"Pójdziemy razem ze święconką?". Pytanie zaskwierczało i spłynęło po mnie z odrazą. Miałem już coś powiedzieć, ale usłyszałem w Jej głosie zmęczenie. Zamknąłem więc szczelnie twarz i wijąc się, poszedłem. Gdy dotarliśmy na miejsce, wymknąłem się z siebie na chwilę i stanąłem obok, patrząc uważnie. Z zielonym spacerowym wózeczkiem z zawartością, pod kościółkiem, z koszyczkiem i błyszczącą na paluszku obrączką wyglądam słodko. Szczególnie jak na ateistę z chronicznym urazem do dzieci, tudzież osobnika o dość zdystansowanym, delikatnie mówiąc, stosunku do instytucji małżeństwa, że nie wspomnę o Kk. W zasadzie powinienem sobie jeszcze powiesić na szyi tekturkę z napisem "co jeszcze mogę dla was zrobić?". W imię dopasowywania się do ogólnie panujących standardów, rzecz jasna.
(...)
Ten i inne początki blogowych wpisów, które nigdy nie zaistniały do końca, walają się po pulpicie. Przeganiam je kursorem z kąta w kąt, wreszcie wyrzucam na wysypisko niewypowiedzianych myśli, tuż obok autostrady pospiesznych skojarzeń. Do pisania potrzebny jest Spokój. Ja w ogóle kocham Spokój. Wielbię go całym sercem, niestety bez wzajemności. Odnoszę wrażenie, że Spokój dla zabawy podpisał na mnie umowę z Losem, w obecności Złośliwego Przypadku.
Od kilku dni mieszkamy "razem". Kupiłem sobie duże, solidne zatyczki do uszu, żeby móc jakoś pracować. Pomyślałem, że kto jak kto, ale firma 3M powinna poradzić sobie z Mazgajstwem, Mordoprujstwem i Miaukoleniem. Niestety, wymienione efekty akustyczne sobie tylko znanym sposobem przedostają się przez zamknięte drzwi, pokonują słuchawki założone na zatyczki i odbijają echem po zmęczonej czaszce. Pół biedy, dopóki pracowałem nad słowem pisanym. Podczas tłumaczenia ze słuchu, z bliżej nieokreślonych przyczyn system z zatyczkami sprawdza się nieco gorzej. Ponadto, w ciągu owych kilku dni wprowadzono zakaz parzenia kawy w ekspresie o określonych porach, bo ekspres hałasuje. O możliwość zapalenia aromatycznej fajki we własnym pokoju stoczyłem średniej wielkości potyczkę. Przez trzy czwarte dnia dziecko i jego klocki zajmują honorową pozycję na środku wersalki - jedynego sprzętu, oprócz podłogi, na którym można się na chwilę położyć, żeby odpocząć od monitora, a wszystko, co jest w zasięgu przylg, nieustannie noszonych przez Moją z miejsca na miejsce, przeistoczyło się w potencjalną zabawkę. Do grona zabawek dołączył mój ulubiony, ceramiczny przyczłap na lodówkę, przywieziony z mojej jedynej zagranicznej wycieczki, a który w nieznanych okolicznościach zajął drugie miejsce w zderzeniu z podłogą. Podzielony na kilka mniejszych przyczłapów podoba mi się znacznie mniej od oryginału. I to wszystko w ciągu czterech dni. Złośliwy Przypadek dostaje kolki ze śmiechu.
(...)
Niedawno zachorował pies rodziców Mojej. Duże zwierzę, duża choroba. Pojechaliśmy do weterynarza, ja z tyłu, na kipie, trzymając biednego czworonoga, który koniecznie postanowił stać o własnych łapach, pomimo wycieńczenia i strachu. W którymś momencie z wysiłku puściły zwieracze, a rzeczony wysiłek nadał odrzutowi nader interesujący kierunek i prędkość. Bywa i tak, że znane słowo - na przykład KAŁasznikow - nabiera całkiem nowego znaczenia. Zacisnąłem szczęki na wyrywającym się ze mnie pawiu i jakoś dojechałem, licząc w myślach światła i zakręty. Patrząc na moje próby doszorowania się, Moja śmiała się później, że skoro - wedle starego przesądu - wdepnięcie w produkty przemiany materii przynosi szczęście, to dziś musowo powinienem zagrać w Lotto. Zagrałem. Trafiłem dwie liczby. Podobno Złośliwy Przypadek założył się z Losem, czy mam szanse na "trójkę" przy pterodaktylu z ciężkim rozwolnieniem.