Czy ja jeszcze potrafię coś napisać? Próbuję, a zatem łudzę się, że tak. Nie bardzo wiem, od czego miałbym zacząć po takiej przerwie. Czuję się wyschnięty. Zwapniały. Jak gdyby przez te pół roku minęło wiele lat. Stworzenie każdego zdania przychodzi mi z trudnością. Palce potykają się o litery; po klawiaturze chodzę o kulach. Nawet tych kilka pierwszych słów, to raczej próba przekonania samego siebie, że w ogóle jest sens. Taki mały sprawdzian podszyty nadzieją, że może coś zaskoczy, jak kiedyś. Że wzdęty balon pęknie i poleją się słowa, trochę szmirowate, trochę bezładne, jak już tyle razy się zdarzało. I przyniosą ulgę.
Siadam tak do białego prostokątu notatnika co kilka dni, ale chęć przelewania uczuć na ekran zniknęła gdzieś wraz z chęcią życia w ogóle. W kalendarzu z Krecikiem, który dostałem od Mojej, pośród prozaicznych "wyślij list do X", "pamiętaj, żeby przesadzić jukę", "zapłać czynsz", piszę co którąś kartkę "czekaj na śmierć". Głupio wygląda taki zapis obok Krteka, który wesoło pedałuje na rowerze załadowanym szczęśliwymi truskawkami, więc omijam strony z rysunkami. Czekam, posłuszny swoim zapiskom. Czekając, po drodze coraz częściej wybucham z byle powodu. Moja znosi te miniaturowe eksplozje; wchłania je. Cierpliwie. Któregoś dnia, jak zwykle zabrałem się do robienia obiadu. Wyjąłem mięso z lodówki i uważnie naostrzyłem nóż o denko kubka z kotkiem. W tej samej chwili zacząłem sobie wyobrażać, jak podcinam... nie, odcinam sobie rękę. Całą lewą dłoń, metodycznie zyndoląc. Poczułem jak od środka zalewa mnie chłód. Zrobiło się bardzo zimno; zimniej niż gdy wychodzi się na mróz bez czapki i z odpiętą kurtką. Gdy Moja weszła do kuchni, trzęsła mi się broda. Zsiniałem; coś bełkotałem, ale telepiąca się żuchwa osłabiała jakość przekazu. Nawet się śmiałem z tego, że jak tak można się rozsypać, i w ogóle. Że bez sensu, taka ciapa, nie facet. I że tyle już różnych rzeczy przeżyłem, a takiej, to jeszcze nigdy. Dała mi procha na sen. Cierpliwie. Piętnaście minut później już spałem jak zabity, zwinięty w krewetkę, a ostatnią rzeczą jaką zobaczyłem przed snem, była płynąca, żółta gęba sympatycznego lwa z filmu "Madagaskar", który dziecko oglądało na cały regulator. (Swoją drogą trochę żałuję, że dziecko woli madagaskary od Dżemu, czy na przykład "Epitafium" Crimsona, bo byłaby to niepowtarzalna okazja, żeby ich posłuchać. Kwestia polega na ogromnej dysproporcji, jaką Moja wykazuje w percepcji głośności: moja muzyka, dowolnie cicho nastawiona, zawsze wymaga przyciszenia, ale bohaterowie kreskówek drący japę na pół bloku i plastikowe zabawki wyjące we wszystkich kolorach tęczy nigdy nie budzą podobnych odruchów).
W chwilach wolnych od odrzynania kończyn gryzę skórki i paznokcie. Bywają tak postrzępione, że żal patrzeć. Któregoś dnia postanowiłem smarować wierzch palców kremem nivea, żeby przypominał o niegryzieniu, a przy okazji trochę je zagoił. Po dwóch dniach przywykłem do jego obecności w ustach, a trzeciego okazał się całkiem smaczny. Tylko cholera, chyba jest kaloryczny, a ja chciałbym jeszcze trochę schudnąć. Śmieję się sam do siebie, gdy to piszę: bo jak to tak: z jednej strony chudnąć, a z drugiej Krecikowe memento mori. Tak jakby wszystkie te przypominajki, zostawiane ze skrupulatnym pominięciem stron z rysunkami, nie zdołały jednak zabić jakichś resztek nadziei wobec nieokreślonej przyszłości, która kryje coś, dla czego warto żyć.
Teoretycznie, wszystko zdążyliśmy już z Moją omówić. Że w ten zakręt nie wejdziemy razem. Że teraz muszę już tylko czekać, aż poprawią się finanse. Więc czekam. Nieraz wydaje mi się, że wyjść jest przecież wiele; że to ja je sztucznie ograniczam. Przyjaciele podpowiadają to i owo, chcą pomóc. Ale ja, uwiązany do jakiejś utopijnej zapewne idei, uparcie idę wraz z nią pod wodę i czekam. Czekam w stanie, który dobrze znam: w codziennej pracy od rana do wieczora, bez sobót i niedziel, jak od wielu lat. Czekam w dziwacznym celibacie; niepełnym, a przez to tym bardziej frustrującym. Kulawym - widać nawet celibat nie może być u nas normalny. Czekam w patrzeniu jak dziecko rośnie i powoli rozumie coraz więcej; obserwuję jak wraz z pojmowaniem pojawia się umiejętność niezrozumienia: dlaczego ojciec nie świergoli do niego i nie cmokta, dlaczego nie świergocze "adisieńka idzie lulka"*? Czekam i obstawiam zakłady, czy doczekam w swym czekaniu do śmierci, czy jednak któregoś dnia coś pęknie; coś większego od nadętego balonu ze słowami, które mogę wylać na pusty prostokąt notatnika.
* "Adam idzie spać" - przyp. tłum.
środa, 8 czerwca 2011
Subskrybuj:
Posty (Atom)