A może umrę sobie wczoraj i nikt nie będzie wiedział. Poza kotem, któremu też bliżej niż dalej. Trochę go szkoda, w końcu to on ze mną żyje i śpi przez gros nocy. To jego posapywanie przez stary, zmęczony nos w kropki słyszę, gdy budzi mnie jakiś koszmar czy prozaiczny komar czyhający na parę swędzących kropli krwi. Po co zresztą ktoś ma wiedzieć. Często uwieram, przeszkadzam swoim istnieniem. Sam sobie też, bo co noc obiecuję być nazajutrz innym, mądrzejszym, lepszym, lecz te słowa ulatują z upływem godzin niczym obłoczki pary z ust, gdy z coraz większym trudem biegam, chyba tylko po to, by udowodnić sobie, że wciąż mogę. Tylko jak z owymi przyrzeczeniami ma być inaczej, skoro ulica Honorowa jest w moim mieście o jedną niespełnioną obietnicę od Kryzysowej i przecinam je raz w tę, raz we w tę. Niedomyty kieliszek. Stos niedopałków, pogruchotany jak moje starania. Nikt tego nie zauważy, polecą do śmieci. Krótkie uśmierzacze niepokojów osadzające się w płucach, na wątrobie, w głowie. W świecie, w którym białe szczycące się tolerancją piekli się na czarne, a czarne obwinia je o zbytnią białość, nie warto być szarym. Oberwiesz z obu stron za to swoje durne niezdecydowanie. W rozkroku między skrajnościami jaja zawsze są pierwsze do bicia. Nie ma sensu w dostrzeganiu odcieni. Zakrzyczą. Poczujesz się winny. Będziesz przepraszał za kolor swój i innych szarych, a choćbyś umiał wyjaśnić swoje i ich racje, nie ma sensu tłumaczyć. Gorzko to brzmi, biorąc pod uwagę mój zawód.
Uśmiecham się w sobie, bo przecież zawsze jest jedno wyjście, z którego tłumaczyć się nie muszę. Jakaś decyzja, która może być tylko moja, nawet jeśli nie ostateczna. Ach, te zrywy, kiedy chce się coś robić, uskrzydla cię pomysł, ale dostajesz kijem, bo choć na psa go szkoda, to niech się kij nie marnuje - użyjmy go do wyrażenia miłości do drugiego człowieka. Tylko ten strach. Bezpieczniej usiąść pod drzwiami. Oprzeć się o nie plecami i czekać. Przyjdzie.
Coraz wolniej myślę. Czuję się jak ktoś, kto jednego dnia potrafi odczytać ustęp drobnym drukiem, a drugiego z przerażeniem spostrzega, że ledwie widzi tablicę, na której okulista beznamiętnie pokazuje patyczkiem coraz większe litery. I te dłonie, które wciąż częściej i częściej przypominają nożyce. Ranią niechcący, choćby chciały niczym Edward czynić tylko śnieg.
Czasami wyobrażam sobie, że umiem śpiewać. Nikt o tym nie wie, lecz któregoś dnia przychodzę na spotkanie przyjaciół gdzieś w pubie i w loterii karaoke dostaję jakąś losową piłeczką w łeb. Moja kolej. Wychodzę, śmiech jak zawsze, lecz ja potrafię. Ludzie wyciągają zapalniczki, milkną, tańczą. A ja jestem w swoim świecie i daję z siebie coś, czego chcą, co ich zaskakuje. Tak bardzo wtedy czuję, tak bardzo wtedy się splatam, tak bardzo wyrzucam z siebie dziwaczny konglomerat chęci dawania i bycia potrzebnym, dla kogoś wyjątkowym. Bo na widowni zawsze jest ten ktoś.
I prawie jest mi wtedy wszystko jedno, że wrócę i oprę się plecami o drzwi.
piątek, 4 października 2019
środa, 16 maja 2018
Siedem
Tyle lat. Tyle czwartków. Tyle zapadania się w siebie i wynurzania po łapczywy haust powietrza, żeby walczyć dalej.
Niezgrabną dłonią próbowałem po wielokroć zacząć pisać historię od nowa. Gdzieś, na jakimś etapie życiowych rozjazdów z Moją, przebłyskiem zrodzonym z głupoty albo resztek instynktu samozachowawczego, kupiłem na kolejny kredyt małe mieszkanie. Okna w skośnym dachu, o których zawsze marzyłem. Azyl. Ucieczka. Klitka. Miała być nową Dziuplą, spadkobierczynią tamtego ciepła i istoty domu; domu, który zawsze był dla mnie przystanią. Niezupełnie wyszło. Nie mogło wyjść. Za mało w klitce mnie; za mało zresztą mnie zostało we mnie, żeby przelać w ten kąt trochę czułości. Przepraszam, klitko. Stałaś się narzędziem. Miejscem zamykanym na klucz, okopem na czas wojny. Rzadko odwiedzanym, bo i cóż to za wojna, jeśli żołnierz po służbie popija wódką tabletkę nasenną, żeby przeżyć do następnego dnia, z niemrawą nadzieją, że jak go coś zabije, to bezboweśnie. Taka już zostałaś do dnia, w którym przyszedł K**ś, po raz pierwszy otworzył mi drzwi od środka, stanął w ciepłym prostokącie światła i powiedział "cześć". Nie wiem, co dalej z klitką, ale ta chwila zostanie ze mną na zawsze.
Niezgrabną dłonią próbowałem po wielokroć zacząć pisać historię od nowa. Połamany kontuzjami po karate, nie mogąc znaleźć ujścia dla apatii, nie mogąc znaleźć w sobie i wokół siebie ciszy, zacząłem biegać. Wpierw nieporadnie, mając w pamięci jakże niechlubne bieganie w czasach szkoły podstawowej. Gruby, niezdarny, zawsze na zziajanym końcu. Zaczęło się od śmiesznego programu, który nagradzał moje wysiłki wyświetlając spalone kalorie w postaci owoców. Jednego dnia kilka wisienek. Potem dwa jabłka. Potem banany. Jakiś czas później programowi najwyraźniej skończyły się pomysły - spalenie całego warzywniaka, choć mój wewnętrzny agresor miałby na to ochotę, chyba było mało poprawne politycznie, a ja dopiero zaczynałem się rozkręcać. A jeszcze później było i bieganie sercem, na pohybel tabelkom i programom treningowym, i bieganie według programów, na pohybel ledwie nadążającemu sercu. Kiedy kilka lat później stanąłem… nie; wróć – położyłem się na mecie maratonu (i tak mi już zostało) - śmiałem się w ten szczególny sposób, być może typowy dla maratońskich debiutantów. Po radośnie skrzywdzonej twarzy popłynęło kilka szczęśliwych, wyjątkowo słonych łez. Nie wiem, co dalej z bieganiem, ale ta chwila zostanie ze mną na zawsze.
Niezgrabną dłonią próbowałem po wielokroć zacząć pisać historię od nowa. Może musiał przyjść moment, gdy K**ś zabrał mi ołówek z ręki i skreślił kilka pierwszych słów za mnie. Słów, których nie słyszałem nigdy, od nikogo. Padły na zachłanną glebę. Nie spodziewałem się, że z nadziei może wyrosnąć aż tyle. Może nawet zbyt wiele. Wpadliśmy na siebie z rozpędu naszych mniej lub bardziej oczekiwanych codzienności, wybiliśmy się z ich torów, zaskoczeni, zauroczeni, miłowania głodni jak wilcy, jak to to, co to to, czemu tak pcha. Splątani w gestach, spojrzeniach, jak w naiwnym podręczniku zakochanych. Czy to jest normalne, czy to poważne, czy to pożyteczne? Żołnierz przestał popijać wódką tabletkę nasenną, uklepał ściany okopu, by trochę przyjaźniejsze były. Może więc dobre i pożyteczne. Znowu zaczęło być ważne dawno zapomniane trudne słowo "razem". I znowu to ono może wykoleić dwa na przekór wszystkiemu złączone pociągi. Choć przecież nieważne dokąd się jedzie i po co. Ważne, że r... Odbijamy się w oknie w skośnym dachu, spleceni czymś więcej niż tylko dłońmi. Nie wiem, co dalej z nami, ale ta chwila zostanie ze mną na zawsze.
