś wyciąga gitarę, ktoś fajkę. Pijemy piwo, opowiadamy przygody z całego dnia. Jesteśmy tak najzwyczajniej w świecie szczęśliwi.
Jeśli tak miałby wyglądać tamten świat; inny świat ("czemuż lepszego nie ma świata?"), chętnie zboczyłbym wprost pod nadjeżdżającą ciężarówkę. Ciężarówkę?! No tak. Przecież stoję przed skrzyżowaniem. Nie wiem, jak długo. Mam wrażenie, że od kilku lat.
czwartek, 11 listopada 2010
poniedziałek, 4 października 2010
Letarg
Napisałbym, że mam wrażenie, że życie wycieka mi przez jakąś dziurkę, której nie umiem namierzyć i zatkać. Pewnie byłoby w tym sporo prawdy, bo rzeczywiście tak czuję, tylko w zasadzie co to zmieni? Może napiszę raczej, że wczorajszy dzień po raz kolejny upłynął mi pod znakiem "KKK", czyli Kreatywna Księgowość Kwitnie. Większość przelewów pomiędzy własnymi rachunkami, udającymi - dzięki rozlicznym produktom nowoczesnej bankowości - że wciąż są na nich jakieś pieniądze, tytułuję "Zasilenie konta". Traf chciał, że tym razem zapomniałem literki "t". W sumie racja - mruknąłem, spostrzegłszy pomyłkę. Najwyraźniej całe życie będę musiał spłacać jakieś długi. Założę się, że nawet w piątek ktoś po coś przyjdzie. Tym razem muszę jakimś cudem oddać pieniądze, które pożyczyłem od rodziców Mojej przed remontem mieszkania. Banki niespecjalnie kwapią się do czynienia cudów przed takim gościem jak ja, który - z braku stałej umowy o pracę - nie istnieje dla Systemu, więc człapię od jednego do drugiego jak nowoczesny żebrak uwikłany w cyfrową epokę. Kreator tworów spod znaku obgryzionego jabłka z pewnością ma produkt dla takich jak ja - iBeg, czy inny taki. Pełen niewesołych myśli idę więc do świątyni komercji, do oddziału kolejnego banku. Na szybach i reklamach mijam krzyczące czerwienią oferty ekonta, ezakupów i epapierosa. Mijam je bez emocji, lecz gdy na kolejnej planszy dostrzegam napis zaczynający się od słowa epicka, z niekłamanym zaciekawieniem przyspieszam kroku. Niestety, chodzi tylko o jakąś opowieść; najwyraźniej jestem do tyłu z filmami. Szkoda. To mogłoby być ciekawe rozwiązanie na przyszłość.
A jednak mały cud się zdarzył. Dostałem kredyt; co prawda tylko na połowę kwoty, ale to zawsze o połowę lepsze, niż nic. Nie wiem jeszcze, skąd wezmę drugą. Może nie będę spał, tylko pracował? Tym bardziej, że sen już od dawna nie sprawia mi przyjemności. Kiedyś uwielbiałem siedzieć do drugiej, trzeciej w nocy. Kocham noc. Wtedy najpiękniej się pisze, najciekawiej dłubie w pikselach. Tylko jak siedzieć do drugiej, skoro o szóstej trzydzieści ktoś drze pysk i wali ci plastikowym klockiem nad uchem, a ktoś inny mówi "ooo... widzisz, tatuś TEŻ się JUŻ obudził, powiedz tatusiowi dzień dobry!". Sratuś. Gdzieś na historycznych zdjęciach widziałem takie pękate bomby z różnymi napisami. Prócz "NaszBógWaszemuZapłać" jakieś z "dzień dobry" też chyba były. To ja poproszę jedną. Że przy okazji zdejmie mnie? Trudno. Choć od jakiegoś czasu panicznie boję się śmierci. Będąc na cmentarzu, odruchowo kalkuluję w pamięci średnią wieku mężczyzn z grobów (z litości dla siebie pomijam motocyklistów i pechowców) i liczę, ile czwartków mi jeszcze zostało. Mało. Zastanawiam się, co jeszcze zdążę zrobić z tego, co zaplanowałem, gdy uda mi się ocknąć z tego letargu. Na niektóre rzeczy już będzie za późno. Budzę się w nocy słysząc walenie serca i niemal namacalnie odczuwam jak krew przeciska się przez żyły; mam wrażenie, że robi to coraz wolniej, coraz bardziej niechętnie i zaczynam trząść się w panice: "Jak to, to już wszystko? Już nic się nie wydarzy? Żadnej magii? Codzienna harówa w imieniu spłacania haraczy, w akompaniamencie wrzasku wiecznie skrzywionej, niezadowolonej gęby? To już z górki?".
