poniedziałek, 22 grudnia 2008

Juka

Mechanicznie wstaję, rozmasowuję odrętwiałą rękę (od kilku dni drętwieje coraz częściej) i podchodzę do zlewu, żeby wytrzepać z fajki resztki wczorajszego tytoniu. Zawsze o tym zapominam, a fajka smakuje potem obrzydliwie. Nie szkodzi; coś podpowiada mi, że dziś mógłbym zapalić nawet herbatę. O, właśnie. Herbata, to dobra myśl. Patrzę na idealnie czysty zlew - jak Ona to robi? Żebym nie wiem jak się starał, po moim zmywaniu i czyszczeniu zawsze gdzieś zostają jakieś plamki, smugi, łatki. Nalewam wodę i czekam, aż czajnik zacznie wściekle bulgotać wrzątkiem, poganiając go pod nosem właściwymi kawałkami "Odcisków". Patrzę przez okno, na zbryzgany błotem, obskurny świat, który próbują nakłuć swą zielenią liście reumatycznie powyginanej juki stojącej na parapecie.

Od dziecka lubiłem wszystkie pokrzywdzone istoty. Pies z oberwanym uchem, który plątał się za mną nocami po mieście, świerszcz z bajki, który grał wszystkim całe lato, a zimą skończył jak skończył, końcówka złamanej juki, której nie pozwoliłem wyrzucić na śmietnik, tylko wetknąłem w szklankę z wodą i gadałem do niej co dzień jak kretyn, żeby się nie poddawała, walczyła, wypuściła korzenie. To ta właśnie.

Okazało się, że ma całkiem spieprzony genotyp: jest o wiele za słaba, by utrzymać ciężar swoich własnych liści, ale mimo wszystko pełznie w górę, pnie się. Podpierałem ją kiedyś patyczkami, ale gdy przypadkiem patyczek został usunięty, znowu się złamała. Sprawdzonym sposobem uratowałem końcówkę, lecz tej już nie podpierałem; niech radzi sobie jak umie. Nieporadnie skręcona, krucha, rośnie od kilku lat w przedziwnych kierunkach. Trzy lata temu, u jej podnóża wyrosło odgałęzienie. Mała juczka. Tak samo poskręcana jak matka, tak samo krucha, odziedziczyła po niej kolor, kształt i spieprzenie. Matka... dziecko. Którędy bym nie szedł, zawsze zatoczę koło. Nareszcie, zagotowała się. Trzęsie mi się ręka, rozlewam wrzątek dookoła czarnego kubka z narysowanym kredą reniferkiem. To Ona rysowała, dla mnie. Śliczny reniferek. Zamknę oczy; tylko na chwilę.