Navigare necesse est.
Niezgrabną dłonią próbowałem po wielokroć zacząć pisać historię od nowa. Gdzieś, na jakimś etapie życiowych rozjazdów z Moją, przebłyskiem zrodzonym z głupoty albo resztek instynktu samozachowawczego, kupiłem na kolejny kredyt małe mieszkanie. Okna w skośnym dachu, o których zawsze marzyłem. Azyl. Ucieczka. Klitka. Miała być nową Dziuplą, spadkobierczynią tamtego ciepła i istoty domu; domu, który zawsze był dla mnie przystanią. Niezupełnie wyszło. Nie mogło wyjść. Za mało w klitce mnie; za mało zresztą mnie zostało we mnie, żeby przelać w ten kąt trochę czułości. Przepraszam, klitko. Stałaś się narzędziem. Miejscem zamykanym na klucz, okopem na czas wojny. Rzadko odwiedzanym, bo i cóż to za wojna, jeśli żołnierz po służbie popija wódką tabletkę nasenną, żeby przeżyć do następnego dnia, z niemrawą nadzieją, że jak go coś zabije, to bezboweśnie. Taka już zostałaś do dnia, w którym przyszedł K**ś, po raz pierwszy otworzył mi drzwi od środka, stanął w ciepłym prostokącie światła i powiedział "cześć". Nie wiem, co dalej z klitką, ale ta chwila zostanie ze mną na zawsze.
Niezgrabną dłonią próbowałem po wielokroć zacząć pisać historię od nowa. Połamany kontuzjami po karate, nie mogąc znaleźć ujścia dla apatii, nie mogąc znaleźć w sobie i wokół siebie ciszy, zacząłem biegać. Wpierw nieporadnie, mając w pamięci jakże niechlubne bieganie w czasach szkoły podstawowej. Gruby, niezdarny, zawsze na zziajanym końcu. Zaczęło się od śmiesznego programu, który nagradzał moje wysiłki wyświetlając spalone kalorie w postaci owoców. Jednego dnia kilka wisienek. Potem dwa jabłka. Potem banany. Jakiś czas później programowi najwyraźniej skończyły się pomysły - spalenie całego warzywniaka, choć mój wewnętrzny agresor miałby na to ochotę, chyba było mało poprawne politycznie, a ja dopiero zaczynałem się rozkręcać. A jeszcze później było i bieganie sercem, na pohybel tabelkom i programom treningowym, i bieganie według programów, na pohybel ledwie nadążającemu sercu. Kiedy kilka lat później stanąłem… nie; wróć – położyłem się na mecie maratonu (i tak mi już zostało) - śmiałem się w ten szczególny sposób, być może typowy dla maratońskich debiutantów. Po radośnie skrzywdzonej twarzy popłynęło kilka szczęśliwych, wyjątkowo słonych łez. Nie wiem, co dalej z bieganiem, ale ta chwila zostanie ze mną na zawsze.
Niezgrabną dłonią próbowałem po wielokroć zacząć pisać historię od nowa. Może musiał przyjść moment, gdy K**ś zabrał mi ołówek z ręki i skreślił kilka pierwszych słów za mnie. Słów, których nie słyszałem nigdy, od nikogo. Padły na zachłanną glebę. Nie spodziewałem się, że z nadziei może wyrosnąć aż tyle. Może nawet zbyt wiele. Wpadliśmy na siebie z rozpędu naszych mniej lub bardziej oczekiwanych codzienności, wybiliśmy się z ich torów, zaskoczeni, zauroczeni, miłowania głodni jak wilcy, jak to to, co to to, czemu tak pcha. Splątani w gestach, spojrzeniach, jak w naiwnym podręczniku zakochanych. Czy to jest normalne, czy to poważne, czy to pożyteczne? Żołnierz przestał popijać wódką tabletkę nasenną, uklepał ściany okopu, by trochę przyjaźniejsze były. Może więc dobre i pożyteczne. Znowu zaczęło być ważne dawno zapomniane trudne słowo "razem". I znowu to ono może wykoleić dwa na przekór wszystkiemu złączone pociągi. Choć przecież nieważne dokąd się jedzie i po co. Ważne, że r... Odbijamy się w oknie w skośnym dachu, spleceni czymś więcej niż tylko dłońmi. Nie wiem, co dalej z nami, ale ta chwila zostanie ze mną na zawsze.
Navigare necesse est.
środa, 8 czerwca 2011
Czekanie
Czy ja jeszcze potrafię coś napisać? Próbuję, a zatem łudzę się, że tak. Nie bardzo wiem, od czego miałbym zacząć po takiej przerwie. Czuję się wyschnięty. Zwapniały. Jak gdyby przez te pół roku minęło wiele lat. Stworzenie każdego zdania przychodzi mi z trudnością. Palce potykają się o litery; po klawiaturze chodzę o kulach. Nawet tych kilka pierwszych słów, to raczej próba przekonania samego siebie, że w ogóle jest sens. Taki mały sprawdzian podszyty nadzieją, że może coś zaskoczy, jak kiedyś. Że wzdęty balon pęknie i poleją się słowa, trochę szmirowate, trochę bezładne, jak już tyle razy się zdarzało. I przyniosą ulgę.
Siadam tak do białego prostokątu notatnika co kilka dni, ale chęć przelewania uczuć na ekran zniknęła gdzieś wraz z chęcią życia w ogóle. W kalendarzu z Krecikiem, który dostałem od Mojej, pośród prozaicznych "wyślij list do X", "pamiętaj, żeby przesadzić jukę", "zapłać czynsz", piszę co którąś kartkę "czekaj na śmierć". Głupio wygląda taki zapis obok Krteka, który wesoło pedałuje na rowerze załadowanym szczęśliwymi truskawkami, więc omijam strony z rysunkami. Czekam, posłuszny swoim zapiskom. Czekając, po drodze coraz częściej wybucham z byle powodu. Moja znosi te miniaturowe eksplozje; wchłania je. Cierpliwie. Któregoś dnia, jak zwykle zabrałem się do robienia obiadu. Wyjąłem mięso z lodówki i uważnie naostrzyłem nóż o denko kubka z kotkiem. W tej samej chwili zacząłem sobie wyobrażać, jak podcinam... nie, odcinam sobie rękę. Całą lewą dłoń, metodycznie zyndoląc. Poczułem jak od środka zalewa mnie chłód. Zrobiło się bardzo zimno; zimniej niż gdy wychodzi się na mróz bez czapki i z odpiętą kurtką. Gdy Moja weszła do kuchni, trzęsła mi się broda. Zsiniałem; coś bełkotałem, ale telepiąca się żuchwa osłabiała jakość przekazu. Nawet się śmiałem z tego, że jak tak można się rozsypać, i w ogóle. Że bez sensu, taka ciapa, nie facet. I że tyle już różnych rzeczy przeżyłem, a takiej, to jeszcze nigdy. Dała mi procha na sen. Cierpliwie. Piętnaście minut później już spałem jak zabity, zwinięty w krewetkę, a ostatnią rzeczą jaką zobaczyłem przed snem, była płynąca, żółta gęba sympatycznego lwa z filmu "Madagaskar", który dziecko oglądało na cały regulator. (Swoją drogą trochę żałuję, że dziecko woli madagaskary od Dżemu, czy na przykład "Epitafium" Crimsona, bo byłaby to niepowtarzalna okazja, żeby ich posłuchać. Kwestia polega na ogromnej dysproporcji, jaką Moja wykazuje w percepcji głośności: moja muzyka, dowolnie cicho nastawiona, zawsze wymaga przyciszenia, ale bohaterowie kreskówek drący japę na pół bloku i plastikowe zabawki wyjące we wszystkich kolorach tęczy nigdy nie budzą podobnych odruchów).
