czwartek, 26 lutego 2009

Awaria

Patrzę na swoje dłonie i zastanawiam się, dlaczego drżą mi palce. Ostatnio dygotały tak, gdy przytaszczyłem ze sklepu wielgachną torbę z zakupami w jednej ręce i dziesięciolitrowy wór kociego żwirku w drugiej. Skoro tak, to może drżą od dźwigania codzienności? Ech... byłby to zaiste piękny kicz - prawie jak u Coelho! - lecz po namyśle rozsądek każe mi przyznać, że są raczej zmęczone conocnym piciem do monitora. Spoglądam z przekąsem na stojącą przede mną szklaneczkę łyskacza. To twoja wina - mówię - podobnie jak te głupie sny, przez które nie mogę zmrużyć oka. Sny, które zostawiają na cały dzień pod powiekami swe nieostre kontury, bezkształtne niczym kolorowe plamy światła pełgające po siatkówce nieostrożnie wystawionej na słońce. Komu normalnemu śni się zamknięcie w piwnicznej celi przez parę truposzczaków, które "żyją" przez cały dzień i wracają do mnie - pana ich istnienia i zarazem niewolnika - na noc, bym wstrzyknął im jakąś tajemną substancję pozwalającą zakonserwować fizyczną powłokę? Komu śni się, że naciera ich zimną skórę rozmaitymi impregnatami, umożliwiającymi istnienie w normalnym świecie; że maskuje ich rany, że kładzie makijaż naśladujący życie? Czemuż para składa się z przecudnej urody kobiety i mężczyzny o budowie Adonisa, którzy nocą moszczą swe sine, nagie ciała na kamiennym stole w piwnicy, pod bujającą się na drucie żarówką, poddając się moim szamańskim zabiegom? Parę słów na ten temat zapewne mógłby powiedzieć mi mister Freud, ale zgubiłem gdzieś tabliczkę ouija.

Twoja wina - mruczę w kierunku złocistej zawartości szklanki, lecz mimo wszystko biorę głęboki łyk i zamykam oczy z nadzieją, że moja pracowita imaginacja tym razem nie zdążyła jeszcze przygotować swej bogatej oferty horrorów na najbliższy seans. Sielankę, subtelnie zaakcentowaną dobiegającymi ze słuchawek dźwiękami nowej płyty Osjana przerywa dziwny, nieokreślony zapach. Pociągam głębszy niuch i nagle zdaję sobie sprawę, że bliżej niezidentyfikowany aromat ma bardzo wiele wspólnego ze zgnilizną, wilgocią i... tak, grzybem. Spoglądam przerażony na opróżnione szkło i podejmuję heroiczną próbę uszczypnięcia się w policzek. Jeśli to mi się śni, to znaczy, że majaki z umarlakami w roli głównej wzbogaciły się o całkiem realistyczne efekty specjalne, a jeśli nie... czyżbym niepostrzeżenie dotarł do etapu delirium tremens? Uszami wyobraźni już słyszę siebie mówiącego "...mam na imię Piotr, piję odkąd dowiedziałem się, że moja żona jest w ciąży, alkohol mój wróg, na następne spotkanie przyprowadzę przyjaciela...".

Szczyp. Cholera. Szczyp się mocniej, baranie... Auć! Nie, niemożliwe... dalej śmierdzi. Kilka kolejnych minut spędzam z nosem wystawionym dziarsko przed siebie, węsząc z półprzymkniętymi oczami. W innej sytuacji z pewnością parsknąłbym dzikim rechotem, widząc niepomiernie zadziwione spojrzenie kota, lecz tym razem zupełnie nie było mi do śmiechu. Tak, to chyba stąd; sponad szafki. Jedna po drugiej, sterty książek ułożone na szafce lądują na biurku, odsłaniając fantazyjnie zalany sufit i ściany. Środek nocy, whisky, żywe trupy i zwidy, rany julek, dach nam przecieka!

