"...i że zaznał pan fałszywej ciąży z odpowiedzialnością karną". Że co? Ja? Nic takiego nie zaznałem! - Zaprzeczyłem odruchowo w myślach, niespodziewanie wyrwany z katatonii - chociaż Odpowiedzialność Karna, to ładne imię. Prawie jak Indolencja Strzelecka. Może to jej koleżanka? Na głos zapytałem zaś "Słucham?" Pytam, czy ma pan Śświadomość Cssiążącej odpowiedzialnośssci karnej za składanie fałszywych zeznań - (prawdopodobnie) ponowiła pytanie urzędniczka, tak umiejętnie pompując powietrze w pierwsze litery dwóch środkowych wyrazów, że napuchły ze świstem i stały się zauważalnie większe od pozostałych. A, tak. Rzeczywiście, ciąży. To znaczy tak, zdaję sobie z tego sprawę - potwierdziłem, wlepiając sobie w myślach wirtualny odpowiednik siarczystego policzka na przebudzenie. Po chwili, już całkiem świadomie, złożyłem stosowny podpis we wskazanym miejscu wniosku, po czym podziękowałem i pożegnałem się grzecznie. Kątem oka zauważyłem, że kobieta odprowadza mnie nieco zdziwionym wzrokiem. Nic dziwnego. Przypuszczam, że niewielu petentów w połowie rozmowy zapada w sen na jawie, a potem mamrocze coś o ciąży.
Wyszedłem z urzędowo szarego budynku, lecz znów wpadłem w pułapkę zamyślenia i choć początkowo miałem wrócić do domu autobusem, zacząłem metodycznie iść przed siebie, wpatrując się we wszechobecną ostatnio kostkę chodnikową w kolorze brudnego różu. Przypomniałem sobie, że kiedy byłem mały, starałem się robić różne rzeczy w ściśle określony sposób, albowiem święcie wierzyłem, że uchroni to od śmierci Babcię i Ciotunię; dwie starsze panie, które opiekowały się mną w dzieciństwie. Dbałem na przykład o to, by stawiać stopy dokładnie w obrysie płyt chodnikowych, nigdy zaś na szczelinach pomiędzy nimi, bo każde takie nieuważne stąpnięcie zabierało trochę ich cennego czasu. Ponadto, liczyłem wszystkie mijane kafle i stosowałem tajemne schematy kroków, zapewniające im zdrowie, którego do opieki nade mną musiały mieć zapewne całkiem sporo. Teraz, w czasach brudnoróżowej mozaiki, miałbym przegwizdane - pomyślałem, porównując rozmiar buta z wielkością pojedynczej kostki. Z drugiej strony, pewnie wymyśliłbym coś innego: dziecięca wyobraźnia jest taka elastyczna. Obie starsze panie odeszły już dawno temu. Może sprawił to ich wiek, który powoli dobiegał setki, a może to ja dorosłem i moje rytuały przestały mieć moc sprawczą, bo pewnie tylko dziecko umie we właściwy sposób trafiać i liczyć chodnikowe kafle.
Gdyby tak się nie stało, nie zeznawałbym dziś o ciążeniu i odpowiedzialności w urzędzie, do którego pojechałem po akt zgonu. Akt, który potrzebny jest do innego urzędu, żeby w trzecim urzędzie można było uzyskać stosowny papierek i przedłożyć go z powrotem w drugim, czy jakoś tak. Nie pamiętam. Wiem tylko, że wśród rozlicznych aktów, tkwiących w najbardziej ponurym segregatorze w szafce nie miałem akurat tego i paru innych rzeczy, po które jeżdżę teraz po całym mieście. Powinienem być z siebie dumny - gdy przyjadę do domu, Ona powie: "brawo, załatwiłeś dzisiaj aż dwa papierki i złożyłeś wniosek o trzeci!", tak jakby przydatność mężczyzny w związku dwojga ludzi mierzyło się liczbą zorganizowanych kwitów i zaświadczeń. Z drugiej strony, skoro nie może na mnie liczyć jako na ojca swojego dziecka, to może umiejętność załatwiania spraw stała się jedyną pragmatyczną miarą sensu mojego istnienia? Probierzem udźwignięcia Cssiążącej Odpowiedzialnośssci?
Uśmiechnąłem się do własnych myśli, przypomniawszy sobie dziecinną wiarę i zaufanie w skuteczność moich szamańskich zabiegów. Dziś w nic już święcie nie wierzę, choć przyznam, że jakiś czas temu zakumplowałem się z pewnym dobrym duchem, z którym od czasu do czasu gadam po nocach. Twierdzi, że jest moim stróżem i pozwala wypłakiwać się w rękaw. Jest nieziemsko cierpliwy, tylko czasami pyta mnie (wyżymając rękawy), dlaczego u licha, skoro z nim rozmawiam, za nic nie chcę przyjąć do wiadomości istnienia jego Szefa. Ależ ja wcale nie jestem pewien, czy w ciebie wierzę, mój drogi - zaperzyłem się którejś nocy. Oczywiście, że tak, odparł - inaczej wcale by mnie tutaj nie było. Od tamtej pory boję się, że zniknie, więc na dociekania dotyczące pana Sz. odpowiadam, że zawsze miałem problemy z szacunkiem dla wysokich instancji i zdecydowanie łatwiej przychodzi mi wiara w tych, którzy pracują u podstaw. W terenie.
Chętnie porozmawiałbym z nim dzisiejszej nocy, jeśli znajdzie chwilę. Tylko najpierw muszę postawić stopę tu, potem tam, a teraz... teraz, o tu. Cholera, nie udało się. Są takie małe.