W chwilach wolnych od odrzynania kończyn gryzę skórki i paznokcie. Bywają tak postrzępione, że żal patrzeć. Któregoś dnia postanowiłem smarować wierzch palców kremem nivea, żeby przypominał o niegryzieniu, a przy okazji trochę je zagoił. Po dwóch dniach przywykłem do jego obecności w ustach, a trzeciego okazał się całkiem smaczny. Tylko cholera, chyba jest kaloryczny, a ja chciałbym jeszcze trochę schudnąć. Śmieję się sam do siebie, gdy to piszę: bo jak to tak: z jednej strony chudnąć, a z drugiej Krecikowe memento mori. Tak jakby wszystkie te przypominajki, zostawiane ze skrupulatnym pominięciem stron z rysunkami, nie zdołały jednak zabić jakichś resztek nadziei wobec nieokreślonej przyszłości, która kryje coś, dla czego warto żyć.
Teoretycznie, wszystko zdążyliśmy już z Moją omówić. Że w ten zakręt nie wejdziemy razem. Że teraz muszę już tylko czekać, aż poprawią się finanse. Więc czekam. Nieraz wydaje mi się, że wyjść jest przecież wiele; że to ja je sztucznie ograniczam. Przyjaciele podpowiadają to i owo, chcą pomóc. Ale ja, uwiązany do jakiejś utopijnej zapewne idei, uparcie idę wraz z nią pod wodę i czekam. Czekam w stanie, który dobrze znam: w codziennej pracy od rana do wieczora, bez sobót i niedziel, jak od wielu lat. Czekam w dziwacznym celibacie; niepełnym, a przez to tym bardziej frustrującym. Kulawym - widać nawet celibat nie może być u nas normalny. Czekam w patrzeniu jak dziecko rośnie i powoli rozumie coraz więcej; obserwuję jak wraz z pojmowaniem pojawia się umiejętność niezrozumienia: dlaczego ojciec nie świergoli do niego i nie cmokta, dlaczego nie świergocze "adisieńka idzie lulka"*? Czekam i obstawiam zakłady, czy doczekam w swym czekaniu do śmierci, czy jednak któregoś dnia coś pęknie; coś większego od nadętego balonu ze słowami, które mogę wylać na pusty prostokąt notatnika.
* "Adam idzie spać" - przyp. tłum.
Siadam tak do białego prostokątu notatnika co kilka dni, ale chęć przelewania uczuć na ekran zniknęła gdzieś wraz z chęcią życia w ogóle. W kalendarzu z Krecikiem, który dostałem od Mojej, pośród prozaicznych "wyślij list do X", "pamiętaj, żeby przesadzić jukę", "zapłać czynsz", piszę co którąś kartkę "czekaj na śmierć". Głupio wygląda taki zapis obok Krteka, który wesoło pedałuje na rowerze załadowanym szczęśliwymi truskawkami, więc omijam strony z rysunkami. Czekam, posłuszny swoim zapiskom. Czekając, po drodze coraz częściej wybucham z byle powodu. Moja znosi te miniaturowe eksplozje; wchłania je. Cierpliwie. Któregoś dnia, jak zwykle zabrałem się do robienia obiadu. Wyjąłem mięso z lodówki i uważnie naostrzyłem nóż o denko kubka z kotkiem. W tej samej chwili zacząłem sobie wyobrażać, jak podcinam... nie, odcinam sobie rękę. Całą lewą dłoń, metodycznie zyndoląc. Poczułem jak od środka zalewa mnie chłód. Zrobiło się bardzo zimno; zimniej niż gdy wychodzi się na mróz bez czapki i z odpiętą kurtką. Gdy Moja weszła do kuchni, trzęsła mi się broda. Zsiniałem; coś bełkotałem, ale telepiąca się żuchwa osłabiała jakość przekazu. Nawet się śmiałem z tego, że jak tak można się rozsypać, i w ogóle. Że bez sensu, taka ciapa, nie facet. I że tyle już różnych rzeczy przeżyłem, a takiej, to jeszcze nigdy. Dała mi procha na sen. Cierpliwie. Piętnaście minut później już spałem jak zabity, zwinięty w krewetkę, a ostatnią rzeczą jaką zobaczyłem przed snem, była płynąca, żółta gęba sympatycznego lwa z filmu "Madagaskar", który dziecko oglądało na cały regulator. (Swoją drogą trochę żałuję, że dziecko woli madagaskary od Dżemu, czy na przykład "Epitafium" Crimsona, bo byłaby to niepowtarzalna okazja, żeby ich posłuchać. Kwestia polega na ogromnej dysproporcji, jaką Moja wykazuje w percepcji głośności: moja muzyka, dowolnie cicho nastawiona, zawsze wymaga przyciszenia, ale bohaterowie kreskówek drący japę na pół bloku i plastikowe zabawki wyjące we wszystkich kolorach tęczy nigdy nie budzą podobnych odruchów).
W chwilach wolnych od odrzynania kończyn gryzę skórki i paznokcie. Bywają tak postrzępione, że żal patrzeć. Któregoś dnia postanowiłem smarować wierzch palców kremem nivea, żeby przypominał o niegryzieniu, a przy okazji trochę je zagoił. Po dwóch dniach przywykłem do jego obecności w ustach, a trzeciego okazał się całkiem smaczny. Tylko cholera, chyba jest kaloryczny, a ja chciałbym jeszcze trochę schudnąć. Śmieję się sam do siebie, gdy to piszę: bo jak to tak: z jednej strony chudnąć, a z drugiej Krecikowe memento mori. Tak jakby wszystkie te przypominajki, zostawiane ze skrupulatnym pominięciem stron z rysunkami, nie zdołały jednak zabić jakichś resztek nadziei wobec nieokreślonej przyszłości, która kryje coś, dla czego warto żyć.
Teoretycznie, wszystko zdążyliśmy już z Moją omówić. Że w ten zakręt nie wejdziemy razem. Że teraz muszę już tylko czekać, aż poprawią się finanse. Więc czekam. Nieraz wydaje mi się, że wyjść jest przecież wiele; że to ja je sztucznie ograniczam. Przyjaciele podpowiadają to i owo, chcą pomóc. Ale ja, uwiązany do jakiejś utopijnej zapewne idei, uparcie idę wraz z nią pod wodę i czekam. Czekam w stanie, który dobrze znam: w codziennej pracy od rana do wieczora, bez sobót i niedziel, jak od wielu lat. Czekam w dziwacznym celibacie; niepełnym, a przez to tym bardziej frustrującym. Kulawym - widać nawet celibat nie może być u nas normalny. Czekam w patrzeniu jak dziecko rośnie i powoli rozumie coraz więcej; obserwuję jak wraz z pojmowaniem pojawia się umiejętność niezrozumienia: dlaczego ojciec nie świergoli do niego i nie cmokta, dlaczego nie świergocze "adisieńka idzie lulka"*? Czekam i obstawiam zakłady, czy doczekam w swym czekaniu do śmierci, czy jednak któregoś dnia coś pęknie; coś większego od nadętego balonu ze słowami, które mogę wylać na pusty prostokąt notatnika.