Chciałbym wierzyć, że - jeśli powiedzie się mój plan - suma szczęść osobnych będzie większa, niż skomplikowany rachunek różniczkowy szczęścia wspólnego. Że za horyzontem bieżących zdarzeń jest coś jeszcze. I znów ten głupi lęk o Nic. Nie dziwię się ludziom, że wynaleźli religie, które pomagają zapełnić pustkę niezrozumienia. Nie potrafię, a też bym tak chciał: wetknąć szczelny szpunt w miejsce, z którego wyłażą strasznie denerwujące myśli w rodzaju "A co po?" na równi z "A po co?"; znacznie trudniejsze do oswojenia, niż swojskie "co po A?", na które odpowiedź poznajemy na początku podstawówki. Zresztą; większości ta jedna wystarcza.
Patrzę na Kota. To co, kiedy idziemy? Przecież nie zostaniesz tu całkiem sam, jak w piosence. Strasznie szkoda, że Potem, w czwartek, nie można iść dokądś, tylko całkiem donikąd i bez prawa powrotu.
A jednak mały cud się zdarzył. Dostałem kredyt; co prawda tylko na połowę kwoty, ale to zawsze o połowę lepsze, niż nic. Nie wiem jeszcze, skąd wezmę drugą. Może nie będę spał, tylko pracował? Tym bardziej, że sen już od dawna nie sprawia mi przyjemności. Kiedyś uwielbiałem siedzieć do drugiej, trzeciej w nocy. Kocham noc. Wtedy najpiękniej się pisze, najciekawiej dłubie w pikselach. Tylko jak siedzieć do drugiej, skoro o szóstej trzydzieści ktoś drze pysk i wali ci plastikowym klockiem nad uchem, a ktoś inny mówi "ooo... widzisz, tatuś TEŻ się JUŻ obudził, powiedz tatusiowi dzień dobry!". Sratuś. Gdzieś na historycznych zdjęciach widziałem takie pękate bomby z różnymi napisami. Prócz "NaszBógWaszemuZapłać" jakieś z "dzień dobry" też chyba były. To ja poproszę jedną. Że przy okazji zdejmie mnie? Trudno. Choć od jakiegoś czasu panicznie boję się śmierci. Będąc na cmentarzu, odruchowo kalkuluję w pamięci średnią wieku mężczyzn z grobów (z litości dla siebie pomijam motocyklistów i pechowców) i liczę, ile czwartków mi jeszcze zostało. Mało. Zastanawiam się, co jeszcze zdążę zrobić z tego, co zaplanowałem, gdy uda mi się ocknąć z tego letargu. Na niektóre rzeczy już będzie za późno. Budzę się w nocy słysząc walenie serca i niemal namacalnie odczuwam jak krew przeciska się przez żyły; mam wrażenie, że robi to coraz wolniej, coraz bardziej niechętnie i zaczynam trząść się w panice: "Jak to, to już wszystko? Już nic się nie wydarzy? Żadnej magii? Codzienna harówa w imieniu spłacania haraczy, w akompaniamencie wrzasku wiecznie skrzywionej, niezadowolonej gęby? To już z górki?".
Chciałbym wierzyć, że - jeśli powiedzie się mój plan - suma szczęść osobnych będzie większa, niż skomplikowany rachunek różniczkowy szczęścia wspólnego. Że za horyzontem bieżących zdarzeń jest coś jeszcze. I znów ten głupi lęk o Nic. Nie dziwię się ludziom, że wynaleźli religie, które pomagają zapełnić pustkę niezrozumienia. Nie potrafię, a też bym tak chciał: wetknąć szczelny szpunt w miejsce, z którego wyłażą strasznie denerwujące myśli w rodzaju "A co po?" na równi z "A po co?"; znacznie trudniejsze do oswojenia, niż swojskie "co po A?", na które odpowiedź poznajemy na początku podstawówki. Zresztą; większości ta jedna wystarcza.
