środa, 28 stycznia 2009

Poczekalnia

Recepcjonistka patrzy na mnie wszystkowdupnym wzrokiem kogoś, kogo posadzili w tej robocie na siłę i całym swoim zachowaniem zaznacza, że nie użyje ani jednej sylaby więcej, niż to konieczne do wpisania mnie w odpowiednią rubrykę. Odpowiadam na pytania, z podziwem wsłuchując się w ciskane w moim kierunku słowa, których brzmienia nie powstydziłby się najbardziej gderliwy wojskowy. Czuję się trochę jak na komisji poborowej, albo na procesie Józefa K.

Po dopełnieniu formalności, zaglądam do poczekalni. Wszystkie dwa miejsca są już zajęte, siadam więc na terakotowych schodkach w pobliżu gabinetu i obserwuję niezwykle interesujący pejzaż petentów oczekujących do pani doktor. Ładna, młoda dziewczyna, z główką przekrzywioną chyba już na stałe w kierunku komórki, nieustannie rozmawia, gestykulując przy tym lewą dłonią. Miękkie, aksamitne gesty działają na moją wyobraźnię. Od czasu do czasu dziewczyna wychodzi z poczekalni na zewnątrz i wraca, wpuszczając do środka intrygującą woń wielce popularnego wieczorami skwerku, mieszczącego się naprzeciw wejścia do przychodni. Solaryjnie zasmażana pani około czterdziestki, z której zapamiętuję tylko długie, czarne kozaki przyozdobione mnóstwem migotliwych szkiełek. Staruszka, która nawet po dwukrotnym podaniu wszystkich informacji w sosie a'la drylowany kapral sprawia wrażenie kompletnie zagubionej... najwyraźniej żołnierskie przeszkolenie recepcjonistki trafiło na opór starzejącej się materii. Recepcjonistka strzela krótkim, ostrym zdaniem, staruszka kiwa głową, jak gdyby się przed nim uchylała, po czym dalej szemrze coś do siebie i czeka, trudno powiedzieć na co. Zbzikowana kobieta w wieku, którego nie odgadłoby chyba całe konsylium wróżek i antropologów, krążąca pomiędzy poczekalnią, a recepcją. Rzuca w eter rozmaite pytania, zdeformowane jakąś wadą wymowy i nie czekając na odpowiedź zaczyna mamrotać o swojej matce. Na wszelki wypadek wpuszczam ją przed sobą, choć to moja kolej. Patrzę na wszystkich tych ludzi i zaczynam się zastanawiać, co ja tu do jasnej anielki robię. Nagle staję się wyjątkowo spokojny. Kołatanie za mostkiem znika jak ręką odjął, puls wraca do normy. Po tym, co czułem dwa, trzy dni temu pozostaje tylko wspomnienie. Jak to, do cholery?! Przez cały weekend nie byłem w stanie funkcjonować, serce waliło jak oszalałe, miałem wrażenie, że za chwilę trafi mnie szlag, zawał, wylew... a we wtorek, w poczekalni u lekarza nagle wszystko przechodzi?

Zrezygnowany idę na EKG. Ciśnienie (zazwyczaj zawsze podwyższone!) w normie. Ma pan niezłą nerwicę, ale nie ma powodu do obaw. Chce pan prochy? Proszę. I spokoju życzę. Do widzenia. Wychodzę. W drzwiach mijam rozgadaną dziewczynę z telefonem, patrzę przez chwilę na jej delikatne palce i dopracowane paznokcie, gdy nagle w mojej głowie pojawia się nieproszona myśl - "ciekawe, kiedy będzie w ciąży?" Kamyczek skacze przez chwilę po stromym zboczu, odbija się, potrąca większy i już po chwili zasypuje mnie całą lawiną skojarzeń. "A może już realizuje swój biologiczny plan? Może już pali się jej czerwona lampka z napisem 'WYTYCZNA: PŁODZIĆ!'? Może już myśli o tym, jak będzie podtykać koleżankom i kolegom pod nos komórkę ze zdjęciami ubabranego zupką niemowlaka? Och, ach, jakże rozkosznego? Zresztą, nawet jeśli, to założę się, że jej dostawca plemników nie będzie chciał z tego powodu skakać przez okno". Czuję znajomą, gęstą kulę w gardle. Tętno zaczyna szaleć. Przyspieszam kroku i staram się myśleć o czymś innym, ale nie mijam nawet jednej przecznicy, gdy kątem oka dostrzegam jakąś kobietę z nadętym ciążą brzuchem. Patrzę na ten obrzydliwie napęczniały bęc jak zahipnotyzowany, robi mi się niedobrze, lewa ręka drętwieje i marznie na wskroś, w klatce piersiowej znów szamocze się oszalały chochlik, który jeszcze przed chwilą tak miarowo i grzecznie rysował wykres, niczym posłuszne dziecko, które dostało do ręki ołówek. Bezradnie zatrzymuję się pośrodku chodnika, mam ochotę biec z powrotem do przychodni, rozebrać się i wrzasnąć "TERAZ! Teraz mnie badajcie, teraz jestem pieprznięty jak całe stado pawianów!".