* "Adam idzie spać" - przyp. tłum.
czwartek, 11 listopada 2010
Piosenka
Obudziłem się z tym rodzajem mdłego zimno-ciepła, które oblepia wnętrzności po niespokojnym śnie. Nadal śpiący ja zapytał obudzonego mnie: "Dlaczego mam tak odrętwiałe nogi, skoro strzelała w klatę?". "To znaczy, chodzi ci o miejsce, gdzie prawdziwi faceci mają klatę, tak?" - odpowiedziałem sobie w myślach na dowód wracającej przytomności. Rzut okiem przez prawe ramię rozwiązał zagadkę zdrętwiałych nóg: siedem kilo szarej sierści, to wcale nie tak mało, jeśli przemnożyć je przez godzinę i ułożyć na łydce. Obróciłem się, by strząsnąć ów niewygodny grzejnik, który spojrzał z rozczarowaniem: "tak krótko?" - i przy okazji wygoniłem spod koca zaduch trawionego alkoholu. Nie trzeba do mnie strzelać - skrzywiłem się z niesmakiem - sam hoduję w sobie małą śmierć; podlewam wódką, żeby żwawiej rosła i na ołatrzyku z obleśniejącego ciała kadzę jej fajczanym dymem. Jak tak dalej pójdzie, nie zdążę się nawet rozwieść, a co dopiero wrócić do siebie, gdziekolwiek by to nie było. Tylko czy jest po co... we śnie byłem z jakąś inną kobietą, w innym miejscu czasu i przestrzeni. Na wieść o jej ciąży desperacko sięgam po broń, ona też. Celujemy - ja w brzuch, ona w serce. I żadne z nas nie może trafić.
Co ja to miałem... ach tak. Zdrzemnąć się i iść do sklepu. Co prawda leje jak z cebra, ale może to i lepiej. Machinalnie wziąłem od Mojej kartkę z listą zakupów, dopisałem parę (czyt. dwa) drobiazgów (czyt. piwa) i zanim się spostrzegłem, wędrowałem moknącym chodnikiem, upstrzonym mniej lub bardziej zdewastowanymi kawałkami dżdżownic o różnym stopniu funkcjonalności. Pod nieobecność jeszcze nie całkiem przytomnej świadomości, zaabsorbowanej wytyczaniem skomplikowanych trajektorii stóp między nieszczęsnymi stworzeniami, jakaś część mózgu uwolniona z uwarunkowań społeczno-kulturowych zaczęła śpiewać naprędce układaną piosenkę. Najpierw po cichu, potem coraz głośniej, a po chwili nawet dalsza okolica wcale nie musiała zanadto nadstawiać uszu, by się dowiedzieć, że
małe dżdżownice wyłażą spod liści
i chcą przejść na drugą stronę,
lecz o dżdżowniczych tych pragnieniach
nie wiedzą kierowcy i motocykliści,
którzy zamieniają je w eksperymenty
z odrastaniem i regeneracją;
mielonka z przyziemnych marzeń,
hurt, detal, ulica włókniarzy...
ciekawe, czy taka połówka dżdżownicy
po całej sobie odziedziczyła
tamte pragnienia; czy nadal pamięta,
o czym marzyła
mielonka z przyziemnych marzeń,
hurt, detal, ulica włókniarzy...
lalala.
Zorientowałem się, że jestem w miejscu-nie-lalala dopiero w chwili gdy minął mnie jakiś mocno zdziwiony facet na rowerze. Jako bodziec nieco większy i szybszy od dżdżownicy, a nawet kilku, docucił półprzytomną świadomość i zamknął mi gębę. No właśnie, czy marzenia odrastają jeśli się je... no, może niekoniecznie rozjedzie samochodem, ale przetnie na pół? Każdej połówce? Czy na przykład jedna schnie i obumiera, a druga kwitnie? Problem przerósł moje zdolności analityczne, więc włożyłem słuchawki do uszu, żeby zagłuszyć natrętne myśli, a muzyka z "Władcy pierścieni" w jednej chwili rzuciła mnie z ponurego miasta gdzieś na zielone łąki Walii albo Nowej Zelandii. Co prawda tam też padało - umiejętność wyłączania upierdliwych bodźców zewnętrznych, to najwyraźniej kolejny stopień wtajemniczenia w sztuce zamyślania się (w każdym razie jeszcze go nie opanowałem) - ale było pięknie. Pagórzaście, zielono, miękko, lekko, tajemniczo. Wyobraziłem sobie, że po całym dniu wędrówki siadam z przyjaciółmi do stołu w jakiejś gospodzie. Ktoś wyciąga gitarę, ktoś fajkę. Pijemy piwo, opowiadamy przygody z całego dnia. Jesteśmy tak najzwyczajniej w świecie szczęśliwi.
Jeśli tak miałby wyglądać tamten świat; inny świat ("czemuż lepszego nie ma świata?"), chętnie zboczyłbym wprost pod nadjeżdżającą ciężarówkę. Ciężarówkę?! No tak. Przecież stoję przed skrzyżowaniem. Nie wiem, jak długo. Mam wrażenie, że od kilku lat.
Co ja to miałem... ach tak. Zdrzemnąć się i iść do sklepu. Co prawda leje jak z cebra, ale może to i lepiej. Machinalnie wziąłem od Mojej kartkę z listą zakupów, dopisałem parę (czyt. dwa) drobiazgów (czyt. piwa) i zanim się spostrzegłem, wędrowałem moknącym chodnikiem, upstrzonym mniej lub bardziej zdewastowanymi kawałkami dżdżownic o różnym stopniu funkcjonalności. Pod nieobecność jeszcze nie całkiem przytomnej świadomości, zaabsorbowanej wytyczaniem skomplikowanych trajektorii stóp między nieszczęsnymi stworzeniami, jakaś część mózgu uwolniona z uwarunkowań społeczno-kulturowych zaczęła śpiewać naprędce układaną piosenkę. Najpierw po cichu, potem coraz głośniej, a po chwili nawet dalsza okolica wcale nie musiała zanadto nadstawiać uszu, by się dowiedzieć, że
małe dżdżownice wyłażą spod liści
i chcą przejść na drugą stronę,
lecz o dżdżowniczych tych pragnieniach
nie wiedzą kierowcy i motocykliści,
którzy zamieniają je w eksperymenty
z odrastaniem i regeneracją;
mielonka z przyziemnych marzeń,
hurt, detal, ulica włókniarzy...
ciekawe, czy taka połówka dżdżownicy
po całej sobie odziedziczyła
tamte pragnienia; czy nadal pamięta,
o czym marzyła
mielonka z przyziemnych marzeń,
hurt, detal, ulica włókniarzy...
lalala.
