sobota, 11 lipca 2009

Rozmowa

Wzbiera we mnie furia. "Zobaczysz, jak będziesz miał swoje, obudzi się w tobie instynkt". Wypowiedzenie takiej bzdury nic nie kosztuje. A może powinno? Może powinieneś albo powinnaś niańczyć to "moje", na widok którego żaden z właściwych instynktów się nie obudzi, do końca życia za karę? Nie? Dlaczego? Kto dał ci prawo do wygłaszania durnych teorii za bezcen? Skąd wiesz, co czuję? Jak mam ci wytłumaczyć, że na samą myśl o skreśleniu reszty czasu chce mi się rzygać i wyć jednocześnie? Jak wyjaśnić, że moim największym marzeniem już wkrótce stanie się "chcę, żebyśmy znowu zostali we dwoje"? By za dwadzieścia lat, jeśli przez przypadek będę jeszcze wówczas oglądał ten świat, ze sflaczałym mózgiem i brzuchem móc wreszcie wyjechać samemu na urlop i zająć się własnym życiem? Które ze swoich planów dam jeszcze wówczas radę zrealizować? "Nie bądź takim egoistą". Egoizm?! Chyba kpisz. Jeśli moją postawę nazywasz egoizmem, to jakie pojęcie zaczerpniesz z krynicy swej mądrości na sprowadzenie na świat kolejnego sfrustrowanego człowieka, który nie będzie miał ojca, albo wychowa się w atmosferze niechęci i nienawiści, w zależności od tego, czy ów ojciec wcześniej palnie sobie w łeb, zwariuje, czy będzie próbował walczyć z samym sobą? No, jakie? Humanitarnym aktem poświęcenia w imię przedłużania pieprzonego gatunku? Mam ochotę tobą potrząsnąć, życzliwy człowieku, za te ponadczasowe prawdy, które rzucasz mi w twarz. "Skąd wiesz, co będzie, przecież jeszcze nie miałeś dzieci". Ach, rozumiem. Jesteś jednym z tych, którzy koniecznie muszą wsadzić palce do kontaktu, żeby przekonać się, że kopie. Jednym z tych, którzy tłumaczą lesbijce, żeby się nie wygłupiała, bo jak znajdzie sobie odpowiedniego faceta i pozna smak prawdziwego mężczyzny, to się w niej obudzą "jedynie słuszne" uczucia, tak? Brawo. Gratuluję. Odejdź, proszę. Zostaw mnie z moją odmiennością w cholernym spokoju i idź wypisywać bezcenne recepty komu innemu.


Jestem na was wściekły, nieprawdopodobnie wręcz wkurwiony, drodzy specjaliści od cudzego szczęścia. Wściekły na waszą bezkarność. Wystajesz z tłumu trochę z lewej, a może trochę z prawej strony? Nie martw się, specjaliści przyjdą, przytną, poradzą ci, co robić. Coraz częściej łapię się na tym, że jedynym sensownym wyjściem z tej sytuacji byłoby darowanie sobie reszty życia. Tylko, że nawet jeśli... to cóż z tego? Czy choć jedna lub jeden pomyśli wtedy "on chyba rzeczywiście nie chciał mieć dzieci"? Ależ skąd. Prędzej uwierzę w "szkoda, że dzieciak zostanie sam, miałby takiego fajnego ojca".