niedziela, 15 lutego 2009

Tunel

Idę bardzo ciemnym, blaszanym korytarzem, którego końca nie sposób się domyślić - wzrok grzęźnie w bliżej nieokreślonej odległości, lecz mimo wszystko zadziwiająco daleko, zważywszy na brak jakichkolwiek źródeł światła. Jest chłodno, choć nie czuję na twarzy najlżejszego powiewu. Korytarz ma kwadratowy przekrój i wydaje się biec prosto przed siebie. Sklepienie wdusza mnie w klaustrofobiczny trans; jest zbyt niskie, bym mógł iść na wyprostowanych nogach, więc garbię się i wciskam głowę w ramiona. Krok po kroku połykam kolejny metr pustki, zaś ten, który właśnie przebyłem wypluwam bez żalu i smaku. Odnoszę wrażenie, że to nie ja przemierzam przestrzeń, lecz to ona zasklepia się za mną z cichym mlaśnięciem, maskowanym przez metaliczny dźwięk moich własnych kroków odciskanych na gołej blasze. Wolę się nie odwracać, choć dłonie i tak są zimne i lepkie ze strachu. Przez długi czas nic się nie zmienia. Zupełnie nic. Monotonia sprowadza moje myśli na manowce rozważań, które tylko krótkie spięcie dzieli od szaleństwa. "A może w rzeczywistości stoję w miejscu, albo chodzę bez końca na niewidocznej, stalowej taśmie, która - niczym automatyczna bieżnia - cofa się w rytm moich kroków?". Nagle, narastający lęk obrywa prawym sierpowym od nadziei, która dostrzega nieznaczną zmianę jasności gdzieś, w nieprzeniknionej oddali. Przyspieszam kroku. Jasność powoli nabiera kształtów; już wiem, że dochodzi z lewej strony tunelu. Nie sposób biec, lecz przebieram przykurczonymi nogami coraz szybciej, dyszę, potykam się o własne stopy; mam wrażenie, że blaszane ściany rezonują w rytm serca, które próbuje sprostać wyzwaniu. Blask widziany z oddali okazuje się być pękiem rozświetlonych szczelin w bocznej ścianie tunelu. Zaglądam przez nie z nieufnością, dziwnie kontrastującą z podekscytowaniem, którym karmiłem się jeszcze przed chwilą. Zza szczelin, będących w istocie aluminiowymi żaluzjami, wita mnie zadymione wnętrze pubu, wypełnionego ludźmi, gwarem i całym spektrum zapachów piwa na różnych etapach przyswajania i trawienia. Wsuwam palce przez żaluzje, rozchylam je i z rosnącym zdziwieniem zauważam, że całość stanowi osłonę wielkiego wywietrznika w lokalu, do którego trafiłem. Napieram całym ciałem, lecz osłona ustępuje bez większych oporów, a ja, próbując utrzymać równowagę, wpadam do wnętrza.

Witają mnie ludzie, którzy zachowują się tak, jak gdyby znali mnie od lat. Na stoliku przede mną ląduje piwo, potem kolejne... odprężam się, doświadczając cudów niepamięci i poznawania jednocześnie. Ach, jak wspaniale jest rozmawiać. Jaki tunel? Jaki wywietrznik? Czuję się zbyt dobrze, by o tym myśleć. Czar pryska, gdy jeden po drugim, znajomi (?) żegnają się i znikają. Mam wrażenie, że i na mnie przyjdzie wkrótce pora, lecz nie wiem, dokąd mam iść. Na wszelki wypadek przepraszam tych, którzy nadal siedzą przy stoliku i pod pretekstem odwiedzenia toalety szukam wyjścia. Nie znajduję żadnych tabliczek, drzwi, wskazówek... niczego. Moje pytanie "którędy do wyjścia?", przypadkowo minięta para kwituje bezbrzeżnym, milczącym zdziwieniem, a szeroki w barach wykidajło z pogardliwym, ozdobionym złotym zębem uśmiechem rubasznie stwierdza, że skoro jakoś wszedłem, to zapewne znajdę drogę. Lokal pustoszeje (którędy oni wychodzą?!), barmani patrzą na mnie ze zniecierpliwieniem. Na miękkich nogach zaglądam do korytarza tuż obok głównej sali, skąd zobaczyłem ją po raz pierwszy. Otwarty wywietrznik kołysze się zachęcająco. Wdrapuję się do tunelu i delikatnie zamykam go za sobą (jak najciszej; jeśli ktoś to zauważy, pomyśli, że zwariowałem!). Kręci mi się w głowie z nadmiaru wrażeń i spożytych trunków; wreszcie zwijam się w kłębek na blaszanej podłodze i zasypiam.