Zorientowałem się, że jestem w miejscu-nie-lalala dopiero w chwili gdy minął mnie jakiś mocno zdziwiony facet na rowerze. Jako bodziec nieco większy i szybszy od dżdżownicy, a nawet kilku, docucił półprzytomną świadomość i zamknął mi gębę. No właśnie, czy marzenia odrastają jeśli się je... no, może niekoniecznie rozjedzie samochodem, ale przetnie na pół? Każdej połówce? Czy na przykład jedna schnie i obumiera, a druga kwitnie? Problem przerósł moje zdolności analityczne, więc włożyłem słuchawki do uszu, żeby zagłuszyć natrętne myśli, a muzyka z "Władcy pierścieni" w jednej chwili rzuciła mnie z ponurego miasta gdzieś na zielone łąki Walii albo Nowej Zelandii. Co prawda tam też padało - umiejętność wyłączania upierdliwych bodźców zewnętrznych, to najwyraźniej kolejny stopień wtajemniczenia w sztuce zamyślania się (w każdym razie jeszcze go nie opanowałem) - ale było pięknie. Pagórzaście, zielono, miękko, lekko, tajemniczo. Wyobraziłem sobie, że po całym dniu wędrówki siadam z przyjaciółmi do stołu w jakiejś gospodzie. Ktoś wyciąga gitarę, ktoś fajkę. Pijemy piwo, opowiadamy przygody z całego dnia. Jesteśmy tak najzwyczajniej w świecie szczęśliwi.
Jeśli tak miałby wyglądać tamten świat; inny świat ("czemuż lepszego nie ma świata?"), chętnie zboczyłbym wprost pod nadjeżdżającą ciężarówkę. Ciężarówkę?! No tak. Przecież stoję przed skrzyżowaniem. Nie wiem, jak długo. Mam wrażenie, że od kilku lat.
poniedziałek, 4 października 2010
Letarg
Napisałbym, że mam wrażenie, że życie wycieka mi przez jakąś dziurkę, której nie umiem namierzyć i zatkać. Pewnie byłoby w tym sporo prawdy, bo rzeczywiście tak czuję, tylko w zasadzie co to zmieni? Może napiszę raczej, że wczorajszy dzień po raz kolejny upłynął mi pod znakiem "KKK", czyli Kreatywna Księgowość Kwitnie. Większość przelewów pomiędzy własnymi rachunkami, udającymi - dzięki rozlicznym produktom nowoczesnej bankowości - że wciąż są na nich jakieś pieniądze, tytułuję "Zasilenie konta". Traf chciał, że tym razem zapomniałem literki "t". W sumie racja - mruknąłem, spostrzegłszy pomyłkę. Najwyraźniej całe życie będę musiał spłacać jakieś długi. Założę się, że nawet w piątek ktoś po coś przyjdzie. Tym razem muszę jakimś cudem oddać pieniądze, które pożyczyłem od rodziców Mojej przed remontem mieszkania. Banki niespecjalnie kwapią się do czynienia cudów przed takim gościem jak ja, który - z braku stałej umowy o pracę - nie istnieje dla Systemu, więc człapię od jednego do drugiego jak nowoczesny żebrak uwikłany w cyfrową epokę. Kreator tworów spod znaku obgryzionego jabłka z pewnością ma produkt dla takich jak ja - iBeg, czy inny taki. Pełen niewesołych myśli idę więc do świątyni komercji, do oddziału kolejnego banku. Na szybach i reklamach mijam krzyczące czerwienią oferty ekonta, ezakupów i epapierosa. Mijam je bez emocji, lecz gdy na kolejnej planszy dostrzegam napis zaczynający się od słowa epicka, z niekłamanym zaciekawieniem przyspieszam kroku. Niestety, chodzi tylko o jakąś opowieść; najwyraźniej jestem do tyłu z filmami. Szkoda. To mogłoby być ciekawe rozwiązanie na przyszłość.
A jednak mały cud się zdarzył. Dostałem kredyt; co prawda tylko na połowę kwoty, ale to zawsze o połowę lepsze, niż nic. Nie wiem jeszcze, skąd wezmę drugą. Może nie będę spał, tylko pracował? Tym bardziej, że sen już od dawna nie sprawia mi przyjemności. Kiedyś uwielbiałem siedzieć do drugiej, trzeciej w nocy. Kocham noc. Wtedy najpiękniej się pisze, najciekawiej dłubie w pikselach. Tylko jak siedzieć do drugiej, skoro o szóstej trzydzieści ktoś drze pysk i wali ci plastikowym klockiem nad uchem, a ktoś inny mówi "ooo... widzisz, tatuś TEŻ się JUŻ obudził, powiedz tatusiowi dzień dobry!". Sratuś. Gdzieś na historycznych zdjęciach widziałem takie pękate bomby z różnymi napisami. Prócz "NaszBógWaszemuZapłać" jakieś z "dzień dobry" też chyba były. To ja poproszę jedną. Że przy okazji zdejmie mnie? Trudno. Choć od jakiegoś czasu panicznie boję się śmierci. Będąc na cmentarzu, odruchowo kalkuluję w pamięci średnią wieku mężczyzn z grobów (z litości dla siebie pomijam motocyklistów i pechowców) i liczę, ile czwartków mi jeszcze zostało. Mało. Zastanawiam się, co jeszcze zdążę zrobić z tego, co zaplanowałem, gdy uda mi się ocknąć z tego letargu. Na niektóre rzeczy już będzie za późno. Budzę się w nocy słysząc walenie serca i niemal namacalnie odczuwam jak krew przeciska się przez żyły; mam wrażenie, że robi to coraz wolniej, coraz bardziej niechętnie i zaczynam trząść się w panice: "Jak to, to już wszystko? Już nic się nie wydarzy? Żadnej magii? Codzienna harówa w imieniu spłacania haraczy, w akompaniamencie wrzasku wiecznie skrzywionej, niezadowolonej gęby? To już z górki?".
Chciałbym wierzyć, że - jeśli powiedzie się mój plan - suma szczęść osobnych będzie większa, niż skomplikowany rachunek różniczkowy szczęścia wspólnego. Że za horyzontem bieżących zdarzeń jest coś jeszcze. I znów ten głupi lęk o Nic. Nie dziwię się ludziom, że wynaleźli religie, które pomagają zapełnić pustkę niezrozumienia. Nie potrafię, a też bym tak chciał: wetknąć szczelny szpunt w miejsce, z którego wyłażą strasznie denerwujące myśli w rodzaju "A co po?" na równi z "A po co?"; znacznie trudniejsze do oswojenia, niż swojskie "co po A?", na które odpowiedź poznajemy na początku podstawówki. Zresztą; większości ta jedna wystarcza.
Patrzę na Kota. To co, kiedy idziemy? Przecież nie zostaniesz tu całkiem sam, jak w piosence. Strasznie szkoda, że Potem, w czwartek, nie można iść dokądś, tylko całkiem donikąd i bez prawa powrotu.
A jednak mały cud się zdarzył. Dostałem kredyt; co prawda tylko na połowę kwoty, ale to zawsze o połowę lepsze, niż nic. Nie wiem jeszcze, skąd wezmę drugą. Może nie będę spał, tylko pracował? Tym bardziej, że sen już od dawna nie sprawia mi przyjemności. Kiedyś uwielbiałem siedzieć do drugiej, trzeciej w nocy. Kocham noc. Wtedy najpiękniej się pisze, najciekawiej dłubie w pikselach. Tylko jak siedzieć do drugiej, skoro o szóstej trzydzieści ktoś drze pysk i wali ci plastikowym klockiem nad uchem, a ktoś inny mówi "ooo... widzisz, tatuś TEŻ się JUŻ obudził, powiedz tatusiowi dzień dobry!". Sratuś. Gdzieś na historycznych zdjęciach widziałem takie pękate bomby z różnymi napisami. Prócz "NaszBógWaszemuZapłać" jakieś z "dzień dobry" też chyba były. To ja poproszę jedną. Że przy okazji zdejmie mnie? Trudno. Choć od jakiegoś czasu panicznie boję się śmierci. Będąc na cmentarzu, odruchowo kalkuluję w pamięci średnią wieku mężczyzn z grobów (z litości dla siebie pomijam motocyklistów i pechowców) i liczę, ile czwartków mi jeszcze zostało. Mało. Zastanawiam się, co jeszcze zdążę zrobić z tego, co zaplanowałem, gdy uda mi się ocknąć z tego letargu. Na niektóre rzeczy już będzie za późno. Budzę się w nocy słysząc walenie serca i niemal namacalnie odczuwam jak krew przeciska się przez żyły; mam wrażenie, że robi to coraz wolniej, coraz bardziej niechętnie i zaczynam trząść się w panice: "Jak to, to już wszystko? Już nic się nie wydarzy? Żadnej magii? Codzienna harówa w imieniu spłacania haraczy, w akompaniamencie wrzasku wiecznie skrzywionej, niezadowolonej gęby? To już z górki?".