Wąska, lecz zadziwiająco uparta strużka wody pędzi na złamanie kropli w dół, po pięknie, świeżo pomalowanej ścianie. Jeszcze chwila i wpadnie wprost do uśmiechniętego ryjka kontaktu. Skwierk. Światło na chwilę przygasa, znaczy się, już po kropli. Zupełnie jak na oddziale więziennym z krzesłem elektrycznym na stanie inwentarza. Chwilę później, po dobrze przygotowanej przez poprzedniczkę trasie, pędzi kolejna kropla napędzana bezduszną grawitacją. Skwierrrrk. Stoję na drabinie i przyglądam się napęczniałym od stęchlizny pęcherzom i odłażącym płatom farby. Z bliska wyglądają znacznie gorzej niż z poziomu podłogi. Czekam, aż Ona z lekarską wprawą zwinie tampon z kilku kawałków papierowego ręcznika i poda mi, bym mógł przykleić go "gęsią skórką" do ściany, w poprzek autostrady zwariowanych kropel, które najwyraźniej pragną wyparować biorąc ze sobą do grobu sporą część instalacji elektrycznej. W sumie, mogło być gorzej. Skończyliśmy remontować mieszkanie już ponad rok temu; każdemu by się znudziło. A ten kolor, który tak się nam podobał ubiegłej zimy? Bardzo passé, do wymiany. Skwierrrrk. Ech; lepiej będzie, jeśli wyłączę prąd.

Specjalista dekarz, starannie unikając mojego wzroku pokręcił ze smutkiem głową i stwierdził, że dach jest tip top, a zalanie niechybnie spowodowane zostało awarią instalacji grzewczej. Przybyły dwie godziny później specjalista od instalacji grzewczych z nieskrywaną radością uznał, że instalacja jest prima sort, a nasze znakomicie nawilżone mieszkanie to z pewnością wina rynien albo nieszczelności w papowym pokryciu. Wcale im się nie dziwię, zważywszy na to, co zapewne dzieje się na górze po wczorajszych roztopach i nocnym przymrozku. Ja sam, wezwany do takiej interwencji wymyśliłbym tysiąc powodów, byle tylko nie wyjść na dach, którego skrzypiące poszycie dobiega już sześćdziesiątki i z pewnością nie jest wysypane piaseczkiem z San Diego tudzież zaprawione Prawdziwą Wieliczańską Solą, kupioną - jak wszystko dzisiaj - od Chińczyków. Założę się, że nawet całkiem ostrożny specjalista z dowolnej dziedziny może na takim dachu zrobić potrójnego tulupa i poprawić 25 metrów niżej klasycznym flip-flakiem, ze szczególnym uwzględnieniem drugiej części tego słowa. No cóż; mimo wszystko będę twardy i nieustępliwy - pomyślałem, po raz kolejny wybierając numer zarządcy budynku.

Ach... Cóż za fantastyczny korowód ludzi przewinął się przez nasze mieszkanie w ciągu ostatnich dni! Dekarze, malarze, ubezpieczyciele, zarządcy i właściciele! Sąsiedzi, elektrycy, hydraulicy i ty, cudownie wszędobylska wodo, dziękuję wam! Dziękuję! Tych kilka dni wypełnionych całkiem zwyczajnym stresem i problemami, do rozwiązywania których przywykłem przez lata pozwoliło mi na chwilę zapomnieć. Ściany powoli przysychają, instalacja przestała straszyć. Wszystko wraca do normy. Tylko jakiej?