Patrzę na Kota. To co, kiedy idziemy? Przecież nie zostaniesz tu całkiem sam, jak w piosence. Strasznie szkoda, że Potem, w czwartek, nie można iść dokądś, tylko całkiem donikąd i bez prawa powrotu.
sobota, 1 maja 2010
Poświęconka
"Pójdziemy razem ze święconką?". Pytanie zaskwierczało i spłynęło po mnie z odrazą. Miałem już coś powiedzieć, ale usłyszałem w Jej głosie zmęczenie. Zamknąłem więc szczelnie twarz i wijąc się, poszedłem. Gdy dotarliśmy na miejsce, wymknąłem się z siebie na chwilę i stanąłem obok, patrząc uważnie. Z zielonym spacerowym wózeczkiem z zawartością, pod kościółkiem, z koszyczkiem i błyszczącą na paluszku obrączką wyglądam słodko. Szczególnie jak na ateistę z chronicznym urazem do dzieci, tudzież osobnika o dość zdystansowanym, delikatnie mówiąc, stosunku do instytucji małżeństwa, że nie wspomnę o Kk. W zasadzie powinienem sobie jeszcze powiesić na szyi tekturkę z napisem "co jeszcze mogę dla was zrobić?". W imię dopasowywania się do ogólnie panujących standardów, rzecz jasna.
(...)
Ten i inne początki blogowych wpisów, które nigdy nie zaistniały do końca, walają się po pulpicie. Przeganiam je kursorem z kąta w kąt, wreszcie wyrzucam na wysypisko niewypowiedzianych myśli, tuż obok autostrady pospiesznych skojarzeń. Do pisania potrzebny jest Spokój. Ja w ogóle kocham Spokój. Wielbię go całym sercem, niestety bez wzajemności. Odnoszę wrażenie, że Spokój dla zabawy podpisał na mnie umowę z Losem, w obecności Złośliwego Przypadku.
Od kilku dni mieszkamy "razem". Kupiłem sobie duże, solidne zatyczki do uszu, żeby móc jakoś pracować. Pomyślałem, że kto jak kto, ale firma 3M powinna poradzić sobie z Mazgajstwem, Mordoprujstwem i Miaukoleniem. Niestety, wymienione efekty akustyczne sobie tylko znanym sposobem przedostają się przez zamknięte drzwi, pokonują słuchawki założone na zatyczki i odbijają echem po zmęczonej czaszce. Pół biedy, dopóki pracowałem nad słowem pisanym. Podczas tłumaczenia ze słuchu, z bliżej nieokreślonych przyczyn system z zatyczkami sprawdza się nieco gorzej. Ponadto, w ciągu owych kilku dni wprowadzono zakaz parzenia kawy w ekspresie o określonych porach, bo ekspres hałasuje. O możliwość zapalenia aromatycznej fajki we własnym pokoju stoczyłem średniej wielkości potyczkę. Przez trzy czwarte dnia dziecko i jego klocki zajmują honorową pozycję na środku wersalki - jedynego sprzętu, oprócz podłogi, na którym można się na chwilę położyć, żeby odpocząć od monitora, a wszystko, co jest w zasięgu przylg, nieustannie noszonych przez Moją z miejsca na miejsce, przeistoczyło się w potencjalną zabawkę. Do grona zabawek dołączył mój ulubiony, ceramiczny przyczłap na lodówkę, przywieziony z mojej jedynej zagranicznej wycieczki, a który w nieznanych okolicznościach zajął drugie miejsce w zderzeniu z podłogą. Podzielony na kilka mniejszych przyczłapów podoba mi się znacznie mniej od oryginału. I to wszystko w ciągu czterech dni. Złośliwy Przypadek dostaje kolki ze śmiechu.
(...)