Chciałbym wierzyć, że - jeśli powiedzie się mój plan - suma szczęść osobnych będzie większa, niż skomplikowany rachunek różniczkowy szczęścia wspólnego. Że za horyzontem bieżących zdarzeń jest coś jeszcze. I znów ten głupi lęk o Nic. Nie dziwię się ludziom, że wynaleźli religie, które pomagają zapełnić pustkę niezrozumienia. Nie potrafię, a też bym tak chciał: wetknąć szczelny szpunt w miejsce, z którego wyłażą strasznie denerwujące myśli w rodzaju "A co po?" na równi z "A po co?"; znacznie trudniejsze do oswojenia, niż swojskie "co po A?", na które odpowiedź poznajemy na początku podstawówki. Zresztą; większości ta jedna wystarcza.
Patrzę na Kota. To co, kiedy idziemy? Przecież nie zostaniesz tu całkiem sam, jak w piosence. Strasznie szkoda, że Potem, w czwartek, nie można iść dokądś, tylko całkiem donikąd i bez prawa powrotu.
sobota, 1 maja 2010
Poświęconka
"Pójdziemy razem ze święconką?". Pytanie zaskwierczało i spłynęło po mnie z odrazą. Miałem już coś powiedzieć, ale usłyszałem w Jej głosie zmęczenie. Zamknąłem więc szczelnie twarz i wijąc się, poszedłem. Gdy dotarliśmy na miejsce, wymknąłem się z siebie na chwilę i stanąłem obok, patrząc uważnie. Z zielonym spacerowym wózeczkiem z zawartością, pod kościółkiem, z koszyczkiem i błyszczącą na paluszku obrączką wyglądam słodko. Szczególnie jak na ateistę z chronicznym urazem do dzieci, tudzież osobnika o dość zdystansowanym, delikatnie mówiąc, stosunku do instytucji małżeństwa, że nie wspomnę o Kk. W zasadzie powinienem sobie jeszcze powiesić na szyi tekturkę z napisem "co jeszcze mogę dla was zrobić?". W imię dopasowywania się do ogólnie panujących standardów, rzecz jasna.
(...)
Ten i inne początki blogowych wpisów, które nigdy nie zaistniały do końca, walają się po pulpicie. Przeganiam je kursorem z kąta w kąt, wreszcie wyrzucam na wysypisko niewypowiedzianych myśli, tuż obok autostrady pospiesznych skojarzeń. Do pisania potrzebny jest Spokój. Ja w ogóle kocham Spokój. Wielbię go całym sercem, niestety bez wzajemności. Odnoszę wrażenie, że Spokój dla zabawy podpisał na mnie umowę z Losem, w obecności Złośliwego Przypadku.
Od kilku dni mieszkamy "razem". Kupiłem sobie duże, solidne zatyczki do uszu, żeby móc jakoś pracować. Pomyślałem, że kto jak kto, ale firma 3M powinna poradzić sobie z Mazgajstwem, Mordoprujstwem i Miaukoleniem. Niestety, wymienione efekty akustyczne sobie tylko znanym sposobem przedostają się przez zamknięte drzwi, pokonują słuchawki założone na zatyczki i odbijają echem po zmęczonej czaszce. Pół biedy, dopóki pracowałem nad słowem pisanym. Podczas tłumaczenia ze słuchu, z bliżej nieokreślonych przyczyn system z zatyczkami sprawdza się nieco gorzej. Ponadto, w ciągu owych kilku dni wprowadzono zakaz parzenia kawy w ekspresie o określonych porach, bo ekspres hałasuje. O możliwość zapalenia aromatycznej fajki we własnym pokoju stoczyłem średniej wielkości potyczkę. Przez trzy czwarte dnia dziecko i jego klocki zajmują honorową pozycję na środku wersalki - jedynego sprzętu, oprócz podłogi, na którym można się na chwilę położyć, żeby odpocząć od monitora, a wszystko, co jest w zasięgu przylg, nieustannie noszonych przez Moją z miejsca na miejsce, przeistoczyło się w potencjalną zabawkę. Do grona zabawek dołączył mój ulubiony, ceramiczny przyczłap na lodówkę, przywieziony z mojej jedynej zagranicznej wycieczki, a który w nieznanych okolicznościach zajął drugie miejsce w zderzeniu z podłogą. Podzielony na kilka mniejszych przyczłapów podoba mi się znacznie mniej od oryginału. I to wszystko w ciągu czterech dni. Złośliwy Przypadek dostaje kolki ze śmiechu.
(...)
Niedawno zachorował pies rodziców Mojej. Duże zwierzę, duża choroba. Pojechaliśmy do weterynarza, ja z tyłu, na kipie, trzymając biednego czworonoga, który koniecznie postanowił stać o własnych łapach, pomimo wycieńczenia i strachu. W którymś momencie z wysiłku puściły zwieracze, a rzeczony wysiłek nadał odrzutowi nader interesujący kierunek i prędkość. Bywa i tak, że znane słowo - na przykład KAŁasznikow - nabiera całkiem nowego znaczenia. Zacisnąłem szczęki na wyrywającym się ze mnie pawiu i jakoś dojechałem, licząc w myślach światła i zakręty. Patrząc na moje próby doszorowania się, Moja śmiała się później, że skoro - wedle starego przesądu - wdepnięcie w produkty przemiany materii przynosi szczęście, to dziś musowo powinienem zagrać w Lotto. Zagrałem. Trafiłem dwie liczby. Podobno Złośliwy Przypadek założył się z Losem, czy mam szanse na "trójkę" przy pterodaktylu z ciężkim rozwolnieniem.
(...)
Ten i inne początki blogowych wpisów, które nigdy nie zaistniały do końca, walają się po pulpicie. Przeganiam je kursorem z kąta w kąt, wreszcie wyrzucam na wysypisko niewypowiedzianych myśli, tuż obok autostrady pospiesznych skojarzeń. Do pisania potrzebny jest Spokój. Ja w ogóle kocham Spokój. Wielbię go całym sercem, niestety bez wzajemności. Odnoszę wrażenie, że Spokój dla zabawy podpisał na mnie umowę z Losem, w obecności Złośliwego Przypadku.
