Recepcjonistka patrzy na mnie wszystkowdupnym wzrokiem kogoś, kogo posadzili w tej robocie na siłę i całym swoim zachowaniem zaznacza, że nie użyje ani jednej sylaby więcej, niż to konieczne do wpisania mnie w odpowiednią rubrykę. Odpowiadam na pytania, z podziwem wsłuchując się w ciskane w moim kierunku słowa, których brzmienia nie powstydziłby się najbardziej gderliwy wojskowy. Czuję się trochę jak na komisji poborowej, albo na procesie Józefa K.
Po dopełnieniu formalności, zaglądam do poczekalni. Wszystkie dwa miejsca są już zajęte, siadam więc na terakotowych schodkach w pobliżu gabinetu i obserwuję niezwykle interesujący pejzaż petentów oczekujących do pani doktor. Ładna, młoda dziewczyna, z główką przekrzywioną chyba już na stałe w kierunku komórki, nieustannie rozmawia, gestykulując przy tym lewą dłonią. Miękkie, aksamitne gesty działają na moją wyobraźnię. Od czasu do czasu dziewczyna wychodzi z poczekalni na zewnątrz i wraca, wpuszczając do środka intrygującą woń wielce popularnego wieczorami skwerku, mieszczącego się naprzeciw wejścia do przychodni. Solaryjnie zasmażana pani około czterdziestki, z której zapamiętuję tylko długie, czarne kozaki przyozdobione mnóstwem migotliwych szkiełek. Staruszka, która nawet po dwukrotnym podaniu wszystkich informacji w sosie a'la drylowany kapral sprawia wrażenie kompletnie zagubionej... najwyraźniej żołnierskie przeszkolenie recepcjonistki trafiło na opór starzejącej się materii. Recepcjonistka strzela krótkim, ostrym zdaniem, staruszka kiwa głową, jak gdyby się przed nim uchylała, po czym dalej szemrze coś do siebie i czeka, trudno powiedzieć na co. Zbzikowana kobieta w wieku, którego nie odgadłoby chyba całe konsylium wróżek i antropologów, krążąca pomiędzy poczekalnią, a recepcją. Rzuca w eter rozmaite pytania, zdeformowane jakąś wadą wymowy i nie czekając na odpowiedź zaczyna mamrotać o swojej matce. Na wszelki wypadek wpuszczam ją przed sobą, choć to moja kolej. Patrzę na wszystkich tych ludzi i zaczynam się zastanawiać, co ja tu do jasnej anielki robię. Nagle staję się wyjątkowo spokojny. Kołatanie za mostkiem znika jak ręką odjął, puls wraca do normy. Po tym, co czułem dwa, trzy dni temu pozostaje tylko wspomnienie. Jak to, do cholery?! Przez cały weekend nie byłem w stanie funkcjonować, serce waliło jak oszalałe, miałem wrażenie, że za chwilę trafi mnie szlag, zawał, wylew... a we wtorek, w poczekalni u lekarza nagle wszystko przechodzi?
Zrezygnowany idę na EKG. Ciśnienie (zazwyczaj zawsze podwyższone!) w normie. Ma pan niezłą nerwicę, ale nie ma powodu do obaw. Chce pan prochy? Proszę. I spokoju życzę. Do widzenia. Wychodzę. W drzwiach mijam rozgadaną dziewczynę z telefonem, patrzę przez chwilę na jej delikatne palce i dopracowane paznokcie, gdy nagle w mojej głowie pojawia się nieproszona myśl - "ciekawe, kiedy będzie w ciąży?" Kamyczek skacze przez chwilę po stromym zboczu, odbija się, potrąca większy i już po chwili zasypuje mnie całą lawiną skojarzeń. "A może już realizuje swój biologiczny plan? Może już pali się jej czerwona lampka z napisem 'WYTYCZNA: PŁODZIĆ!'? Może już myśli o tym, jak będzie podtykać koleżankom i kolegom pod nos komórkę ze zdjęciami ubabranego zupką niemowlaka? Och, ach, jakże rozkosznego? Zresztą, nawet jeśli, to założę się, że jej dostawca plemników nie będzie chciał z tego powodu skakać przez okno". Czuję znajomą, gęstą kulę w gardle. Tętno zaczyna szaleć. Przyspieszam kroku i staram się myśleć o czymś innym, ale nie mijam nawet jednej przecznicy, gdy kątem oka dostrzegam jakąś kobietę z nadętym ciążą brzuchem. Patrzę na ten obrzydliwie napęczniały bęc jak zahipnotyzowany, robi mi się niedobrze, lewa ręka drętwieje i marznie na wskroś, w klatce piersiowej znów szamocze się oszalały chochlik, który jeszcze przed chwilą tak miarowo i grzecznie rysował wykres, niczym posłuszne dziecko, które dostało do ręki ołówek. Bezradnie zatrzymuję się pośrodku chodnika, mam ochotę biec z powrotem do przychodni, rozebrać się i wrzasnąć "TERAZ! Teraz mnie badajcie, teraz jestem pieprznięty jak całe stado pawianów!".
Popłakałbym się, gdybym potrafił.