Niedawno zachorował pies rodziców Mojej. Duże zwierzę, duża choroba. Pojechaliśmy do weterynarza, ja z tyłu, na kipie, trzymając biednego czworonoga, który koniecznie postanowił stać o własnych łapach, pomimo wycieńczenia i strachu. W którymś momencie z wysiłku puściły zwieracze, a rzeczony wysiłek nadał odrzutowi nader interesujący kierunek i prędkość. Bywa i tak, że znane słowo - na przykład KAŁasznikow - nabiera całkiem nowego znaczenia. Zacisnąłem szczęki na wyrywającym się ze mnie pawiu i jakoś dojechałem, licząc w myślach światła i zakręty. Patrząc na moje próby doszorowania się, Moja śmiała się później, że skoro - wedle starego przesądu - wdepnięcie w produkty przemiany materii przynosi szczęście, to dziś musowo powinienem zagrać w Lotto. Zagrałem. Trafiłem dwie liczby. Podobno Złośliwy Przypadek założył się z Losem, czy mam szanse na "trójkę" przy pterodaktylu z ciężkim rozwolnieniem.
(...)
Ten i inne początki blogowych wpisów, które nigdy nie zaistniały do końca, walają się po pulpicie. Przeganiam je kursorem z kąta w kąt, wreszcie wyrzucam na wysypisko niewypowiedzianych myśli, tuż obok autostrady pospiesznych skojarzeń. Do pisania potrzebny jest Spokój. Ja w ogóle kocham Spokój. Wielbię go całym sercem, niestety bez wzajemności. Odnoszę wrażenie, że Spokój dla zabawy podpisał na mnie umowę z Losem, w obecności Złośliwego Przypadku.
Od kilku dni mieszkamy "razem". Kupiłem sobie duże, solidne zatyczki do uszu, żeby móc jakoś pracować. Pomyślałem, że kto jak kto, ale firma 3M powinna poradzić sobie z Mazgajstwem, Mordoprujstwem i Miaukoleniem. Niestety, wymienione efekty akustyczne sobie tylko znanym sposobem przedostają się przez zamknięte drzwi, pokonują słuchawki założone na zatyczki i odbijają echem po zmęczonej czaszce. Pół biedy, dopóki pracowałem nad słowem pisanym. Podczas tłumaczenia ze słuchu, z bliżej nieokreślonych przyczyn system z zatyczkami sprawdza się nieco gorzej. Ponadto, w ciągu owych kilku dni wprowadzono zakaz parzenia kawy w ekspresie o określonych porach, bo ekspres hałasuje. O możliwość zapalenia aromatycznej fajki we własnym pokoju stoczyłem średniej wielkości potyczkę. Przez trzy czwarte dnia dziecko i jego klocki zajmują honorową pozycję na środku wersalki - jedynego sprzętu, oprócz podłogi, na którym można się na chwilę położyć, żeby odpocząć od monitora, a wszystko, co jest w zasięgu przylg, nieustannie noszonych przez Moją z miejsca na miejsce, przeistoczyło się w potencjalną zabawkę. Do grona zabawek dołączył mój ulubiony, ceramiczny przyczłap na lodówkę, przywieziony z mojej jedynej zagranicznej wycieczki, a który w nieznanych okolicznościach zajął drugie miejsce w zderzeniu z podłogą. Podzielony na kilka mniejszych przyczłapów podoba mi się znacznie mniej od oryginału. I to wszystko w ciągu czterech dni. Złośliwy Przypadek dostaje kolki ze śmiechu.
(...)
Niedawno zachorował pies rodziców Mojej. Duże zwierzę, duża choroba. Pojechaliśmy do weterynarza, ja z tyłu, na kipie, trzymając biednego czworonoga, który koniecznie postanowił stać o własnych łapach, pomimo wycieńczenia i strachu. W którymś momencie z wysiłku puściły zwieracze, a rzeczony wysiłek nadał odrzutowi nader interesujący kierunek i prędkość. Bywa i tak, że znane słowo - na przykład KAŁasznikow - nabiera całkiem nowego znaczenia. Zacisnąłem szczęki na wyrywającym się ze mnie pawiu i jakoś dojechałem, licząc w myślach światła i zakręty. Patrząc na moje próby doszorowania się, Moja śmiała się później, że skoro - wedle starego przesądu - wdepnięcie w produkty przemiany materii przynosi szczęście, to dziś musowo powinienem zagrać w Lotto. Zagrałem. Trafiłem dwie liczby. Podobno Złośliwy Przypadek założył się z Losem, czy mam szanse na "trójkę" przy pterodaktylu z ciężkim rozwolnieniem.
niedziela, 14 lutego 2010
Solarium
"Ciarki mnie przechodzą jak zdejmujesz spodnie" - mówi Moja, z niedowierzaniem patrząc na moje nogi. Niestety. "Fkoda, sze fszepa sze asz fak foszfiensiś, szefy szoś fakiego uszłyfeś" - bełkocę przez zagryziony do bólu sweter, gdy lodowato zimna, biała pianka ląduje mi na udach, łydkach i brzuchu.