niedziela, 15 lutego 2009

Tunel

Idę bardzo ciemnym, blaszanym korytarzem, którego końca nie sposób się domyślić - wzrok grzęźnie w bliżej nieokreślonej odległości, lecz mimo wszystko zadziwiająco daleko, zważywszy na brak jakichkolwiek źródeł światła. Jest chłodno, choć nie czuję na twarzy najlżejszego powiewu. Korytarz ma kwadratowy przekrój i wydaje się biec prosto przed siebie. Sklepienie wdusza mnie w klaustrofobiczny trans; jest zbyt niskie, bym mógł iść na wyprostowanych nogach, więc garbię się i wciskam głowę w ramiona. Krok po kroku połykam kolejny metr pustki, zaś ten, który właśnie przebyłem wypluwam bez żalu i smaku. Odnoszę wrażenie, że to nie ja przemierzam przestrzeń, lecz to ona zasklepia się za mną z cichym mlaśnięciem, maskowanym przez metaliczny dźwięk moich własnych kroków odciskanych na gołej blasze. Wolę się nie odwracać, choć dłonie i tak są zimne i lepkie ze strachu. Przez długi czas nic się nie zmienia. Zupełnie nic. Monotonia sprowadza moje myśli na manowce rozważań, które tylko krótkie spięcie dzieli od szaleństwa. "A może w rzeczywistości stoję w miejscu, albo chodzę bez końca na niewidocznej, stalowej taśmie, która - niczym automatyczna bieżnia - cofa się w rytm moich kroków?". Nagle, narastający lęk obrywa prawym sierpowym od nadziei, która dostrzega nieznaczną zmianę jasności gdzieś, w nieprzeniknionej oddali. Przyspieszam kroku. Jasność powoli nabiera kształtów; już wiem, że dochodzi z lewej strony tunelu. Nie sposób biec, lecz przebieram przykurczonymi nogami coraz szybciej, dyszę, potykam się o własne stopy; mam wrażenie, że blaszane ściany rezonują w rytm serca, które próbuje sprostać wyzwaniu. Blask widziany z oddali okazuje się być pękiem rozświetlonych szczelin w bocznej ścianie tunelu. Zaglądam przez nie z nieufnością, dziwnie kontrastującą z podekscytowaniem, którym karmiłem się jeszcze przed chwilą. Zza szczelin, będących w istocie aluminiowymi żaluzjami, wita mnie zadymione wnętrze pubu, wypełnionego ludźmi, gwarem i całym spektrum zapachów piwa na różnych etapach przyswajania i trawienia. Wsuwam palce przez żaluzje, rozchylam je i z rosnącym zdziwieniem zauważam, że całość stanowi osłonę wielkiego wywietrznika w lokalu, do którego trafiłem. Napieram całym ciałem, lecz osłona ustępuje bez większych oporów, a ja, próbując utrzymać równowagę, wpadam do wnętrza.

Witają mnie ludzie, którzy zachowują się tak, jak gdyby znali mnie od lat. Na stoliku przede mną ląduje piwo, potem kolejne... odprężam się, doświadczając cudów niepamięci i poznawania jednocześnie. Ach, jak wspaniale jest rozmawiać. Jaki tunel? Jaki wywietrznik? Czuję się zbyt dobrze, by o tym myśleć. Czar pryska, gdy jeden po drugim, znajomi (?) żegnają się i znikają. Mam wrażenie, że i na mnie przyjdzie wkrótce pora, lecz nie wiem, dokąd mam iść. Na wszelki wypadek przepraszam tych, którzy nadal siedzą przy stoliku i pod pretekstem odwiedzenia toalety szukam wyjścia. Nie znajduję żadnych tabliczek, drzwi, wskazówek... niczego. Moje pytanie "którędy do wyjścia?", przypadkowo minięta para kwituje bezbrzeżnym, milczącym zdziwieniem, a szeroki w barach wykidajło z pogardliwym, ozdobionym złotym zębem uśmiechem rubasznie stwierdza, że skoro jakoś wszedłem, to zapewne znajdę drogę. Lokal pustoszeje (którędy oni wychodzą?!), barmani patrzą na mnie ze zniecierpliwieniem. Na miękkich nogach zaglądam do korytarza tuż obok głównej sali, skąd zobaczyłem ją po raz pierwszy. Otwarty wywietrznik kołysze się zachęcająco. Wdrapuję się do tunelu i delikatnie zamykam go za sobą (jak najciszej; jeśli ktoś to zauważy, pomyśli, że zwariowałem!). Kręci mi się w głowie z nadmiaru wrażeń i spożytych trunków; wreszcie zwijam się w kłębek na blaszanej podłodze i zasypiam.