Popłakałbym się, gdybym potrafił.

poniedziałek, 19 stycznia 2009

Komplet

Otwieram oczy, patrzę na zegarek. Psiakość, dziewiąta. Późno. Ostrożnie badam, czy wszystko jest na miejscu. Ręce, nogi, głowa... Teoretycznie komplet. Właściwie, dlaczego miałoby nie być kompletu? Problem polega na tym, że to już któryś z rzędu dzień, kiedy ów komplet prawie zupełnie nic nie odczuwa. Którejś nocy wyniosły się lęki i obawy; przypuszczam, że żadne nawet nie trzasnęło drzwiami, a ostatnie grzecznie zgasiło światło - inaczej pewnie coś bym zauważył. Właściwie, powinienem się cieszyć, ale cenna umiejętność cieszenia się poszła w cholerę wraz z nimi. Odwracam się do Niej; nie śpi, krząta się. Układam usta w staranny uśmiech na dzień dobry, wstaję i zaczynam przemieszczać się po kuchni w celu przyrządzenia kawy. Właśnie tak: staranny, przemieszczać i przyrządzenia. Nigdy wcześniej nie powiedziałbym tak o sobie, robiącym kawę, ale nie jestem pewien, czy to nadal jestem ja, więc wolę nie ryzykować. Czynności są wyuczone, toteż idzie niezgorzej; problemy zaczynają się w chwili, w której muszę dołożyć do tego jakieś samodzielnie wypowiedziane zdanie. "Dziwnie wyglądasz, chcesz mi coś powiedzieć?" - słyszę. Ręka z pochylonym czajnikiem zawisa ponad kubkiem, biała mgiełka leci mi prosto w nos. Parzy, jak to para. Czym jednak jest para wobec nagłej konieczności znalezienia właściwych słów... przecież padło pytanie. Zaczynam analizować sytuację; przez chwilę mam półprzytomną świadomość wybierania jednej z dostępnych odpowiedzi. Warianty mające cokolwiek wspólnego z prawdą zostają beznamiętnie anulowane, słyszę siebie mówiącego "Nie, wszystko w porządku, po prostu jeszcze się nie obudziłem". To dobra odpowiedź; wydaje się być nią uspokojona, nie indaguje dalej. Na wszelki wypadek mózg czeka krótką chwilę na ewentualny dalszy ciąg rozmowy, po czym przystępuje do kontynuowania przerwanych czynności: odsuwa mój (?) nos od strumienia pary i przechyla czajnik, którego dzióbek zastygł nad brązowymi granulkami.

Co się do licha dzieje? Gdzie są moje emocje? Przecież powinienem skakać z radości - po prawie dziesięciu latach próbowania i odkładania na później zdałem egzamin na prawo jazdy. Niegdyś jeden z moich najważniejszych wyznaczników bycia porządnym facetem. Normalnie, za takie coś przyznałbym sobie przynajmniej dziesięć punktów w mojej prywatnej skali męskości, co dałoby mi zawrotny wynik w wysokości dziesięciu punktów. Chociaż zaraz, za płodzenie dzieci ogół też chyba przyznaje jakieś punkty, prawda? No, to mam więcej. Och, czuję się taki zajemęski.

Mijają mnie kolejne godziny, podczas których obserwuję zmieniającą się treść, wyświetlaną na ekranie monitora. Przybywa liter, kartki potulnie obracają się na lewy bok, słupki rosną. Wreszcie, na którejś ze stron pojawia się zakładka na dziś - to znak, że można wyjść do sklepu. Zmysł wzroku beznamiętnie rejestruje skwaszone twarze ekspedientek, które sprawiedliwie obdzielają kolejnych klientów solidną dawką pretensji za to, że nie mogą siedzieć cały dzień na zapleczu i wspólnie grucholić w sobie tylko znanej wersji języka polskiego, składającej się z trzystu słów z okładem. Przez myśl przebiega krótki skurcz zazdrości "ależ one mają fajnie".

