Drewniana, trochę rozklekotana chałupa gaździny z dala od skomercjalizowanego zgiełku Zakopanego, tabliczek "Ochrona Zak-Cop"* i zapewne cośkołostuzłotowych opłat za nocleg bez wyżywienia. Znajomi, z którymi umówiłem się na wspólne łażenie są tutaj już od dwóch dni. Tak - pełną piersią wdycham zapach lekko zapadłej wsi - tutaj wypo... nie, może nie wypocznę, zważywszy na to, że na uczłowieczanie poświęciłem całe trzy dni wyrwane z napiętego harmonogramu. Wlezę, gdzie się da - im wyżej, tym lepiej: stężenie taszczonych, niesionych, wiezionych i drących się dzieciaków na 100 metrów bieżących szlaku zapewne wyraźnie spada w miarę w przesuwania się ku górze. W każdym razie, oderwę się od rzeczywistości.

Rzeczywistość zaszeleściła do mnie w kuchni, stosikiem świeżutkich wydań Naszego Dziennika. No cóż. Czego się mogłem spodziewać - pomyślałem, siorbiąc gorącą kawę plujkę i jednocześnie starając się unikać karcącego wzroku patrona RM FM i nagłówków w rodzaju "Donald Cudotwórca". A niechno se pan te gazetki przesunie, wygodniej panu byndzie - zagaiła przyjaźnie gaździna. A poczytuje se, bo człowiek musi troche wiedzieć co siem we świcie dzieje, a tam rzeczy mondre piszom. Dobrze, że jeszcze po naszemu piszom, bo tego naszego to już panie kochany niedługo wiela nie byndzie. Szwaby i żydy przyłażom kaj po swoje i rozkradajom po kawałku. Po krótkiej, wewnętrznej szamotaninie zabrałem kawę i wyszedłem. Uczłowieczać się przyjechałem, nie nawracać.
Krasnoludy głębinowe nie wychodzą ze swych sztolni i korytarzy rytych dziesiątki metrów pod ziemią. Uważają tych, którzy pracują i żyją na powierzchni za odszczepieńców, niegodnych nosić krasnoludziego miana i traktują ich jak zły sen. Nie chcą pamiętać, że skądś biorą się dostarczane im głęboko na dół środki do życia. Z drugiej strony ziemskiej skorupy, zwykłym krasnoludom zasadniczo dobrze dzieje się na powierzchni, ale gdzieś tam, w środku czują respekt do pogardzających nimi, skrajnych ortodoksów. I malutkie ukłucie, że to jednak uświęcona wiekami Tradycja. Że racja może jest po ich stronie. Że może jednak tylko tamte są Prawdziwymi Krasnoludami.

Tyś wczoraj z nami nie był - mówią poinformowani o moich zgryzotach znajomi, którzy byli na miejscu dwa dni przede mną. Przyszła druga gaździna i wspólnie radziły, co zrobić z kryptogejem psubratem, który do Krakowa do tych swoich jeździ, a że już w lata się wpędził trochę, to go tam ("pani kochana" wstaw sobie sam, zamiast przecinków) nikt bez kasy chciał nie będzie. No, to i majątek małżeński z wolna na swoich chłopców wyprzedaje.
Pan se weźmie kawki zrobi, woda goronco! Z gazety patrzy na mnie żabi wzrok Ziobry. Zrobię, zrobię, odpowiadam. A, na Ziobra pan patrzysz, no; patrz pan ile głosowało ludzi, poznali się na chłopaku. Młody, dobry, tylko by oni go tam nie zepsuli panie kochany. Może on nie pozwoli, coby ta unia wszystko rozkradła, panie kochany. Czekaj pan, toć nieposłodzone! - Gaździna podaje mi papierową kilówkę z cukrem, z nadrukowaną flagą UE i krótką notką o darach. Tym razem przyrzekam sobie w duchu zrezygnować z kuchennej kawoturystyki i pamiętać o zabraniu torebki z plujką na górę, przecież mam tam czajnik.

U Pratchetta dwie wrogo nastawione nacje zbliżają się do obchodów rocznicy pradawnej bitwy, w której ponoć krasnoludy spuściły wtłuki trollom, albo trolle krasnoludom, zależy gdzie ucho przystawić. Im bliżej rocznicy, tym bardziej atmosfera gęstnieje, nawet wśród zwykłych krasnoludów i trolli, zabieganych swym codziennym życiem. Gęstnieje tym bardziej, że o jej odpowiednią zawiesistość zabiegają demagogowie z obydwu ras, głoszący jedyną słuszność swej wersji zdarzeń. Wystarczy iskra, żeby polała się krew.
Idziemy do pobliskiego sklepu, należącego do sławetnej sieci Lewiatan. Gdzieś trzeba kupić mineralną i czekoladę na szlak. Obok kasy piętrzy się stosik gazetek, których okładki usiane są poprzekreślanymi swastykami i gotycką czcionką. Slogan pod tytułem sugeruje przydatność zawartości do spożycia tylko przez "myślących podhalańczyków". Czytam pobieżnie kilka pierwszych tytułów i upewniwszy się, że z całą pewnością nie należę do wzmiankowanego szczepu, płacę i idę w góry. Jak najwyżej.

* Nazwa jest przednia; po kilku meandrach fonetyczno-znaczeniowych zacząłem się zastanawiać, czy firma nie powinna mieć w logo łopaty. Ewentualnie, może powstanie konkurencyjny Zak-Cop-Pior? A może modny Zak-Cop-Power?**
** Właścicieli, pracowników i inne zainteresowane osoby, które mogą uznać, że przez swój niewyparzony jak łopata język naruszyłem sam trzonek dobra firmy, serdecznie przepraszam.