Od kilku dni mieszkamy "razem". Kupiłem sobie duże, solidne zatyczki do uszu, żeby móc jakoś pracować. Pomyślałem, że kto jak kto, ale firma 3M powinna poradzić sobie z Mazgajstwem, Mordoprujstwem i Miaukoleniem. Niestety, wymienione efekty akustyczne sobie tylko znanym sposobem przedostają się przez zamknięte drzwi, pokonują słuchawki założone na zatyczki i odbijają echem po zmęczonej czaszce. Pół biedy, dopóki pracowałem nad słowem pisanym. Podczas tłumaczenia ze słuchu, z bliżej nieokreślonych przyczyn system z zatyczkami sprawdza się nieco gorzej. Ponadto, w ciągu owych kilku dni wprowadzono zakaz parzenia kawy w ekspresie o określonych porach, bo ekspres hałasuje. O możliwość zapalenia aromatycznej fajki we własnym pokoju stoczyłem średniej wielkości potyczkę. Przez trzy czwarte dnia dziecko i jego klocki zajmują honorową pozycję na środku wersalki - jedynego sprzętu, oprócz podłogi, na którym można się na chwilę położyć, żeby odpocząć od monitora, a wszystko, co jest w zasięgu przylg, nieustannie noszonych przez Moją z miejsca na miejsce, przeistoczyło się w potencjalną zabawkę. Do grona zabawek dołączył mój ulubiony, ceramiczny przyczłap na lodówkę, przywieziony z mojej jedynej zagranicznej wycieczki, a który w nieznanych okolicznościach zajął drugie miejsce w zderzeniu z podłogą. Podzielony na kilka mniejszych przyczłapów podoba mi się znacznie mniej od oryginału. I to wszystko w ciągu czterech dni. Złośliwy Przypadek dostaje kolki ze śmiechu.
(...)
Niedawno zachorował pies rodziców Mojej. Duże zwierzę, duża choroba. Pojechaliśmy do weterynarza, ja z tyłu, na kipie, trzymając biednego czworonoga, który koniecznie postanowił stać o własnych łapach, pomimo wycieńczenia i strachu. W którymś momencie z wysiłku puściły zwieracze, a rzeczony wysiłek nadał odrzutowi nader interesujący kierunek i prędkość. Bywa i tak, że znane słowo - na przykład KAŁasznikow - nabiera całkiem nowego znaczenia. Zacisnąłem szczęki na wyrywającym się ze mnie pawiu i jakoś dojechałem, licząc w myślach światła i zakręty. Patrząc na moje próby doszorowania się, Moja śmiała się później, że skoro - wedle starego przesądu - wdepnięcie w produkty przemiany materii przynosi szczęście, to dziś musowo powinienem zagrać w Lotto. Zagrałem. Trafiłem dwie liczby. Podobno Złośliwy Przypadek założył się z Losem, czy mam szanse na "trójkę" przy pterodaktylu z ciężkim rozwolnieniem.
niedziela, 14 lutego 2010
Solarium
"Ciarki mnie przechodzą jak zdejmujesz spodnie" - mówi Moja, z niedowierzaniem patrząc na moje nogi. Niestety. "Fkoda, sze fszepa sze asz fak foszfiensiś, szefy szoś fakiego uszłyfeś" - bełkocę przez zagryziony do bólu sweter, gdy lodowato zimna, biała pianka ląduje mi na udach, łydkach i brzuchu.
Czasami człowiek huknie coś, czego potem mocno żałuje, choć na pozór wydaje się to bardzo niewinne - bo i cóż może być podejrzanego w słowach: "Ależ mnie telepie, 15 stopni wewnątrz, minus tyleż na zewnątrz, może bym do solarium poszedł, sto lat nie byłem". Słysząc to, brat Mojej, który w odróżnieniu ode mnie uwielbia się opalać, szybko podchwytuje temat - "O rany, ja też chcę, a nigdy jeszcze nie próbowałem! Chodź, to mi pokażesz co i jak". No, to poszliśmy. Ja, jako weteran - w końcu to już chyba trzeci raz w życiu - zaordynowałem sobie 8 minut i mocniejsze lampy, jemu poradziłem słabsze i krótszy czas. Jakaś nastoletnia solarianka ustawiła wszystko, no i hop. Dalszy ciąg tej urzekającej historii z punktu widzenia brata wyglądał następująco: "Proszę pani, ale tu nic nie świeci". "Jak to nie świeci, przecież wszystko wstukałam. Rzeczywiście nie świeci... może źle wpisałam minuty, dodam je jeszcze raz". "Ale proszę pani, nadal nie świeci". "Cholera, faktycznie; proszę zaczekać... o, teraz dobrze dodałam". Za trzecim razem zaświeciło... a teraz moi drodzy, mam dla was zagadkę: do kogo, do stu tysięcy zapiekanek, poszły tamte źle wstukane minuty?
Siedzę przed monitorem i marzę o wielkim ruchomym futerale, wyłożonym od wewnątrz grubym futrem, w który mógłbym się wcisnąć. Taki futerał przesuwałby się w górę i w dół, w górę i w dół, drapiąc mnie całego. Futerału nie ma, muszę więc zadowolić się manualnym drapaniem. Zimno, ale nie będę już ryzykował żadnych inicjatyw na rozgrzewkę. Nawet na zwykłą zapalniczkę patrzę z dużą rezerwą - a nuż w promocji zamieni się w miotacz płomieni? Mam chyba najsłabiej dogrzany pokój w tym dziwnym domu, w którym zawsze czułem się obco. Zauważyłem, że przy 14 stopniach strasznie marzną palce. Kątem oka patrzę na ukochane, zamarznięte bonsai, które nie wytrzymało pobytu w tym klimacie. Umarło. Nie wyrzucam, od miesięcy mam nadzieję, że na szarym kikucie pojawi się mały, zielony listek. Na szczęście juka się trzyma. Odkładam klawiaturę* i ogrzewam lewą, a potem prawą dłoń nad świeczką, którą zapalam sobie na biurku, by stworzyć choćby pozory cieplejszej aury. Dni wypełnione oczekiwaniem na koniec remontu nowego mieszkania dłużą się w nieskończoność. Należą do jakiegoś nie-mojego nie-życia, dziwnej wegetacji podczas której na wpół sennie usiłuję wykonywać wyuczone czynności. O tym, że minął kolejny miesiąc, dowiaduję się ze słoiczków z żarciem dla dziecka, na których wydrukowano kolorowe, wesołe numerki.
Zza drzwi dobiega mnie mamusine świergolenie. Wiem, że Moja teraz jest Matką. Wcześniej była Córką. Czy gdzieś po drodze, w ciągu tych kilkunastu spędzonych wspólnie lat, była po prostu Moją? Możliwe. Możliwe, że tego nie zauważyłem, próbując za wszelką cenę wyjść z życiowych zakrętów na prostą i podświadomie oczekując czegoś lub kogoś zupełnie innego, kiedy owa prosta wreszcie pojawi się na horyzoncie. Formuła Matki powoli będzie zużywała się z biegiem czasu i dorastaniem dziecka, a Moja za jakiś czas na powrót stanie się Córką - przecież rodzice na pewno będą wymagali opieki. Dlaczego nie umiem pogodzić się ze swoim miejscem w tej układance, w które inni mężczyźni mniej lub bardziej dziarsko wskakują?
