"Ciarki mnie przechodzą jak zdejmujesz spodnie" - mówi Moja, z niedowierzaniem patrząc na moje nogi. Niestety. "Fkoda, sze fszepa sze asz fak foszfiensiś, szefy szoś fakiego uszłyfeś" - bełkocę przez zagryziony do bólu sweter, gdy lodowato zimna, biała pianka ląduje mi na udach, łydkach i brzuchu.
Czasami człowiek huknie coś, czego potem mocno żałuje, choć na pozór wydaje się to bardzo niewinne - bo i cóż może być podejrzanego w słowach: "Ależ mnie telepie, 15 stopni wewnątrz, minus tyleż na zewnątrz, może bym do solarium poszedł, sto lat nie byłem". Słysząc to, brat Mojej, który w odróżnieniu ode mnie uwielbia się opalać, szybko podchwytuje temat - "O rany, ja też chcę, a nigdy jeszcze nie próbowałem! Chodź, to mi pokażesz co i jak". No, to poszliśmy. Ja, jako weteran - w końcu to już chyba trzeci raz w życiu - zaordynowałem sobie 8 minut i mocniejsze lampy, jemu poradziłem słabsze i krótszy czas. Jakaś nastoletnia solarianka ustawiła wszystko, no i hop. Dalszy ciąg tej urzekającej historii z punktu widzenia brata wyglądał następująco: "Proszę pani, ale tu nic nie świeci". "Jak to nie świeci, przecież wszystko wstukałam. Rzeczywiście nie świeci... może źle wpisałam minuty, dodam je jeszcze raz". "Ale proszę pani, nadal nie świeci". "Cholera, faktycznie; proszę zaczekać... o, teraz dobrze dodałam". Za trzecim razem zaświeciło... a teraz moi drodzy, mam dla was zagadkę: do kogo, do stu tysięcy zapiekanek, poszły tamte źle wstukane minuty?
Siedzę przed monitorem i marzę o wielkim ruchomym futerale, wyłożonym od wewnątrz grubym futrem, w który mógłbym się wcisnąć. Taki futerał przesuwałby się w górę i w dół, w górę i w dół, drapiąc mnie całego. Futerału nie ma, muszę więc zadowolić się manualnym drapaniem. Zimno, ale nie będę już ryzykował żadnych inicjatyw na rozgrzewkę. Nawet na zwykłą zapalniczkę patrzę z dużą rezerwą - a nuż w promocji zamieni się w miotacz płomieni? Mam chyba najsłabiej dogrzany pokój w tym dziwnym domu, w którym zawsze czułem się obco. Zauważyłem, że przy 14 stopniach strasznie marzną palce. Kątem oka patrzę na ukochane, zamarznięte bonsai, które nie wytrzymało pobytu w tym klimacie. Umarło. Nie wyrzucam, od miesięcy mam nadzieję, że na szarym kikucie pojawi się mały, zielony listek. Na szczęście juka się trzyma. Odkładam klawiaturę* i ogrzewam lewą, a potem prawą dłoń nad świeczką, którą zapalam sobie na biurku, by stworzyć choćby pozory cieplejszej aury. Dni wypełnione oczekiwaniem na koniec remontu nowego mieszkania dłużą się w nieskończoność. Należą do jakiegoś nie-mojego nie-życia, dziwnej wegetacji podczas której na wpół sennie usiłuję wykonywać wyuczone czynności. O tym, że minął kolejny miesiąc, dowiaduję się ze słoiczków z żarciem dla dziecka, na których wydrukowano kolorowe, wesołe numerki.
Zza drzwi dobiega mnie mamusine świergolenie. Wiem, że Moja teraz jest Matką. Wcześniej była Córką. Czy gdzieś po drodze, w ciągu tych kilkunastu spędzonych wspólnie lat, była po prostu Moją? Możliwe. Możliwe, że tego nie zauważyłem, próbując za wszelką cenę wyjść z życiowych zakrętów na prostą i podświadomie oczekując czegoś lub kogoś zupełnie innego, kiedy owa prosta wreszcie pojawi się na horyzoncie. Formuła Matki powoli będzie zużywała się z biegiem czasu i dorastaniem dziecka, a Moja za jakiś czas na powrót stanie się Córką - przecież rodzice na pewno będą wymagali opieki. Dlaczego nie umiem pogodzić się ze swoim miejscem w tej układance, w które inni mężczyźni mniej lub bardziej dziarsko wskakują?
Obecność dziecka sprawia, że odruchowo się cofam. Zapieram się i walczę, lecz ono bez wysiłku pcha mnie w stronę szarej, mdłej rzeczywistości, w której nie stanie się nic, aż do końca. Uniwersytet Rodzinny, Katedra Tatolenia. Siedzę w wielkiej sali, na wykładzie prowadzonym przez niemowlaki na różnych etapach rozwoju. Wrzask i porykiwania niosą echem na całą aulę, szczelnie wypełnioną pilnie notującymi, zasłuchanymi tatusiami. Potakują, poprawiają notatki, wymieniają uwagi; na ochotnika, albo wywołani zgłaszają się do przewijania i karmienia. Potem idą na zajęcia z kupowania rampersików i zupek, dowiadują się jak z właściwym akcentem mówić "hop, lala", jak radośnie poświęcać ostatnie niewypełnione pracą godziny na współprzeżywanie wyrzynania ząbków i jak z gracją wyciągać kolejne banknoty z portfela. Końcowy egzamin opiewa na wykonanie trzech rzeczy, którym musi sprostać Prawdziwy Mężczyzna. Nienawidzę ściągać, więc szybko oddaję swoją pracę - w pozycji dom wpisano: "mieszkanie, ale na kredyt", w pozycji drzewo: "bonsai, ale...", w pozycji syn: "ale...". Dzieciak zanosi się głośnym rykiem; źle, niedobrze! Dzielni tatusiowie gwiżdżą, kiwają z politowaniem głowami, uśmiechają się z pogardą. Próbuję tłumaczyć, ale nikt nie słucha. Jak można nie zdać takiego egzaminu! W moją stronę lecą pozgniatane naprędce papierowe kule, oganiam się od nich, ale trafiają zadziwiająco mocno. Auć! Otwieram oczy i drapię się gdzie popadnie. No, nieźle mnie pogrzało.
* Ma spację. Jeszcze. Dostałem kiedyś w prezencie miniaturową klawiaturę z bardzo dziwnym układem klawiszy, w wersji belgijskiej, z jakimiś tajemnymi znaczkami... Powiedzmy, że denerwuje mnie tylko trochę, ale nową kupię nie wcześniej, niż odpokutuję na niej za poprzednią. No, to zdrowie.
niedziela, 14 lutego 2010
Subskrybuj:
Posty (Atom)