Czasami człowiek huknie coś, czego potem mocno żałuje, choć na pozór wydaje się to bardzo niewinne - bo i cóż może być podejrzanego w słowach: "Ależ mnie telepie, 15 stopni wewnątrz, minus tyleż na zewnątrz, może bym do solarium poszedł, sto lat nie byłem". Słysząc to, brat Mojej, który w odróżnieniu ode mnie uwielbia się opalać, szybko podchwytuje temat - "O rany, ja też chcę, a nigdy jeszcze nie próbowałem! Chodź, to mi pokażesz co i jak". No, to poszliśmy. Ja, jako weteran - w końcu to już chyba trzeci raz w życiu - zaordynowałem sobie 8 minut i mocniejsze lampy, jemu poradziłem słabsze i krótszy czas. Jakaś nastoletnia solarianka ustawiła wszystko, no i hop. Dalszy ciąg tej urzekającej historii z punktu widzenia brata wyglądał następująco: "Proszę pani, ale tu nic nie świeci". "Jak to nie świeci, przecież wszystko wstukałam. Rzeczywiście nie świeci... może źle wpisałam minuty, dodam je jeszcze raz". "Ale proszę pani, nadal nie świeci". "Cholera, faktycznie; proszę zaczekać... o, teraz dobrze dodałam". Za trzecim razem zaświeciło... a teraz moi drodzy, mam dla was zagadkę: do kogo, do stu tysięcy zapiekanek, poszły tamte źle wstukane minuty?
Siedzę przed monitorem i marzę o wielkim ruchomym futerale, wyłożonym od wewnątrz grubym futrem, w który mógłbym się wcisnąć. Taki futerał przesuwałby się w górę i w dół, w górę i w dół, drapiąc mnie całego. Futerału nie ma, muszę więc zadowolić się manualnym drapaniem. Zimno, ale nie będę już ryzykował żadnych inicjatyw na rozgrzewkę. Nawet na zwykłą zapalniczkę patrzę z dużą rezerwą - a nuż w promocji zamieni się w miotacz płomieni? Mam chyba najsłabiej dogrzany pokój w tym dziwnym domu, w którym zawsze czułem się obco. Zauważyłem, że przy 14 stopniach strasznie marzną palce. Kątem oka patrzę na ukochane, zamarznięte bonsai, które nie wytrzymało pobytu w tym klimacie. Umarło. Nie wyrzucam, od miesięcy mam nadzieję, że na szarym kikucie pojawi się mały, zielony listek. Na szczęście juka się trzyma. Odkładam klawiaturę* i ogrzewam lewą, a potem prawą dłoń nad świeczką, którą zapalam sobie na biurku, by stworzyć choćby pozory cieplejszej aury. Dni wypełnione oczekiwaniem na koniec remontu nowego mieszkania dłużą się w nieskończoność. Należą do jakiegoś nie-mojego nie-życia, dziwnej wegetacji podczas której na wpół sennie usiłuję wykonywać wyuczone czynności. O tym, że minął kolejny miesiąc, dowiaduję się ze słoiczków z żarciem dla dziecka, na których wydrukowano kolorowe, wesołe numerki.
Zza drzwi dobiega mnie mamusine świergolenie. Wiem, że Moja teraz jest Matką. Wcześniej była Córką. Czy gdzieś po drodze, w ciągu tych kilkunastu spędzonych wspólnie lat, była po prostu Moją? Możliwe. Możliwe, że tego nie zauważyłem, próbując za wszelką cenę wyjść z życiowych zakrętów na prostą i podświadomie oczekując czegoś lub kogoś zupełnie innego, kiedy owa prosta wreszcie pojawi się na horyzoncie. Formuła Matki powoli będzie zużywała się z biegiem czasu i dorastaniem dziecka, a Moja za jakiś czas na powrót stanie się Córką - przecież rodzice na pewno będą wymagali opieki. Dlaczego nie umiem pogodzić się ze swoim miejscem w tej układance, w które inni mężczyźni mniej lub bardziej dziarsko wskakują?