Obecność dziecka sprawia, że odruchowo się cofam. Zapieram się i walczę, lecz ono bez wysiłku pcha mnie w stronę szarej, mdłej rzeczywistości, w której nie stanie się nic, aż do końca. Uniwersytet Rodzinny, Katedra Tatolenia. Siedzę w wielkiej sali, na wykładzie prowadzonym przez niemowlaki na różnych etapach rozwoju. Wrzask i porykiwania niosą echem na całą aulę, szczelnie wypełnioną pilnie notującymi, zasłuchanymi tatusiami. Potakują, poprawiają notatki, wymieniają uwagi; na ochotnika, albo wywołani zgłaszają się do przewijania i karmienia. Potem idą na zajęcia z kupowania rampersików i zupek, dowiadują się jak z właściwym akcentem mówić "hop, lala", jak radośnie poświęcać ostatnie niewypełnione pracą godziny na współprzeżywanie wyrzynania ząbków i jak z gracją wyciągać kolejne banknoty z portfela. Końcowy egzamin opiewa na wykonanie trzech rzeczy, którym musi sprostać Prawdziwy Mężczyzna. Nienawidzę ściągać, więc szybko oddaję swoją pracę - w pozycji dom wpisano: "mieszkanie, ale na kredyt", w pozycji drzewo: "bonsai, ale...", w pozycji syn: "ale...". Dzieciak zanosi się głośnym rykiem; źle, niedobrze! Dzielni tatusiowie gwiżdżą, kiwają z politowaniem głowami, uśmiechają się z pogardą. Próbuję tłumaczyć, ale nikt nie słucha. Jak można nie zdać takiego egzaminu! W moją stronę lecą pozgniatane naprędce papierowe kule, oganiam się od nich, ale trafiają zadziwiająco mocno. Auć! Otwieram oczy i drapię się gdzie popadnie. No, nieźle mnie pogrzało.
* Ma spację. Jeszcze. Dostałem kiedyś w prezencie miniaturową klawiaturę z bardzo dziwnym układem klawiszy, w wersji belgijskiej, z jakimiś tajemnymi znaczkami... Powiedzmy, że denerwuje mnie tylko trochę, ale nową kupię nie wcześniej, niż odpokutuję na niej za poprzednią. No, to zdrowie.
Czasami człowiek huknie coś, czego potem mocno żałuje, choć na pozór wydaje się to bardzo niewinne - bo i cóż może być podejrzanego w słowach: "Ależ mnie telepie, 15 stopni wewnątrz, minus tyleż na zewnątrz, może bym do solarium poszedł, sto lat nie byłem". Słysząc to, brat Mojej, który w odróżnieniu ode mnie uwielbia się opalać, szybko podchwytuje temat - "O rany, ja też chcę, a nigdy jeszcze nie próbowałem! Chodź, to mi pokażesz co i jak". No, to poszliśmy. Ja, jako weteran - w końcu to już chyba trzeci raz w życiu - zaordynowałem sobie 8 minut i mocniejsze lampy, jemu poradziłem słabsze i krótszy czas. Jakaś nastoletnia solarianka ustawiła wszystko, no i hop. Dalszy ciąg tej urzekającej historii z punktu widzenia brata wyglądał następująco: "Proszę pani, ale tu nic nie świeci". "Jak to nie świeci, przecież wszystko wstukałam. Rzeczywiście nie świeci... może źle wpisałam minuty, dodam je jeszcze raz". "Ale proszę pani, nadal nie świeci". "Cholera, faktycznie; proszę zaczekać... o, teraz dobrze dodałam". Za trzecim razem zaświeciło... a teraz moi drodzy, mam dla was zagadkę: do kogo, do stu tysięcy zapiekanek, poszły tamte źle wstukane minuty?
Siedzę przed monitorem i marzę o wielkim ruchomym futerale, wyłożonym od wewnątrz grubym futrem, w który mógłbym się wcisnąć. Taki futerał przesuwałby się w górę i w dół, w górę i w dół, drapiąc mnie całego. Futerału nie ma, muszę więc zadowolić się manualnym drapaniem. Zimno, ale nie będę już ryzykował żadnych inicjatyw na rozgrzewkę. Nawet na zwykłą zapalniczkę patrzę z dużą rezerwą - a nuż w promocji zamieni się w miotacz płomieni? Mam chyba najsłabiej dogrzany pokój w tym dziwnym domu, w którym zawsze czułem się obco. Zauważyłem, że przy 14 stopniach strasznie marzną palce. Kątem oka patrzę na ukochane, zamarznięte bonsai, które nie wytrzymało pobytu w tym klimacie. Umarło. Nie wyrzucam, od miesięcy mam nadzieję, że na szarym kikucie pojawi się mały, zielony listek. Na szczęście juka się trzyma. Odkładam klawiaturę* i ogrzewam lewą, a potem prawą dłoń nad świeczką, którą zapalam sobie na biurku, by stworzyć choćby pozory cieplejszej aury. Dni wypełnione oczekiwaniem na koniec remontu nowego mieszkania dłużą się w nieskończoność. Należą do jakiegoś nie-mojego nie-życia, dziwnej wegetacji podczas której na wpół sennie usiłuję wykonywać wyuczone czynności. O tym, że minął kolejny miesiąc, dowiaduję się ze słoiczków z żarciem dla dziecka, na których wydrukowano kolorowe, wesołe numerki.
Zza drzwi dobiega mnie mamusine świergolenie. Wiem, że Moja teraz jest Matką. Wcześniej była Córką. Czy gdzieś po drodze, w ciągu tych kilkunastu spędzonych wspólnie lat, była po prostu Moją? Możliwe. Możliwe, że tego nie zauważyłem, próbując za wszelką cenę wyjść z życiowych zakrętów na prostą i podświadomie oczekując czegoś lub kogoś zupełnie innego, kiedy owa prosta wreszcie pojawi się na horyzoncie. Formuła Matki powoli będzie zużywała się z biegiem czasu i dorastaniem dziecka, a Moja za jakiś czas na powrót stanie się Córką - przecież rodzice na pewno będą wymagali opieki. Dlaczego nie umiem pogodzić się ze swoim miejscem w tej układance, w które inni mężczyźni mniej lub bardziej dziarsko wskakują?
Obecność dziecka sprawia, że odruchowo się cofam. Zapieram się i walczę, lecz ono bez wysiłku pcha mnie w stronę szarej, mdłej rzeczywistości, w której nie stanie się nic, aż do końca. Uniwersytet Rodzinny, Katedra Tatolenia. Siedzę w wielkiej sali, na wykładzie prowadzonym przez niemowlaki na różnych etapach rozwoju. Wrzask i porykiwania niosą echem na całą aulę, szczelnie wypełnioną pilnie notującymi, zasłuchanymi tatusiami. Potakują, poprawiają notatki, wymieniają uwagi; na ochotnika, albo wywołani zgłaszają się do przewijania i karmienia. Potem idą na zajęcia z kupowania rampersików i zupek, dowiadują się jak z właściwym akcentem mówić "hop, lala", jak radośnie poświęcać ostatnie niewypełnione pracą godziny na współprzeżywanie wyrzynania ząbków i jak z gracją wyciągać kolejne banknoty z portfela. Końcowy egzamin opiewa na wykonanie trzech rzeczy, którym musi sprostać Prawdziwy Mężczyzna. Nienawidzę ściągać, więc szybko oddaję swoją pracę - w pozycji dom wpisano: "mieszkanie, ale na kredyt", w pozycji drzewo: "bonsai, ale...", w pozycji syn: "ale...". Dzieciak zanosi się głośnym rykiem; źle, niedobrze! Dzielni tatusiowie gwiżdżą, kiwają z politowaniem głowami, uśmiechają się z pogardą. Próbuję tłumaczyć, ale nikt nie słucha. Jak można nie zdać takiego egzaminu! W moją stronę lecą pozgniatane naprędce papierowe kule, oganiam się od nich, ale trafiają zadziwiająco mocno. Auć! Otwieram oczy i drapię się gdzie popadnie. No, nieźle mnie pogrzało.
* Ma spację. Jeszcze. Dostałem kiedyś w prezencie miniaturową klawiaturę z bardzo dziwnym układem klawiszy, w wersji belgijskiej, z jakimiś tajemnymi znaczkami... Powiedzmy, że denerwuje mnie tylko trochę, ale nową kupię nie wcześniej, niż odpokutuję na niej za poprzednią. No, to zdrowie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)