Nie jestem pewien, gdzie podziała się reszta dnia. Zapadam się w senność... lecz wtem, bez ostrzeżenia, przez krótką chwilę odczuwam przejmujący lęk. Przerażenie wgniata serce w imadło i dokręca śrubę, robi mi się gorąco i zimno na przemian. Wygrywa ogień, lecz zanim zdążę zareagować, znika. Tętno spada z wysokości na łeb, na szyję; nawet się nie spociłem. Cholera. Wróciły po coś? Może są tak samo roztrzepane jak ja i zapomniały kluczy? Nie znajduję odpowiedzi na to pytanie. Stygnę. (On stygnie?).

Komplet obraca się do ściany, podkurcza nogi i owija kołdrą, w oczekiwaniu na transport w kierunku nowego dnia.

niedziela, 4 stycznia 2009

Duży

Gdy tylko próbuję usiąść do pisania, by dać ujście emocjom, tracę umiejętność używania zwykłych, prostych słów. Niczym wścibscy paparazzi, obsiadają mnie ze wszystkich stron pompatyczne, kiczowate zdania; sączą się na klawiaturę, siadają na ramionach i szepczą do uszu. Nie mogę się od nich opędzić, muszę je przechytrzyć; powiedzieć im, że wcale nie miałem zamiaru pisać. Staram się zająć ręce i myśli czymś innym na tyle długo, by wreszcie odeszły znudzone i poukrywały się po kątach, czyhając na kolejną okazję do nalotu.

O, proszę - jedno nadal tutaj siedzi. "Koniec marzeń". Spadaj, zanim walnę cię w równoważnik...

Bywają chwile, gdy czuję się niemal kompletnie pusty w środku - jak wydmuszka. Albo lepiej - niczym manekin z zamkniętym w jego wnętrzu, małym, trochę złośliwym stworkiem. Stworek staje na palcach i wygląda na świat przez oczy ze sztucznego tworzywa, starając się rozumieć rzeczy, które go otaczają. Czasami idzie w kąt i wówczas ogarnia mnie nieprzeparta chęć, by się ukryć. Uciec.

Daleko.

Mogę tam być, jeśli zamyślę się w pewien szczególny sposób. O, tak.

Jest dość zimno, ale ciepła, futrzana kurtka chroni mnie przed mrozem. Ziemia pokryta jest mięsistą, śniegową pierzyną, na której nie widać niczyich śladów. Zostawiam je więc pierwszy, idąc niespiesznie przed siebie. Buty zapadają się w głąb z suchym chrzęstem. Uśmiecham się do swoich myśli: ten pozornie zwykły dźwięk dociera do zakurzonego, dawno nieodwiedzanego miejsca we wspomnieniach i sprawia, że czuję się bezpiecznie. Z każdym krokiem ogarnia mnie spokój. Na tle panującej ciszy chrzęst miażdżonego śniegu wydaje się bardzo wyrazisty; przenika eter utkany z chłodu i zapachu szyszek równie pewnie jak podeszwy moich butów przebijają cienką, lodową politurę, pokrywającą grubą warstwę białego puchu. Wdrapuję się na niewielki pagórek, zza którego widać las i przesłodzone miasteczko. Coś mówi mi, że gdzieś tam jest mój nowy dom. Zazwyczaj jestem sam, a niekiedy z kimś, z kim nie muszę podtrzymywać rozmowy. Jest dobrze, nawet jeśli nie odzywamy się do siebie ani słowem.

Po krótszej lub dłuższej chwili, marzenie odchodzi, zwalniając miejsce odebrane lepkiemu przerażeniu. Znowu czuję się jak mutant. Odmieniec. Trochę się boję, że któregoś dnia przerażenie przyjdzie zbyt szybko i zatruje marzenie swoim jadem; że zacznę bać się tego, co stanie się po wejściu na pagórek. Na szczęście, na razie nadal mam dokąd uciec. Próbuję rozmienić swoje obawy na dwoje i desperacko szukam kogoś, z kim mógłbym się nimi podzielić. Rozmawiam z przyjaciółmi, starając się oddać w słowach to, czego nie da się opisać. Wielu z nich nie ma dzieci, lecz ich nastawienie można opisać jako względnie neutralne. Po prostu życie ułożyło się im w ten czy inny sposób, jak to zazwyczaj z życiem bywa. "Nie wygłupiaj się, jesteś już dużym chłopcem", mówią.

Jestem?