Obecność dziecka sprawia, że odruchowo się cofam. Zapieram się i walczę, lecz ono bez wysiłku pcha mnie w stronę szarej, mdłej rzeczywistości, w której nie stanie się nic, aż do końca. Uniwersytet Rodzinny, Katedra Tatolenia. Siedzę w wielkiej sali, na wykładzie prowadzonym przez niemowlaki na różnych etapach rozwoju. Wrzask i porykiwania niosą echem na całą aulę, szczelnie wypełnioną pilnie notującymi, zasłuchanymi tatusiami. Potakują, poprawiają notatki, wymieniają uwagi; na ochotnika, albo wywołani zgłaszają się do przewijania i karmienia. Potem idą na zajęcia z kupowania rampersików i zupek, dowiadują się jak z właściwym akcentem mówić "hop, lala", jak radośnie poświęcać ostatnie niewypełnione pracą godziny na współprzeżywanie wyrzynania ząbków i jak z gracją wyciągać kolejne banknoty z portfela. Końcowy egzamin opiewa na wykonanie trzech rzeczy, którym musi sprostać Prawdziwy Mężczyzna. Nienawidzę ściągać, więc szybko oddaję swoją pracę - w pozycji dom wpisano: "mieszkanie, ale na kredyt", w pozycji drzewo: "bonsai, ale...", w pozycji syn: "ale...". Dzieciak zanosi się głośnym rykiem; źle, niedobrze! Dzielni tatusiowie gwiżdżą, kiwają z politowaniem głowami, uśmiechają się z pogardą. Próbuję tłumaczyć, ale nikt nie słucha. Jak można nie zdać takiego egzaminu! W moją stronę lecą pozgniatane naprędce papierowe kule, oganiam się od nich, ale trafiają zadziwiająco mocno. Auć! Otwieram oczy i drapię się gdzie popadnie. No, nieźle mnie pogrzało.
* Ma spację. Jeszcze. Dostałem kiedyś w prezencie miniaturową klawiaturę z bardzo dziwnym układem klawiszy, w wersji belgijskiej, z jakimiś tajemnymi znaczkami... Powiedzmy, że denerwuje mnie tylko trochę, ale nową kupię nie wcześniej, niż odpokutuję na niej za poprzednią. No, to zdrowie.
Czasami człowiek huknie coś, czego potem mocno żałuje, choć na pozór wydaje się to bardzo niewinne - bo i cóż może być podejrzanego w słowach: "Ależ mnie telepie, 15 stopni wewnątrz, minus tyleż na zewnątrz, może bym do solarium poszedł, sto lat nie byłem". Słysząc to, brat Mojej, który w odróżnieniu ode mnie uwielbia się opalać, szybko podchwytuje temat - "O rany, ja też chcę, a nigdy jeszcze nie próbowałem! Chodź, to mi pokażesz co i jak". No, to poszliśmy. Ja, jako weteran - w końcu to już chyba trzeci raz w życiu - zaordynowałem sobie 8 minut i mocniejsze lampy, jemu poradziłem słabsze i krótszy czas. Jakaś nastoletnia solarianka ustawiła wszystko, no i hop. Dalszy ciąg tej urzekającej historii z punktu widzenia brata wyglądał następująco: "Proszę pani, ale tu nic nie świeci". "Jak to nie świeci, przecież wszystko wstukałam. Rzeczywiście nie świeci... może źle wpisałam minuty, dodam je jeszcze raz". "Ale proszę pani, nadal nie świeci". "Cholera, faktycznie; proszę zaczekać... o, teraz dobrze dodałam". Za trzecim razem zaświeciło... a teraz moi drodzy, mam dla was zagadkę: do kogo, do stu tysięcy zapiekanek, poszły tamte źle wstukane minuty?
