A może umrę sobie wczoraj i nikt nie będzie wiedział. Poza kotem, któremu też bliżej niż dalej. Trochę go szkoda, w końcu to on ze mną żyje i śpi przez gros nocy. To jego posapywanie przez stary, zmęczony nos w kropki słyszę, gdy budzi mnie jakiś koszmar czy prozaiczny komar czyhający na parę swędzących kropli krwi. Po co zresztą ktoś ma wiedzieć. Często uwieram, przeszkadzam swoim istnieniem. Sam sobie też, bo co noc obiecuję być nazajutrz innym, mądrzejszym, lepszym, lecz te słowa ulatują z upływem godzin niczym obłoczki pary z ust, gdy z coraz większym trudem biegam, chyba tylko po to, by udowodnić sobie, że wciąż mogę. Tylko jak z owymi przyrzeczeniami ma być inaczej, skoro ulica Honorowa jest w moim mieście o jedną niespełnioną obietnicę od Kryzysowej i przecinam je raz w tę, raz we w tę. Niedomyty kieliszek. Stos niedopałków, pogruchotany jak moje starania. Nikt tego nie zauważy, polecą do śmieci. Krótkie uśmierzacze niepokojów osadzające się w płucach, na wątrobie, w głowie. W świecie, w którym białe szczycące się tolerancją piekli się na czarne, a czarne obwinia je o zbytnią białość, nie warto być szarym. Oberwiesz z obu stron za to swoje durne niezdecydowanie. W rozkroku między skrajnościami jaja zawsze są pierwsze do bicia. Nie ma sensu w dostrzeganiu odcieni. Zakrzyczą. Poczujesz się winny. Będziesz przepraszał za kolor swój i innych szarych, a choćbyś umiał wyjaśnić swoje i ich racje, nie ma sensu tłumaczyć. Gorzko to brzmi, biorąc pod uwagę mój zawód.
Uśmiecham się w sobie, bo przecież zawsze jest jedno wyjście, z którego tłumaczyć się nie muszę. Jakaś decyzja, która może być tylko moja, nawet jeśli nie ostateczna. Ach, te zrywy, kiedy chce się coś robić, uskrzydla cię pomysł, ale dostajesz kijem, bo choć na psa go szkoda, to niech się kij nie marnuje - użyjmy go do wyrażenia miłości do drugiego człowieka. Tylko ten strach. Bezpieczniej usiąść pod drzwiami. Oprzeć się o nie plecami i czekać. Przyjdzie.
Coraz wolniej myślę. Czuję się jak ktoś, kto jednego dnia potrafi odczytać ustęp drobnym drukiem, a drugiego z przerażeniem spostrzega, że ledwie widzi tablicę, na której okulista beznamiętnie pokazuje patyczkiem coraz większe litery. I te dłonie, które wciąż częściej i częściej przypominają nożyce. Ranią niechcący, choćby chciały niczym Edward czynić tylko śnieg.
Czasami wyobrażam sobie, że umiem śpiewać. Nikt o tym nie wie, lecz któregoś dnia przychodzę na spotkanie przyjaciół gdzieś w pubie i w loterii karaoke dostaję jakąś losową piłeczką w łeb. Moja kolej. Wychodzę, śmiech jak zawsze, lecz ja potrafię. Ludzie wyciągają zapalniczki, milkną, tańczą. A ja jestem w swoim świecie i daję z siebie coś, czego chcą, co ich zaskakuje. Tak bardzo wtedy czuję, tak bardzo wtedy się splatam, tak bardzo wyrzucam z siebie dziwaczny konglomerat chęci dawania i bycia potrzebnym, dla kogoś wyjątkowym. Bo na widowni zawsze jest ten ktoś.
I prawie jest mi wtedy wszystko jedno, że wrócę i oprę się plecami o drzwi.