Po krótkim, acz dość intensywnym deszczu sprzed kilku godzin, w całym parku pachnie wieczorną trawą i wilgocią. W niektórych miejscach da się zwęszyć także inne rzeczy - ba, nie trzeba się nawet bardzo starać - ale receptory rzeczywistości chwilowo zaserwowały mi tryb romantyczny i ignorują rażący gdzieniegdzie deficyt urokliwości miejsca. Staram się wybierać możliwie nieocienione ścieżki, na chodniki wylęgły bowiem małe i duże ślimaki, a ja nie zapomnę wieczoru, kiedy to wracając od znajomych ciemną ulicą nieostrożnie zmieniłem jednego takiego w płaską mieszaninę miękkiego ciała i zmiażdżonej skorupki. Przez przypadek. Słowo. Nienawidzę tego chrupnięcia do dzisiaj. Najwyraźniej równie łatwo jest niechący zabrać jak i dać życie jakiejś bogu ducha winnej istocie. Sam nie wiem, której bardziej mi żal.
Zmrok zapada w ekspresowym tempie i nieszczęsne receptory, które w pobliżu co gęstszych kęp roślinności muszą naprawdę zdrowo się napocić, by spośród wielu... hm... bodźców (tak, to będzie dobre słowo), wyłowić wyłącznie zapach deszczu, otrzymują niespodziewane wsparcie w postaci zapalających się latarni. "Ale ładnie" - myślę sobie, przerzuciwszy się z doznań węchowych na wzrokowe. W innych okolicznościach zapewne usiadłbym na ławce i popatrzył na kaczki w stawie, przecinające ciemniejącą taflę wody idealnie prostymi trajektoriami i odbijające się niekiedy od brzegu niczym bile od bandy w snookerze. W okoliczności wdzierają się jednak - sądząc po gwałtowności dysputy - co najmniej dwa lekko zapite porykiwania, które z wolna nadciągają z przeciwnej alejki. Co więcej, porykiwania ciągną za sobą jednego z tych przyjaźnie wychowanych piesków, których obroża wygląda jak obręcz nabita czopkami przeciw hemoroidom dla C-3PO. Po namyśle stwierdzam, że po wykreśleniu ciszy i kaczek spłoszonych przez oczopkowanego czworonoga, tudzież dodaniu wzmiankowanych odgłosów, kojące wartości krajobrazu doznają poważnego uszczerbku i - nie bez żalu - ruszam w dalszą drogę.
Dla typowych o takiej porze klientów, do których sam się w tej chwili zaliczam, z całego spożywczego liczy się tylko jedno stoisko. Musztardy, jabłka i sałatki mogą spokojnie skreślić jeden dzień ze swej przydatności do spożycia; nikt do nich już dzisiaj nie zajrzy. Po zmroku uwaga wszystkich nabywców skupiona jest zazwyczaj na połyskujących butelkach i aluminiowych puszkach zgromadzonych w jedynym oświetlonym kącie, a także na porównywaniu przybrudzonych kartek z cenami, z wartością stosiku drobnych monet, skrywanych w poczerniałych, trzęsących się dłoniach. Z tym większym zdziwieniem obserwuję stojącą przede mną, kompletnie nieprzystającą do sytuacji parę z dwójką dzieci. Bezwiednie pakuję całą czwórkę do drewnianej szufladki z nieoheblowanego drewna z napisem "eko": dwie drobne dziewczynki z buziami w ciup mają na głowach chustki, mamusia szczupła beżowo-lniano-gładka plus trzy piegi, tatuś szczapa w sztruksowo-flanelową kratę. Pomimo dość późnej pory są tacy wyprasowani, czyści i wyspani. Rozsiewają wokół siebie zapach mydła w miejscu, które w najlepszym przypadku pachnie stęchłym mopem. Przez chwilę zastanawiam się, o co poproszą panią na monopolowym - kiełki? Rzeżuchę? Otręby? - zresztą, nieważne. Na ich tle, nawet jeśli zdecyduję się na wino z najwyższej miejscowej półki, wycenionej na circa 30 zeta, i tak będę czuł się jak menel. Moje radośnie szufladkujące, wewnętrzne głosy, rozochocone wyrazistością obserwowanych obiektów, szepczą mi do ucha, że dziewczynki były z pewnością zaplanowane i oczekiwane z radością, a flanelowa szczapa w kratę z pełnym opiekuńczości wyrazem twarzy niewątpliwie uczestniczyła w ich przyjściu na świat. Jeszcze chwila i pochlastałbym owe głosy wiszącymi przy kasie maszynkami do golenia, lecz na szczęście kolejka dotarła do moich eko. Beżowa ekomama nie zawiodła mnie, prosząc o wodę mineralną i... wypłatę pieniędzy z karty kredytowej. Moja lewa brew mimowolnie powędrowała w górę (CashBack?! Tutaj?! Może o kiełki albo otręby byłoby jednak łatwiej?), lecz zanim zdążyłem na dobre się zdziwić, otrzymała i jedno i drugie. Rozejrzałem się niepewnie dookoła - to przecież ten sam peerelowski spożywczak, co zwykle... czy nie? A może... może takim pachnącym mydłem eko po prostu wszystko udaje się bez względu na okoliczności.
Wychodząc do sklepu o tej godzinie, nigdy wcześniej nie zadałbym sobie trudu owinięcia butelki wina w cokolwiek - kogo mogłaby ona zaskoczyć w tej okolicy? - ale jakaś resztka mojej sponiewieranej przyzwoitości, zapewne mając na uwadze ludzi, których jeszcze przed chwilą tutaj widziałem (widziałem, prawda?) nakazuje mi zapakować ją w tutkę. Papierową - chociaż tyle z bycia eko. Wracam okrężną drogą, przygladając sie z daleka odbijającym się stawie latarniom. Niemal w ostatniej chwili dostrzegam dużego ślimaka, który postanowił przemierzyć chodnik w poprzek, kierując sie wprost na jezdnię. Ostrożnie schylam się, biorę ślimaka za skorupkę, przyglądam się chwilę jak odruchowo kuli czułki i wciska się do bezpiecznego (?) wnętrza muszli, a potem odkładam niedoszłego samobójcę daleko na trawnik. Chociaż tyle z bycia eko. Chociaż tyle.