Gdy budzę się jakiś czas później, jest ciemno, a żaluzje wywietrznika są szczelnie zamknięte. Po kilku nieporadnych próbach ich rozchylenia, zaczynam iść przed siebie, zrezygnowany. Bezwiednie liczę krokosekundy, lękominuty, myślogodziny, lecz wkrótce gubię się i nie mam pojęcia, ile ich minęło w chwili, gdy dostrzegłem kolejną szczelinę w mroku. Znów szybszy oddech, znów potknięcia, znów łomot przedsionków i komór. Kaleczę palce, niecierpliwie rozchylając listki żaluzji, lecz zamiast oparów tytoniu i alkoholi, tym razem w nos uderza mnie mroźne powietrze i zapach zimy. Wywietrznik wypluwa mnie na świat wprost z gładkiej, szarej ściany jakiejś kamienicy. Na tle rozgwieżdżonego nieba rysują się sylwetki niewysokich bloków, w których pozbawiony wyobraźni architekt wyciął dziesiątki identycznych, żółtych prostokątów na światło. Słyszę przejeżdżające w oddali samochody, lecz dookoła mnie panuje cisza. Bezlistne drzewo ze spokojem przyjmuje parującą strugę moczu ofiarowaną przez dużego psa, który z wyraźną ulgą i radością odbiega potem do machającej smyczą kobiety. Ławki, daszki spowitych aureolami światła latarni i kikuty pieczołowicie przyciętych krzewów pokrywa cienka warstewka świeżego śniegu. Park nie jest zbyt duży; wystarczy kilka chwil, bym dotarł do wysokiego ogrodzenia ze stalowych prętów. Idę wzdłuż niego dookoła, lecz niejasno zdaję sobie sprawę, że nie znajdę wyjścia i nie dowiem się, gdzie podziała się pani z dużym psem, która zniknęła, gdy obserwowałem świat za ogrodzeniem. Gdy mróz daje mi solidnie w kość, potulnie wracam i wdrapuję się do czarnego otworu.

Wiem już, że strefy mroku są znacznie dłuższe, niż odcinki mizernie oświetlone poświatą wpadającą przez szczeliny w wywietrznikach. Zauważyłem też, że owe iskierki nadziei przypadają dość nieregularnie. Niekiedy mam wrażenie, że następują jedna po drugiej, innym razem z kolei muszę wędrować do granic obłędu, by dotrzeć do którejś z nich.

Ta wydaje się być taka sama, jak wszystkie poprzednie.

Wprawnym ruchem odchylam żaluzję i zaglądam do wnętrza. W niemal pustym na pierwszy rzut oka pokoju panuje półmrok, rozproszony przytłumionymi, mlecznymi świetlówkami. Staram się zeskoczyć jak najciszej i zwabiony dobiegającym mnie zapachem gotowanego obiadu, wybieram się na zwiady. Mam wrażenie, że znam skądś to miejsce. Mijam niewielki korytarzyk i zaglądam do ciepłej, jasnej kuchni. Gdy zdaję sobie sprawę, że pomieszczenie jest zbyt małe, bym mógł pojawić się w nim niezauważony, jest już zbyt późno. "Gdzie byłeś, strasznie długo tak" - mówi Ona i wybucha płaczem - "zobacz, jak wyrósł". Poprzez mgiełkę paniki dostrzegam istotę siedzącą przy małym, kuchennym stoliku. Wielka, łysa, nieproporcjonalnie napęczniała głowa noworodka osadzona na korpusie, który z powodzeniem mógłby należeć do kilkunastoletniego chłopaka. Głowa szczerzy do mnie bezzębne usta, śliniąc się obficie na dżinsowe spodnie z nisko opuszczonym krokiem i leżący na podłodze tornister z wystającymi książkami. Przerażenie wyrzuca mnie z kuchni, wybiegam z powrotem przez wąski korytarz, do pokoju, do bezpiecznej otchłani wywietrznika.

Lecz po wywietrzniku nie ma ani śladu.

poniedziałek, 2 lutego 2009

Manekin

Lepienie koszmarków z modeliny jest bardzo odprężające. Kot siedzi w futrzastej, kapciowatej muszli stojącej na biurku i patrzy się uważnie na kolejne kawałki masy plastycznej ustawiane na stole. Noc. Cisza. W takich chwilach nie chcę nic ponadto.


Nic ponadto.