poniedziałek, 19 stycznia 2009

Komplet

Otwieram oczy, patrzę na zegarek. Psiakość, dziewiąta. Późno. Ostrożnie badam, czy wszystko jest na miejscu. Ręce, nogi, głowa... Teoretycznie komplet. Właściwie, dlaczego miałoby nie być kompletu? Problem polega na tym, że to już któryś z rzędu dzień, kiedy ów komplet prawie zupełnie nic nie odczuwa. Którejś nocy wyniosły się lęki i obawy; przypuszczam, że żadne nawet nie trzasnęło drzwiami, a ostatnie grzecznie zgasiło światło - inaczej pewnie coś bym zauważył. Właściwie, powinienem się cieszyć, ale cenna umiejętność cieszenia się poszła w cholerę wraz z nimi. Odwracam się do Niej; nie śpi, krząta się. Układam usta w staranny uśmiech na dzień dobry, wstaję i zaczynam przemieszczać się po kuchni w celu przyrządzenia kawy. Właśnie tak: staranny, przemieszczać i przyrządzenia. Nigdy wcześniej nie powiedziałbym tak o sobie, robiącym kawę, ale nie jestem pewien, czy to nadal jestem ja, więc wolę nie ryzykować. Czynności są wyuczone, toteż idzie niezgorzej; problemy zaczynają się w chwili, w której muszę dołożyć do tego jakieś samodzielnie wypowiedziane zdanie. "Dziwnie wyglądasz, chcesz mi coś powiedzieć?" - słyszę. Ręka z pochylonym czajnikiem zawisa ponad kubkiem, biała mgiełka leci mi prosto w nos. Parzy, jak to para. Czym jednak jest para wobec nagłej konieczności znalezienia właściwych słów... przecież padło pytanie. Zaczynam analizować sytuację; przez chwilę mam półprzytomną świadomość wybierania jednej z dostępnych odpowiedzi. Warianty mające cokolwiek wspólnego z prawdą zostają beznamiętnie anulowane, słyszę siebie mówiącego "Nie, wszystko w porządku, po prostu jeszcze się nie obudziłem". To dobra odpowiedź; wydaje się być nią uspokojona, nie indaguje dalej. Na wszelki wypadek mózg czeka krótką chwilę na ewentualny dalszy ciąg rozmowy, po czym przystępuje do kontynuowania przerwanych czynności: odsuwa mój (?) nos od strumienia pary i przechyla czajnik, którego dzióbek zastygł nad brązowymi granulkami.

Co się do licha dzieje? Gdzie są moje emocje? Przecież powinienem skakać z radości - po prawie dziesięciu latach próbowania i odkładania na później zdałem egzamin na prawo jazdy. Niegdyś jeden z moich najważniejszych wyznaczników bycia porządnym facetem. Normalnie, za takie coś przyznałbym sobie przynajmniej dziesięć punktów w mojej prywatnej skali męskości, co dałoby mi zawrotny wynik w wysokości dziesięciu punktów. Chociaż zaraz, za płodzenie dzieci ogół też chyba przyznaje jakieś punkty, prawda? No, to mam więcej. Och, czuję się taki zajemęski.

Mijają mnie kolejne godziny, podczas których obserwuję zmieniającą się treść, wyświetlaną na ekranie monitora. Przybywa liter, kartki potulnie obracają się na lewy bok, słupki rosną. Wreszcie, na którejś ze stron pojawia się zakładka na dziś - to znak, że można wyjść do sklepu. Zmysł wzroku beznamiętnie rejestruje skwaszone twarze ekspedientek, które sprawiedliwie obdzielają kolejnych klientów solidną dawką pretensji za to, że nie mogą siedzieć cały dzień na zapleczu i wspólnie grucholić w sobie tylko znanej wersji języka polskiego, składającej się z trzystu słów z okładem. Przez myśl przebiega krótki skurcz zazdrości "ależ one mają fajnie".

Nie jestem pewien, gdzie podziała się reszta dnia. Zapadam się w senność... lecz wtem, bez ostrzeżenia, przez krótką chwilę odczuwam przejmujący lęk. Przerażenie wgniata serce w imadło i dokręca śrubę, robi mi się gorąco i zimno na przemian. Wygrywa ogień, lecz zanim zdążę zareagować, znika. Tętno spada z wysokości na łeb, na szyję; nawet się nie spociłem. Cholera. Wróciły po coś? Może są tak samo roztrzepane jak ja i zapomniały kluczy? Nie znajduję odpowiedzi na to pytanie. Stygnę. (On stygnie?).

Komplet obraca się do ściany, podkurcza nogi i owija kołdrą, w oczekiwaniu na transport w kierunku nowego dnia.