środa, 16 maja 2018

Siedem

Tyle lat. Tyle czwartków. Tyle zapadania się w siebie i wynurzania po łapczywy haust powietrza, żeby walczyć dalej.

Niezgrabną dłonią próbowałem po wielokroć zacząć pisać historię od nowa. Gdzieś, na jakimś etapie życiowych rozjazdów z Moją, przebłyskiem zrodzonym z głupoty albo resztek instynktu samozachowawczego, kupiłem na kolejny kredyt małe mieszkanie. Okna w skośnym dachu, o których zawsze marzyłem. Azyl. Ucieczka. Klitka. Miała być nową Dziuplą, spadkobierczynią tamtego ciepła i istoty domu; domu, który zawsze był dla mnie przystanią. Niezupełnie wyszło. Nie mogło wyjść. Za mało w klitce mnie; za mało zresztą mnie zostało we mnie, żeby przelać w ten kąt trochę czułości. Przepraszam, klitko. Stałaś się narzędziem. Miejscem zamykanym na klucz, okopem na czas wojny. Rzadko odwiedzanym, bo i cóż to za wojna, jeśli żołnierz po służbie popija wódką tabletkę nasenną, żeby przeżyć do następnego dnia, z niemrawą nadzieją, że jak go coś zabije, to bezboweśnie. Taka już zostałaś do dnia, w którym przyszedł K**ś, po raz pierwszy otworzył mi drzwi od środka, stanął w ciepłym prostokącie światła i powiedział "cześć". Nie wiem, co dalej z klitką, ale ta chwila zostanie ze mną na zawsze.

Niezgrabną dłonią próbowałem po wielokroć zacząć pisać historię od nowa. Połamany kontuzjami po karate, nie mogąc znaleźć ujścia dla apatii, nie mogąc znaleźć w sobie i wokół siebie ciszy, zacząłem biegać. Wpierw nieporadnie, mając w pamięci jakże niechlubne bieganie w czasach szkoły podstawowej. Gruby, niezdarny, zawsze na zziajanym końcu. Zaczęło się od śmiesznego programu, który nagradzał moje wysiłki wyświetlając spalone kalorie w postaci owoców. Jednego dnia kilka wisienek. Potem dwa jabłka. Potem banany. Jakiś czas później programowi najwyraźniej skończyły się pomysły - spalenie całego warzywniaka, choć mój wewnętrzny agresor miałby na to ochotę, chyba było mało poprawne politycznie, a ja dopiero zaczynałem się rozkręcać. A jeszcze później było i bieganie sercem, na pohybel tabelkom i programom treningowym, i bieganie według programów, na pohybel ledwie nadążającemu sercu. Kiedy kilka lat później stanąłem… nie; wróć – położyłem się na mecie maratonu (i tak mi już zostało) - śmiałem się w ten szczególny sposób, być może typowy dla maratońskich debiutantów. Po radośnie skrzywdzonej twarzy popłynęło kilka szczęśliwych, wyjątkowo słonych łez. Nie wiem, co dalej z bieganiem, ale ta chwila zostanie ze mną na zawsze.

Niezgrabną dłonią próbowałem po wielokroć zacząć pisać historię od nowa. Może musiał przyjść moment, gdy K**ś zabrał mi ołówek z ręki i skreślił kilka pierwszych słów za mnie. Słów, których nie słyszałem nigdy, od nikogo. Padły na zachłanną glebę. Nie spodziewałem się, że z nadziei może wyrosnąć aż tyle. Może nawet zbyt wiele. Wpadliśmy na siebie z rozpędu naszych mniej lub bardziej oczekiwanych codzienności, wybiliśmy się z ich torów, zaskoczeni, zauroczeni, miłowania głodni jak wilcy, jak to to, co to to, czemu tak pcha. Splątani w gestach, spojrzeniach, jak w naiwnym podręczniku zakochanych. Czy to jest normalne, czy to poważne, czy to pożyteczne? Żołnierz przestał popijać wódką tabletkę nasenną, uklepał ściany okopu, by trochę przyjaźniejsze były. Może więc dobre i pożyteczne. Znowu zaczęło być ważne dawno zapomniane trudne słowo "razem". I znowu to ono może wykoleić dwa na przekór wszystkiemu złączone pociągi. Choć przecież nieważne dokąd się jedzie i po co. Ważne, że r... Odbijamy się w oknie w skośnym dachu, spleceni czymś więcej niż tylko dłońmi. Nie wiem, co dalej z nami, ale ta chwila zostanie ze mną na zawsze.

Navigare necesse est.