niedziela, 28 grudnia 2008

Zakupy

Z niebytu wyrwał mnie widok gwałtownie zbliżającej się kostki chodnikowej. Wredny Reymont - pomyślałem patrząc na wysuniętą nogę ciężkiego, wykonanego z brązu postumentu pisarza, uwiecznionego w zamyślonej, siedzącej pozie i ustawionego wzdłuż głównej ulicy. I tak mam szczęście, że to nie Korczak - zreflektowałem się. Jeśli wziąć pod uwagę to, co wypełniało mi mózg, gdy but szacownego noblisty kopnął mnie w zamyślenie, pan Janusz zapewne nie poprzestałby na podstawieniu nogi, lecz dźwignął się i wybiłby mi wszystkie zęby.

Kłęby obrzydliwych myśli. Stłumione, skrzętnie wciśnięte pod maskę. Jak bardzo chciałbym, by wykolejona psychika wracała do pionu tak łatwo, jak moja fizyczna powłoka po potknięciu. Cudowny byłby taki perfekcyjnie działający błędnik dla psyche. Bez niego nawet proste rzeczy stają się nie do zniesienia. Magiel świątecznych zakupów, który - wbrew swej przesiąkniętą komercją otoczce - zazwyczaj dość pozytywnie mnie napędza, tym razem okazał się koszmarem, powielanym po stokroć w snach, które nie dają zmrużyć oka.

Młody, hej, młodszy ode mnie mężczyzna dźwiga dziecko w nosidełku, inny pcha swoje w wózku z zakupami, trzeci pospiesznie drepcze alejką pomiędzy soczkami, a śpioszkami z poduchowatą paczką pieluch. Paczka pieluch pęcznieje, ogromnieje, dziecko w nosidełku dopomina się czegoś miaukliwym wrzaskiem, trzecie kopie zakupy, targając metalową, zamocowaną na zawiasach kratką we wnętrzu wózka; pieluchy rosną, krzyk wibruje mi w uszach, dźwięk rytmicznie uderzanej kratki wwierca mi się w czaszkę... Bardzo chcę wyjść ze sklepu. Patrzę na kilometrową kolejkę do kasy - zwariuję zanim zapłacę, nie zdążę; świat przysłania mi gigantyczna paczka pieluch z rozdętą do granic możliwości, uśmiechniętą buzią bobasa, obłędny miauk, dzyń, dzyń... Nagle okazuje się, że to nie ja stoję w kolejce, ta kolejka ustawiła się do mnie! Ludzie podchodzą, potrząsają moją dłonią, gratulują ułożenia sobie życia, poklepują z uznaniem. Uciekam. Nie gonią mnie, kiwają głowami, uśmiechają się.

Zatoczyłem się i usiadłem przez chwilę na kufrze obok Reymonta. Chce mi się rzygać, ale głupio tak obok sztuki puszczać pawie. Pomyślą, że ćpałem albo chlałem, a ja jestem trzeźwy, trzeźwy jak świnia, tylko nienormalny...

poniedziałek, 22 grudnia 2008

Juka

Mechanicznie wstaję, rozmasowuję odrętwiałą rękę (od kilku dni drętwieje coraz częściej) i podchodzę do zlewu, żeby wytrzepać z fajki resztki wczorajszego tytoniu. Zawsze o tym zapominam, a fajka smakuje potem obrzydliwie. Nie szkodzi; coś podpowiada mi, że dziś mógłbym zapalić nawet herbatę. O, właśnie. Herbata, to dobra myśl. Patrzę na idealnie czysty zlew - jak Ona to robi? Żebym nie wiem jak się starał, po moim zmywaniu i czyszczeniu zawsze gdzieś zostają jakieś plamki, smugi, łatki. Nalewam wodę i czekam, aż czajnik zacznie wściekle bulgotać wrzątkiem, poganiając go pod nosem właściwymi kawałkami "Odcisków". Patrzę przez okno, na zbryzgany błotem, obskurny świat, który próbują nakłuć swą zielenią liście reumatycznie powyginanej juki stojącej na parapecie.

