Lodowato szorstki wiatr poleruje mi twarz na mokro, do połysku. Przedzieram się przez kolejne podmuchy, balansując szeleszczącymi, szczelnie wypełnionymi torbami. Zakupy na święta, koci żwirek i worek puszek z żarciem dla dziecka. Żarcie. Lubię zaglądać po nie do apteki. Śliczna, subtelna dziewczyna z czarnymi, ułożonymi na pazia włosami już od progu zasypuje mnie ciepłymi iskierkami w brązowych oczach, gdy siląc się na uśmiech podaję receptę i bezradnie stwierdzam, że "karma się skończyła". "I jeszcze ten delikatny płyn do kąpieli poproszę" - dodaję, by ogrzać się w kolejnym snopie iskierek. Wyciągam pieniądze z portfela i zastanawiam się, jak niewiele trzeba, by sprawiać wrażenie dobrego ojca. Garść banknotów, garść pozorów, roztaczająca się wokół mnie aura przemokniętego zmęczenia. Nie licząc pieniędzy, choć ona jest prawdziwa. Szczerosłota.
Brnę w ziąb, myśląc o tym, jakimi iskierkami zwęgliłaby mnie ciemnowłosa śliczność, gdyby wiedziała co naprawdę czuję, gdy nagle foliówka z dziecięcym żarciem pęka, okrągłe puszki wysypują się trzecia po drugiej, druga po pierwszej; toczą się i podskakują na chodnikowych kaflach jak wujek Boreasz i ciocia Grawitacja kazali. Niebieskie napisy pokrywają się brązową breją, błoto klei się do futerka białego misia narysowanego na opakowaniu. Mam ochotę poryczeć się na środku ulicy jak dziecko, stojąc w błotnistym śniegu, z rozerwaną reklamówką, której furkoczące strzępki wyglądają jak stary, zepsuty latawiec... Zaciskam zęby i gonię niesforne opakowania; gonię, choć z mojego punktu widzenia mogłyby skisnąć pod krzakiem lub wybuchnąć fontanną białego proszku w zderzeniu z jadącym z naprzeciwka samochodem. Kompletnie mnie nie interesują, podobnie jak nie interesuje mnie to, w jaki sposób sześć miliardów sześćset milionów szósty homo sapiens uczy się mówić "gu" i "no", tak jak miliardy innych przed nim i miliardy, które być może przyjdą po nim. "Jest tyle piękniejszych i ciekawszych rzeczy do robienia" - cierpliwie tłumaczę wieczornemu, cichemu osiedlu podziurawionemu plamami okien. "Dajcie mi żyć po swojemu. Zamieńcie dożywocie na comiesięczną karę grzywny". Mówienie na głos sprawia mi ulgę, więc folguję sobie i bredzę o dopieszczanym kąt po kącie mieszkaniu, w którym nie wiadomo kto zamieszka, o kotach, o rozmijaniu się i przemijaniu, o bocznicach, o winiaku lubuskim, który niosę w którejś z toreb i o sterczącej z worka na śmieci niczym wyrzut sumienia zepsutej klawiaturze, którą w przypływie rozjątrzonej alkoholem agresji pozbawiłem spacji po jednym z poprzednich winiaków.
"Posiedź z nim godzinę" - mówi Ona, gdy wreszcie docieram do domu - "ogarnę przez ten czas łazienkę na święta". Mając w perspektywie siedzenie choćby pięciu minut w *tamtym* pokoju, zapominam o zmęczeniu i niemal wyrywam się z propozycją wypucowania wszystkich kafelków, niechby i od spodu, lecz gryzę się w język, gdy zauważam, że sprzątanie łazienki będzie dla Niej - o ironio - czymś w rodzaju chwili odpoczynku. Biorę więc pod pachę pożyczonego laptopa, książkę i idę. Siadam obok łóżeczka, włączam sprzęt, ale patrzę nie na ekran, lecz obok; na nieskoordynowane drgawki wszystkich kończyn, poruszających się w chocholim tańcu, wreszcie przenoszę tępy wzrok na biedną grzechotkę w kształcie sympatycznego żółwika, którego denko (o ile żółwiki mają denka) rytmicznie uderza w drewniane pręty. Przez myśl przebiega mi skurcz obrzydzenia i idiotycznego współczucia do plastikowej grzechotki. Mijają długie, rozwleczone minuty, podczas których nie umiem napisać choćby jednego sensownego zdania. W pewnym momencie masakrowanie żółwika najwyraźniej przestaje być zabawne dla oprawcy i zabawka idzie w odstawkę. Chwilę później bezzębna, różowa dziura (która do tej pory była względnie niegroźnym źródłem skrzypliwych dźwięków) deformuje się i wygina, jej krawędzie rozciągają się i falują; mam wrażenie, że wystarczy sekunda, by dziura rozlała się na całą twarz i pochłonęła ją w czerwonym, świdrującym krzyku. Chciałbym wziąć wielki szpunt i zatkać ten przerażająco obcy otwór zanim zwariuję. Nie wiem, ile tak siedzę, nieporadnie próbując zrobić cokolwiek, byle tylko nastała cisza, gdy do pokoju wpada Ona i patrząc na mnie jak trener reprezentacji po samobójczej bramce jednym gestem zamyka powykrzywianą dziurę i wyczarowuje spokój. Opadam na fotel i mam dość; dość siebie, dość nieprzydatnych nikomu strzępków tego, co ze mnie zostało; strzępków zepsutego latawca. Mam dość swoich zdziczałych uczuć, które na trzeźwo każą współczuć jednemu kawałkowi plastiku, by potem, po jednym czy dwóch głębszych, bezmyślnie zniszczyć inny.
Gwałtownie, zbyt gwałtownie zbieram sprzęt, otwieram drzwi do "swojego" pokoju; szybko, zbyt szybko łapię bezbrzeżnie zdumionego kota, którego wzrok świadczy o pospiesznej analizie ostatnio spsoconych rzeczy i wtulam się w niego mocno; zbyt mocno. Wiem, że mój kredyt zaskoczenia skończy się z chwilą, gdy biedne zwierzę zorientuje się, że tym razem jednak nic nie zmajstrowało, więc w przypływie czułości całuję okropnie wilgotny, czarny nos pokryty malutkimi kropkami i puszczam wolno.