Z niebytu wyrwał mnie widok gwałtownie zbliżającej się kostki chodnikowej. Wredny Reymont - pomyślałem patrząc na wysuniętą nogę ciężkiego, wykonanego z brązu postumentu pisarza, uwiecznionego w zamyślonej, siedzącej pozie i ustawionego wzdłuż głównej ulicy. I tak mam szczęście, że to nie Korczak - zreflektowałem się. Jeśli wziąć pod uwagę to, co wypełniało mi mózg, gdy but szacownego noblisty kopnął mnie w zamyślenie, pan Janusz zapewne nie poprzestałby na podstawieniu nogi, lecz dźwignął się i wybiłby mi wszystkie zęby.
Kłęby obrzydliwych myśli. Stłumione, skrzętnie wciśnięte pod maskę. Jak bardzo chciałbym, by wykolejona psychika wracała do pionu tak łatwo, jak moja fizyczna powłoka po potknięciu. Cudowny byłby taki perfekcyjnie działający błędnik dla psyche. Bez niego nawet proste rzeczy stają się nie do zniesienia. Magiel świątecznych zakupów, który - wbrew swej przesiąkniętą komercją otoczce - zazwyczaj dość pozytywnie mnie napędza, tym razem okazał się koszmarem, powielanym po stokroć w snach, które nie dają zmrużyć oka.
Młody, hej, młodszy ode mnie mężczyzna dźwiga dziecko w nosidełku, inny pcha swoje w wózku z zakupami, trzeci pospiesznie drepcze alejką pomiędzy soczkami, a śpioszkami z poduchowatą paczką pieluch. Paczka pieluch pęcznieje, ogromnieje, dziecko w nosidełku dopomina się czegoś miaukliwym wrzaskiem, trzecie kopie zakupy, targając metalową, zamocowaną na zawiasach kratką we wnętrzu wózka; pieluchy rosną, krzyk wibruje mi w uszach, dźwięk rytmicznie uderzanej kratki wwierca mi się w czaszkę... Bardzo chcę wyjść ze sklepu. Patrzę na kilometrową kolejkę do kasy - zwariuję zanim zapłacę, nie zdążę; świat przysłania mi gigantyczna paczka pieluch z rozdętą do granic możliwości, uśmiechniętą buzią bobasa, obłędny miauk, dzyń, dzyń... Nagle okazuje się, że to nie ja stoję w kolejce, ta kolejka ustawiła się do mnie! Ludzie podchodzą, potrząsają moją dłonią, gratulują ułożenia sobie życia, poklepują z uznaniem. Uciekam. Nie gonią mnie, kiwają głowami, uśmiechają się.
Zatoczyłem się i usiadłem przez chwilę na kufrze obok Reymonta. Chce mi się rzygać, ale głupio tak obok sztuki puszczać pawie. Pomyślą, że ćpałem albo chlałem, a ja jestem trzeźwy, trzeźwy jak świnia, tylko nienormalny...