Kiwam się na fotelu przed monitorami, rytmicznie, do przodu i do tyłu. Mam zamknięte oczy, a pod nimi feerię kąśliwych zdań zaczynających się od "powinienem był...". Skrzą się i migają, nie dając o sobie zapomnieć. Napisz, piotrusiu, sto przykazań "powinienem był..." na wczoraj - słyszę karcący głos pani nauczycielki. Nie otwierając oczu zaczynam nieporadnie stawiać pierwsze kulfony.
powinienem był zostać sam
powinienem był zrobić wazektomię
powinienem był nie ufać tym, którzy mówią "że się zmieni"
powinienem był...
"Piotrusiu"? To brzmi obco. Za cholerę nie kojarzę, żeby ktokolwiek w ciągu ostatnich paru dekad mówił do mnie "piotrusiu".
Przede mną rozwidlenie, z którego prowadzą tylko dwie drogi: "Tchórz" i "Jeszcze Gorszy Tchórz". Jeszcze Gorszy ma prościej, dlatego jest większym tchórzem. Wystarczy, że wybierze tę drogę, a potem... potem jest mu już wszystko jedno. Tych pierwszych, zwykłych tchórzy ci u nas dostatek. Wybierając ich ścieżkę, dołączyłbym do wielkiego grona cykorów, byłbym jednym z wielu, nieodróżnialnym od tych, którzy zostawili swoich partnerów
bo się znudziło
bo się znalazło
bo się zgubiło
bo się zmieniło
Do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, kiw kiw... Prawda, że to piękny wybór życiowy dla kogoś, kto zawsze próbował grać uczciwie? Nie podstawiał nogi, starał się nie wybić nikomu piłką szyby, a jeśli już tak się stało - dzielnie szedł przeprosić i oddać tyle, by starczyło na dwie, choć sam mieszkał wśród okien naprędce połatanych taśmą klejącą. Chciałbyś pewne, żeby ktoś pogłaskał cię za to, piotrusiu, po główce? Do kogo te pretensje? Dobrze, już dobrze, pani nauczycielko. Do siebie, oczywiście. Nikt inny nie jest winien tego, co się dzieje. Powinienem był być twardy, bezwzględnie rzezać maczetą drogę dla siebie wśród dżungli głosów innych ludzi. Paradoksalnie, mniej narobiłbym krzywd, niż teraz. Dzięki swej uległości stałem się większym egoistą, niż byłbym wówczas, gdybym asertywnie i kategorycznie przestrzegał swoich zasad.
powinienem był do tego nie dopuścić
powinienem był nie budować niczego we dwoje
powinienem był...
Nie spisałeś się piotrusiu. Dlaczego nie zdążyłeś odrobić pracy domowej na wczoraj? Masz tutaj repetytorium. Chociaż nie, może zgubisz. Za karę będziesz miał je wytatuowane pod powiekami; na wszelki wypadek. Tatuaże rozciągają się wraz ze swą nosicielką skórą; starzeją i więdną. Nie na tyle jednak, byś nie mógł ich odczytać za pewien czas. Za jakikolwiek czas. Do końca. Och, oczywiście możesz próbować je wytrawić, lecz zostawisz blizny. Wszystko po to, być dobrze zapamiętał tę lekcję, piotrusiu. Ruchliwe stworki wciskają mi się pod powieki, zaczynają pracowicie nakłuwać i pisać. Szczypie.
Czasem wyobrażam sobie, że stoję naprzeciwko pergaminowej ściany rozpiętej na drewnianym stelażu; takiej jak w tradycyjnych japońskich domach. Jest dość ciemno, lecz zza ściany dobiega łagodne, mlecznożółte światło. Kiedy wysuwam dłoń, by dotknąć pergaminowej przegrody, ktoś inny zbliża do niej rękę po drugiej stronie; widzę ją jako nieostry, rozmyty kontur, który wychodzi naprzeciw moim palcom. Gdy cofam dłoń, on też ją cofa. Myślę wówczas, że ten drugi ktoś to także ja, równoległy... współistniejący - taki, który gdzieś po drodze dokonał innych wyborów. Może nawet słuchał się swoich wewnętrznych "powinienem". Jeśli zupełnie zwariuję, a być może stanie się to zanim jeszcze wybiorę którąś ze swych tchórzowskich dróg, zapewne znajdę sposób, by odwiedzić samego siebie po drugiej stronie papierowej ściany i zapytać, jak mi poszło w tym innym życiu. I czy było warto. Poproszę go, żeby pokazał, jaki tatuaż nosi pod powiekami. Kto wie, może będę wolał własny?
Kiw, kiw. Kiw, kiw. Mam iść do psychiatry. Podobno są jakieś proszki, dzięki którym można odnieść zwycięstwo nad samym sobą. Pokochać Wielkiego Brata.