Od dziecka lubiłem wszystkie pokrzywdzone istoty. Pies z oberwanym uchem, który plątał się za mną nocami po mieście, świerszcz z bajki, który grał wszystkim całe lato, a zimą skończył jak skończył, końcówka złamanej juki, której nie pozwoliłem wyrzucić na śmietnik, tylko wetknąłem w szklankę z wodą i gadałem do niej co dzień jak kretyn, żeby się nie poddawała, walczyła, wypuściła korzenie. To ta właśnie.

Okazało się, że ma całkiem spieprzony genotyp: jest o wiele za słaba, by utrzymać ciężar swoich własnych liści, ale mimo wszystko pełznie w górę, pnie się. Podpierałem ją kiedyś patyczkami, ale gdy przypadkiem patyczek został usunięty, znowu się złamała. Sprawdzonym sposobem uratowałem końcówkę, lecz tej już nie podpierałem; niech radzi sobie jak umie. Nieporadnie skręcona, krucha, rośnie od kilku lat w przedziwnych kierunkach. Trzy lata temu, u jej podnóża wyrosło odgałęzienie. Mała juczka. Tak samo poskręcana jak matka, tak samo krucha, odziedziczyła po niej kolor, kształt i spieprzenie. Matka... dziecko. Którędy bym nie szedł, zawsze zatoczę koło. Nareszcie, zagotowała się. Trzęsie mi się ręka, rozlewam wrzątek dookoła czarnego kubka z narysowanym kredą reniferkiem. To Ona rysowała, dla mnie. Śliczny reniferek. Zamknę oczy; tylko na chwilę.

sobota, 20 grudnia 2008

Przedwczoraj

Dowiedziałem się przedwczoraj.

Od tej chwili szczelnie, metodycznie spowija mnie dziwna, coraz grubsza folia. Jakimś cudem udaje mi się przez nią oddychać i jeść, ale barwy, zapachy i smaki docierają z opóźnieniem. Staram się systematycznie pracować, ale zdania sączą się z klawiatury powoli; bardzo powoli. Cieszę się, że zajmuję się tą robotą już od lat; dobrze wiem, do których szufladek sięgnąć po właściwe słowa, mogę pisać niemal na ślepo. Tylko czasami zapadam w pustkę, w katatoniczną nieobecność, jak gdyby ktoś wyjął mi baterie i zostawił na zasilaniu awaryjnym. Przyłapuję się na tym, że przez długi czas wbijam nieobecne spojrzenie w fosforyzujący niebieskim światłem włącznik monitora. Zatapiam się wówczas w bezruchu pełnym nieokreślonego oczekiwania, jak gdybym spodziewał się, że ten nieczuły kawałek tworzywa udzieli mi odpowiedzi na pytanie "co teraz będzie?". Gdy udaje mi się odkleić od niego wzrok, nie mam pojęcia, jak długo mnie nie było; chyba o czymś myślałem, ale o czym?

Mam wrażenie, że gdzieś na przedmieściach zmęczonej materii mojego mózgu dopalają się resztki dzisiejszego snu. Śnił mi się nasz kot, w którego wbita była gruba, ułamana deska. Poruszała się pod skórą; kot krwawił, broczył, ale jak gdyby nigdy nic dokładnie mył się, lizał łapkę i patrzył na mnie dziwnie spokojnym wzrokiem, podczas gdy ja szalałem, próbując wyciągnąć z niego nieoheblowany kawał martwego drzewa. W spanikowane dłonie wbijały mi się drzazgi, zacząłem krzyczeć... Wreszcie się obudziłem. Wydaje mi się, że rzeczywiście krzyczałem. A może nie? Przecież Ona śpi. Odruchowo spojrzałem na ręce: brak śladów po drzazgach chyba mnie ucieszył; lecz dopiero widok kota patrzącego na mnie rozespanym, pełnym zażenowanego niedowierzania spojrzeniem z gatunku "zupełnie ci odbiło?" sprawił, że uśmiechnąłem się do własnych myśli: zachowuję się jak jakiś piętnastolatek z modnego ostatnio gatunku na trzy litery, pomyślałem. Na krótką chwilę mdła groza ustąpiła miejsca pewności siebie. Bardzo krótką. Zanim udało mi się ponownie zasnąć, byłem szczelnie owinięty w foliowy kokon.