niedziela, 4 stycznia 2009

Duży

Gdy tylko próbuję usiąść do pisania, by dać ujście emocjom, tracę umiejętność używania zwykłych, prostych słów. Niczym wścibscy paparazzi, obsiadają mnie ze wszystkich stron pompatyczne, kiczowate zdania; sączą się na klawiaturę, siadają na ramionach i szepczą do uszu. Nie mogę się od nich opędzić, muszę je przechytrzyć; powiedzieć im, że wcale nie miałem zamiaru pisać. Staram się zająć ręce i myśli czymś innym na tyle długo, by wreszcie odeszły znudzone i poukrywały się po kątach, czyhając na kolejną okazję do nalotu.

O, proszę - jedno nadal tutaj siedzi. "Koniec marzeń". Spadaj, zanim walnę cię w równoważnik...

Bywają chwile, gdy czuję się niemal kompletnie pusty w środku - jak wydmuszka. Albo lepiej - niczym manekin z zamkniętym w jego wnętrzu, małym, trochę złośliwym stworkiem. Stworek staje na palcach i wygląda na świat przez oczy ze sztucznego tworzywa, starając się rozumieć rzeczy, które go otaczają. Czasami idzie w kąt i wówczas ogarnia mnie nieprzeparta chęć, by się ukryć. Uciec.

Daleko.

Mogę tam być, jeśli zamyślę się w pewien szczególny sposób. O, tak.

Jest dość zimno, ale ciepła, futrzana kurtka chroni mnie przed mrozem. Ziemia pokryta jest mięsistą, śniegową pierzyną, na której nie widać niczyich śladów. Zostawiam je więc pierwszy, idąc niespiesznie przed siebie. Buty zapadają się w głąb z suchym chrzęstem. Uśmiecham się do swoich myśli: ten pozornie zwykły dźwięk dociera do zakurzonego, dawno nieodwiedzanego miejsca we wspomnieniach i sprawia, że czuję się bezpiecznie. Z każdym krokiem ogarnia mnie spokój. Na tle panującej ciszy chrzęst miażdżonego śniegu wydaje się bardzo wyrazisty; przenika eter utkany z chłodu i zapachu szyszek równie pewnie jak podeszwy moich butów przebijają cienką, lodową politurę, pokrywającą grubą warstwę białego puchu. Wdrapuję się na niewielki pagórek, zza którego widać las i przesłodzone miasteczko. Coś mówi mi, że gdzieś tam jest mój nowy dom. Zazwyczaj jestem sam, a niekiedy z kimś, z kim nie muszę podtrzymywać rozmowy. Jest dobrze, nawet jeśli nie odzywamy się do siebie ani słowem.

Po krótszej lub dłuższej chwili, marzenie odchodzi, zwalniając miejsce odebrane lepkiemu przerażeniu. Znowu czuję się jak mutant. Odmieniec. Trochę się boję, że któregoś dnia przerażenie przyjdzie zbyt szybko i zatruje marzenie swoim jadem; że zacznę bać się tego, co stanie się po wejściu na pagórek. Na szczęście, na razie nadal mam dokąd uciec. Próbuję rozmienić swoje obawy na dwoje i desperacko szukam kogoś, z kim mógłbym się nimi podzielić. Rozmawiam z przyjaciółmi, starając się oddać w słowach to, czego nie da się opisać. Wielu z nich nie ma dzieci, lecz ich nastawienie można opisać jako względnie neutralne. Po prostu życie ułożyło się im w ten czy inny sposób, jak to zazwyczaj z życiem bywa. "Nie wygłupiaj się, jesteś już dużym chłopcem", mówią.

Jestem?