Gdy budzę się jakiś czas później, jest ciemno, a żaluzje wywietrznika są szczelnie zamknięte. Po kilku nieporadnych próbach ich rozchylenia, zaczynam iść przed siebie, zrezygnowany. Bezwiednie liczę krokosekundy, lękominuty, myślogodziny, lecz wkrótce gubię się i nie mam pojęcia, ile ich minęło w chwili, gdy dostrzegłem kolejną szczelinę w mroku. Znów szybszy oddech, znów potknięcia, znów łomot przedsionków i komór. Kaleczę palce, niecierpliwie rozchylając listki żaluzji, lecz zamiast oparów tytoniu i alkoholi, tym razem w nos uderza mnie mroźne powietrze i zapach zimy. Wywietrznik wypluwa mnie na świat wprost z gładkiej, szarej ściany jakiejś kamienicy. Na tle rozgwieżdżonego nieba rysują się sylwetki niewysokich bloków, w których pozbawiony wyobraźni architekt wyciął dziesiątki identycznych, żółtych prostokątów na światło. Słyszę przejeżdżające w oddali samochody, lecz dookoła mnie panuje cisza. Bezlistne drzewo ze spokojem przyjmuje parującą strugę moczu ofiarowaną przez dużego psa, który z wyraźną ulgą i radością odbiega potem do machającej smyczą kobiety. Ławki, daszki spowitych aureolami światła latarni i kikuty pieczołowicie przyciętych krzewów pokrywa cienka warstewka świeżego śniegu. Park nie jest zbyt duży; wystarczy kilka chwil, bym dotarł do wysokiego ogrodzenia ze stalowych prętów. Idę wzdłuż niego dookoła, lecz niejasno zdaję sobie sprawę, że nie znajdę wyjścia i nie dowiem się, gdzie podziała się pani z dużym psem, która zniknęła, gdy obserwowałem świat za ogrodzeniem. Gdy mróz daje mi solidnie w kość, potulnie wracam i wdrapuję się do czarnego otworu.

Wiem już, że strefy mroku są znacznie dłuższe, niż odcinki mizernie oświetlone poświatą wpadającą przez szczeliny w wywietrznikach. Zauważyłem też, że owe iskierki nadziei przypadają dość nieregularnie. Niekiedy mam wrażenie, że następują jedna po drugiej, innym razem z kolei muszę wędrować do granic obłędu, by dotrzeć do którejś z nich.

Ta wydaje się być taka sama, jak wszystkie poprzednie.

Wprawnym ruchem odchylam żaluzję i zaglądam do wnętrza. W niemal pustym na pierwszy rzut oka pokoju panuje półmrok, rozproszony przytłumionymi, mlecznymi świetlówkami. Staram się zeskoczyć jak najciszej i zwabiony dobiegającym mnie zapachem gotowanego obiadu, wybieram się na zwiady. Mam wrażenie, że znam skądś to miejsce. Mijam niewielki korytarzyk i zaglądam do ciepłej, jasnej kuchni. Gdy zdaję sobie sprawę, że pomieszczenie jest zbyt małe, bym mógł pojawić się w nim niezauważony, jest już zbyt późno. "Gdzie byłeś, strasznie długo tak" - mówi Ona i wybucha płaczem - "zobacz, jak wyrósł". Poprzez mgiełkę paniki dostrzegam istotę siedzącą przy małym, kuchennym stoliku. Wielka, łysa, nieproporcjonalnie napęczniała głowa noworodka osadzona na korpusie, który z powodzeniem mógłby należeć do kilkunastoletniego chłopaka. Głowa szczerzy do mnie bezzębne usta, śliniąc się obficie na dżinsowe spodnie z nisko opuszczonym krokiem i leżący na podłodze tornister z wystającymi książkami. Przerażenie wyrzuca mnie z kuchni, wybiegam z powrotem przez wąski korytarz, do pokoju, do bezpiecznej otchłani wywietrznika.

Lecz po wywietrzniku nie ma ani śladu.