Siedzę przed monitorem i marzę o wielkim ruchomym futerale, wyłożonym od wewnątrz grubym futrem, w który mógłbym się wcisnąć. Taki futerał przesuwałby się w górę i w dół, w górę i w dół, drapiąc mnie całego. Futerału nie ma, muszę więc zadowolić się manualnym drapaniem. Zimno, ale nie będę już ryzykował żadnych inicjatyw na rozgrzewkę. Nawet na zwykłą zapalniczkę patrzę z dużą rezerwą - a nuż w promocji zamieni się w miotacz płomieni? Mam chyba najsłabiej dogrzany pokój w tym dziwnym domu, w którym zawsze czułem się obco. Zauważyłem, że przy 14 stopniach strasznie marzną palce. Kątem oka patrzę na ukochane, zamarznięte bonsai, które nie wytrzymało pobytu w tym klimacie. Umarło. Nie wyrzucam, od miesięcy mam nadzieję, że na szarym kikucie pojawi się mały, zielony listek. Na szczęście juka się trzyma. Odkładam klawiaturę* i ogrzewam lewą, a potem prawą dłoń nad świeczką, którą zapalam sobie na biurku, by stworzyć choćby pozory cieplejszej aury. Dni wypełnione oczekiwaniem na koniec remontu nowego mieszkania dłużą się w nieskończoność. Należą do jakiegoś nie-mojego nie-życia, dziwnej wegetacji podczas której na wpół sennie usiłuję wykonywać wyuczone czynności. O tym, że minął kolejny miesiąc, dowiaduję się ze słoiczków z żarciem dla dziecka, na których wydrukowano kolorowe, wesołe numerki.
Zza drzwi dobiega mnie mamusine świergolenie. Wiem, że Moja teraz jest Matką. Wcześniej była Córką. Czy gdzieś po drodze, w ciągu tych kilkunastu spędzonych wspólnie lat, była po prostu Moją? Możliwe. Możliwe, że tego nie zauważyłem, próbując za wszelką cenę wyjść z życiowych zakrętów na prostą i podświadomie oczekując czegoś lub kogoś zupełnie innego, kiedy owa prosta wreszcie pojawi się na horyzoncie. Formuła Matki powoli będzie zużywała się z biegiem czasu i dorastaniem dziecka, a Moja za jakiś czas na powrót stanie się Córką - przecież rodzice na pewno będą wymagali opieki. Dlaczego nie umiem pogodzić się ze swoim miejscem w tej układance, w które inni mężczyźni mniej lub bardziej dziarsko wskakują?
Obecność dziecka sprawia, że odruchowo się cofam. Zapieram się i walczę, lecz ono bez wysiłku pcha mnie w stronę szarej, mdłej rzeczywistości, w której nie stanie się nic, aż do końca. Uniwersytet Rodzinny, Katedra Tatolenia. Siedzę w wielkiej sali, na wykładzie prowadzonym przez niemowlaki na różnych etapach rozwoju. Wrzask i porykiwania niosą echem na całą aulę, szczelnie wypełnioną pilnie notującymi, zasłuchanymi tatusiami. Potakują, poprawiają notatki, wymieniają uwagi; na ochotnika, albo wywołani zgłaszają się do przewijania i karmienia. Potem idą na zajęcia z kupowania rampersików i zupek, dowiadują się jak z właściwym akcentem mówić "hop, lala", jak radośnie poświęcać ostatnie niewypełnione pracą godziny na współprzeżywanie wyrzynania ząbków i jak z gracją wyciągać kolejne banknoty z portfela. Końcowy egzamin opiewa na wykonanie trzech rzeczy, którym musi sprostać Prawdziwy Mężczyzna. Nienawidzę ściągać, więc szybko oddaję swoją pracę - w pozycji dom wpisano: "mieszkanie, ale na kredyt", w pozycji drzewo: "bonsai, ale...", w pozycji syn: "ale...". Dzieciak zanosi się głośnym rykiem; źle, niedobrze! Dzielni tatusiowie gwiżdżą, kiwają z politowaniem głowami, uśmiechają się z pogardą. Próbuję tłumaczyć, ale nikt nie słucha. Jak można nie zdać takiego egzaminu! W moją stronę lecą pozgniatane naprędce papierowe kule, oganiam się od nich, ale trafiają zadziwiająco mocno. Auć! Otwieram oczy i drapię się gdzie popadnie. No, nieźle mnie pogrzało.
* Ma spację. Jeszcze. Dostałem kiedyś w prezencie miniaturową klawiaturę z bardzo dziwnym układem klawiszy, w wersji belgijskiej, z jakimiś tajemnymi znaczkami... Powiedzmy, że denerwuje mnie tylko trochę, ale nową kupię nie wcześniej, niż odpokutuję na niej za poprzednią. No, to zdrowie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)